Projekt 5na1

Pięć osób. Jedna książka

Tym wpisem rozpoczynamy unikalny projekt 5na1, czyli recenzje jednej książki przez pięć różnych osobowości. Mam nadzieję, że ta akcja Wam się spodoba i będziemy mogli cyklicznie publikować swoje zmasowane opinie na temat ciekawych książek. Tymczasem zapraszam do lektury!

Kliknij na osobę, aby rozwinąć treść

PanCzyta

Od zwłok wiszących na krzyżu na Giewoncie, rozpoczyna się seria tajemniczych morderstw. Mimo, że ofiar pozornie nic nie łączy, przy każdej z nich śledczy znajdują tajemnicze starożytne numizmaty. Komisarz Forst, przydzielony do śledztwa, jest standardowo kompletnym przeciwieństwem wyobrażenia o profesjonalnym policjancie. Nieprzyjemny, sarkastyczny, pchający się tam gdzie nie powinien i do tego kompletnie pozbawiony autorytetów. W cały ten pasztet, Forst wciąga dziennikarkę, którą oczywiście stara się przelecieć tak szybko jak to tylko możliwe.

Nie można Autorowi zarzucić braku pomysłu – uważam, że porządnie się napracował nad pomysłem i fabułą. Historia, poza wartką akcją, okraszona jest elementami religijnymi i historycznymi. Pióro Pana Remigiusza jest moim zdaniem dobrze wyważone. Oznacza to tyle, że czytało mi się szybko i przyjemnie, jednak nie udało mi się znaleźć sentencji bardziej niż poprawnych – w przeciwieństwie do np. Kulpy czy Orbitowskiego, u których garściami można czerpać piękne zdania i myśli.

Podobał mi się dynamizm tej książki. W ekspozycji naprawdę dzieje się bardzo dużo. Zwroty akcji, humor, nieźle zbudowani bohaterowie – to wszystko jest na plus.

Wszystko by było super, gdyby to był debiut. Ale nie jest. Po osobie, która wydała już kilka książek spodziewałem się jednak czegoś więcej. Historia zaczyna się mocnym akcentem i… i tyle w temacie mocnych akcentów. Ciężko mi zadecydować czy Ekspozycja jest kryminałem, powieścią sensacyjną czy przygodową. W mojej ocenie Autora poniosła wyobraźnia tak bardzo, że stworzył James’a Bonda ‚na miarę naszych możliwości’ – nie w idealnie skrojonym garniturze, ale przetartych dżinsach, nie prującego Astonem Martinem do Monaco, ale tłukącego się gruchotem w stronę naszych wschodnich sąsiadów. Bond jest szarmancki, Forst… no cóż… gadatliwy, to na pewno. Dorzućmy do tego wszystkiego kilka wątków, które zaczynają się i nigdy nie kończą, parę dość infantylnych zagrywek Forsta, które odnoszą jednak pozytywny dla niego skutek (jakże by inaczej) oraz najbardziej prozaiczny fakt, że w naszej rzeczywistości ta historia kompletnie nie miała by szansy się wydarzyć, a otrzymamy kryminalny bigos. Bigos – wiadomo – wykwintny nie jest, ale większość lubi. Produkt do pociągu – ot co.

Szczerze żałuję, że nie mogę się zachwycić. Uważam, że ta historia miała nieprawdopodobnie duży potencjał. Może Autor powinien pokorniej podchodzić do swojej twórczości i dawać sobie więcej czasu na wyłuskanie z wersji roboczej tego co najlepsze. Ciężko mi powiedzieć. Tak czy inaczej trzymam kciuki, bo taki dorobek, w tak młodym wieku to wielki sukces.

Swoją drogą cały czas się zastanawiam nad nazwiskiem głównego bohatera. Forst, to przecież anagram słowa Frost, które znaczy nic innego, jak tylko mróz 🙂

http://www.panczyta.pl
http://www.facebook.com/poczytaj.dalej

Komentarze facebook

komentarzy:

Socjopatka

Nie będę ukrywać, że kiedy sięgnęłam po tę książkę, miałam bardzo mieszane uczucia. Uwielbiam kryminały, thrillery i zagadki do rozwiązania, jakimi nas karmią, ale raczej nie czytam polskich autorów. Zawsze kojarzy mi się to z komisarzem Ryszardem i jego przyjaciółką Krystyną. Nie brzmi to zbyt poważnie i profesjonalnie. Więc kiedy zasiadłam do czytania tej książki, takie były moje wizje tego, co zobaczę między kartkami.

Kiedy już przyzwyczaiłam się do polskich imion, akcja zdążyła się już dobrze rozkręcić. Im głębiej wchodziłam w tę książkę, tym więcej rodziło się we mnie pytań. I to lubię.

Została ona napisana prostym, przystępnym językiem, który ułatwia czytanie i nie męczy na dłuższą metę. Jeden mały minus za to, że wiele zwrotów, często się powtarzało i miałam wrażenie, że Mróz w pewnych kwestiach używa tylko jednego rodzaju zdań.

Sam pomysł na fabułę jak dla mnie genialny. Nic podobnego nie miałam jeszcze okazji czytać, więc czułam się mocno zaintrygowana i poruszona pewnymi wątkami na tle religijnym. Po zamknięciu książki czułam niedosyt pewnych poruszonych kwestii, co skutkowało dalszym zaznajamianiem się z tematem mimo ukończonej powieści. Bardzo rzadko mi się to zdarza, aby książka odcisnęła na mnie tak realny wpływ i zainteresowała daną tematyką.

Niestety była też jedna rzecz, która bardzo nie spodobała mi się w tej książce. W trakcie śledztwa rozpoczętych było wiele wątków, które później jakimś cudem się rozpłynęły, zostały zapomniane przez autora, albo specjalnie ominięte. Jednym słowem niezakończone. Poczułam się, jakby ktoś z nutą ignorancji w połowie zdania urwał swoją myśl. Rozumiem, że czasem w literaturze dajemy możliwość czytelnikowi dokończenia pewnych myśli samemu, stawiamy go przed jego własną interpretacją. Tutaj jednak nie o to chodzi. Po prostu pewne kwestie, które podczas czytania wydawały się bardzo ważne, zostały urywane i już nigdy więcej Mróz do nich nie powrócił.

Duży plus jednak za zawrotność akcji i emocje, jakie książka wzbudza w czytelniku. Jest to jedna z tych pozycji, która tak wciąga, że zaniedbujesz swój świat dookoła, żeby tylko przeczytać jeszcze jeden rozdział! Książkę łyknęłam w dwa dłuższe wieczory, więc to powinno być już samą jej rekomendacją. A także to, iż zamierzam sięgnąć po dalszą część sagi kryminalnej z komisarzem Forstem.

 

http://www.socjopatka.pl

Komentarze facebook

komentarzy:

Ruda

„Jego ojciec mawiał, że migrena jest jak piła łańcuchowa, która rżnie człowiekowi mózg tuż za oczami”

Nigdy nie miałam migreny, ale jeśli ten opis to prawda, to nigdy w życiu wolałabym jej nie mieć.

„Ekspozycja” to polski bestseller. Remigiusz Mróz to młody prawnik, który najwyraźniej ma we krwi… pisanie!

Pewnego mroźnego ranka, gdy w polskich Tatrach leży jeszcze śnieg, poznajemy mężczyznę pracującego w policji. Teoretycznie nic ciekawego, prawda? Ale nie każdy policjant na służbie ma gdzieś mundur, nosi czarno-czerwone flanelowe koszule i ignoruje przełożonych. Otóż taki jest komisarz Wiktor Forst.

Jego metody wcale nie odpowiadają kanonowi policyjnemu i temu, jak śledztwo powinno przebiegać. Dlatego staje się zagrożeniem. Wraz z dziennikarką stacji telewizyjnej, Olgą Szrebską (kto wymyślał te nazwiska?!)*, stają na wysokości zadania i ruszają rozwiązać sprawę tajemniczego mordu na Giewoncie.

Remigiusz Mróz po studiach administracyjnych ma wielkie pokłady wiedzy. To na pewno, bo żeby skończyć takie studia trzeba mieć łeb jak sklep. Przynajmniej z mojego punktu widzenia. Pomysł na taki kryminał musiał się rodzić w jego głowie przez bardzo długi czas. Nie śledzę jego kariery, ani nie czytałam z nim żadnego wywiadu. Być może pomysł pojawił się w momencie, którego nikt by się nie spodziewał. Nie wiem. Ale jak na moje oko, pomysł tak genialny nie powstaje w sekundę. Nie powstaje też w siedem. Najpierw się rodzi, potem dojrzewa.

Nigdy w życiu nie połączyłabym monet greckich czy rzymskich z Jezusem. Nigdy w życiu nie połączyłabym przypadkowych ofiar zemstą z przeszłości. Nie chcąc Wam zdradzać szczegółów fabuły, powiem tylko tyle, że takiej książki jeszcze nie przeczytałam. Nigdy.

Autor „Ekspozycji” wprowadza do swojego języka – poprawnej i bardzo elokwentnej polszczyzny – dużo wulgaryzmów, które przekładają się na to, co odczuwa czytelnik. Normalna osoba nigdy nie uwierzyłaby, że zwykły policjant z dochodzeniówki mówi polszczyzną bez kurew, pierdolenia i innych tego typu kolokwializmów. Wyrazy nacechowane emocjonalnie są domeną tej książki – i dobrze! Bez nich wszystko wydawałoby się mdłe i bez wyrazu. Ot co, mimo że sama przekleństw nie lubię (choć zdarza mi się ich używać), twierdzę że nie byłoby polskiego policjanta bez „spierdalaj”.

Akcja dzieje się w niecodziennym środowisku. Polskie góry zawsze napawały mnie ciekawością i lękiem jednocześnie. Szczególnie Tatry, które nie są górami dla nowicjuszy (w porównaniu z pagórkami, które są w Beskidzie czy Bieszczadach). Mróz prowadząc nas po śledztwie razem z komisarzem Forstem i Szrebską, nie daje nam się nudzić. Daje nam poczucie, że to my jesteśmy uwikłani w całą tą sprawę. To my jesteśmy prokuratorem, który szuka podejrzanego. No i to my się tak często mylimy, kiedy wydaje nam się, że jesteśmy u celu. Szybkie zmiany klimatu i uciekające odpowiedzi, to jest to, czego oczekuje osoba sięgająca po dobry kryminał. Tutaj nie ma nudy. Tutaj jest zagadka do rozwiązania.

Podsumowując: wyznam Wam, że po paru cytatach z książek Mroza nie bardzo chciałam go czytać i wręcz musiałam sięgnąć po tę książkę w ramach projektu. Pozytywne zaskoczenie, które wywarł na mnie niewiele starszy ode mnie autor, przeszło granice zdrowego rozsądku.

Pisałam wcześniej o wulgaryzmach, których nie lubię. Mając przed oczami Forsta i Szrebską, po przeczytaniu ostatniej strony powiedziałam na głos „o kurwa”.

 

http://instragram.com/rude_jestwredne
http://facebook.com/annakostorzlifestyle

Komentarze facebook

komentarzy:

Tak sobie czytam

„Ekspozycja” to moje drugie spotkanie z Remigiuszem Mrozem. I niesamowicie się cieszę, że drugie, nie pierwsze. Bo gdyby było pierwsze, to nie miałabym najmniejszej ochoty na lekturę kolejnych powieści pana Mroza, a tych jest niemało. „Kasacją”, Chyłką i Zordonem byłam zachwycona. Ba, trzy miesiące po lekturze nadal jestem zachwycona. Publicznie na blogu wyznawałam miłość Chyłce, z niemałą obawą (żeby nie zapeszyć) chwaliłam nowego dla mnie autora, samą powieść wychwalałam pod niebiosa. W opinii, którą zaraz przeczytacie – tego nie będzie. Gdyby nie to, że przesądna nie jestem, to powiedziałabym, że jednak zapeszyłam.

Przez cały czas podczas czytania „Ekspozycji” zastanawiałam się czy czytam kryminał czy powieść przygodową. Autora poniosła fantazja.

Owszem, trzeba przyznać, że powieść wciąga, czyta się szybciutko, pochłania wręcz. Mam jednak wrażenie, że nawet gdyby była uboższa o kilka nieprawdopodobnych historii wciągałaby niemniej.

Chciałam zacząć od nawiązania do fabuły, ale dzieje się tam tyle, że trudno to ująć w kilka słowach. Wspomnę tylko, że zaczyna się od znalezienia zwłok na szczycie Giewontu, następnie akcja dryfuje przez Polskę, Białoruś, Rosję, zahacza o Stany Zjednoczone, BOR, FSB, KGB, CBŚ, by pokrętnymi ścieżkami z odrealnionymi do cna historyjkami doprowadzić nas do zaskakującego końca.

Bohaterowie – i tu nie jest wcale lepiej. Pani dziennikarka Szrebska – nijaka. Nie wiem, dlaczego uchodziła za wspaniałą reporterkę, bo autor poza stwierdzeniem, że tak było, nie zechciał tego uargumentować.

No i Forst… Cóż, z tym panem to my się chyba jednak nie polubimy. Co prawda, do znielubianego przeze mnie Harrego Hole (nie bijcie, proszę) sporo mu brakuje, ale porównania obu panów kilkakrotnie podczas lektury z tyłu głowy gdzieś mi się pojawiały. Obaj przekorni, z pociągiem do alkoholu (choć u Forsta wydaje się to być pod kontrolą, w przeciwieństwie do nałogu Harrego), na bakier z regułami służb, w których pracują. Różnica między nimi jest jednak istotna – Forst zdecydowanie nie jest tak zdegenerowaną i stoczoną postacią jak Hole. Forst to taki wesołkowaty cwaniaczek, seksoholik, erotoman, nieco pajacowaty komisarz, który z największych opresji wychodzi obronną ręką – jakim cudem się tak dzieje? Pojęcia nie mam. Wiem za to, że autor postanowił komisarza Forsta obdarzyć nadprzyrodzonymi wręcz mocami –  jest niezniszczalny niczym Superman, pomysłowy jak MacGyver. I do tego z rosyjskimi kafarami rozprawia się nie gorzej niż sam Strażnik Teksasu.

Żeby jednak nie było tylko negatywnie, to dorzucę plusa.

Plusem (chyba jedynym, ale za to znaczącym) jest tematyka i praca, jaką autor włożył w to, by powieść zawierała ciekawy wątek historyczny. Można przecież napisać kryminał, wciągający, zawiły, po prostu dobry, ale bez żadnych dodatkowych historii. Wystarczy dobry pomysł na zagadkę, bystry detektyw (tudzież prawnik, policjant, prokurator), nieco talentu pisarskiego i voilà, mamy bestseller. Takich powieści jest mnóstwo, dlatego też zawsze doceniam gdy poza samą zagadką kryminalną autor pracuje nad tłem powieści powiązanym z historią, z prawdziwymi wydarzeniami; nad czymś więcej niż „zabił, było ciekawie i go złapali”. Zwoje z Qumran, od czasu kiedy sama tam byłam i groty widziałam, to temat niezwykle dla mnie interesujący. Nie wiem o nich przesadnie dużo, ale takie niezgłębione historie niesamowicie mnie fascynują. A jeśli dodatkowo są powiązane z Izraelem bądź ogólniej, terenami Ziemi Świętej, to już w ogóle wsiąkam w takie opowieści całkowicie. Do tego autor znalazł sposób (dość pokrętny, ale jednak…) by powiązać to z rzezią wołyńską. Więc ode mnie plus za tematykę i za pracę autora włożoną w zgłębienie tematu.

Autorowi udało się jeszcze jedno – po zakończeniu lektury siedziałam przez moment oszołomiona, z oczami otwartymi zdecydowanie zbyt szeroko jak na północ i po chwili przerzucałam stronę w tył by raz jeszcze przeczytać co przeczytałam. A to nieczęsto mi się zdarza. Zakończenie zaskakujące niesamowicie. Autentycznie, odjęło mi mowę na kilka chwil po tym co przeczytałam.

Trudno mi uwierzyć, że „Ekspozycję” i „Kasację” napisał ten sam autor.

Niewybredne żarty, uszczypliwe odzywki – niby jak w „Kasacji” ale mniej finezyjnie, żarty już nie takie wyszukane. Bardziej to toporne, sztuczne, naciągane.

Po „Kasacji” miałam ochotę od razu kupić wszystko co wyszło spod pióra Remigiusza Mroza, tymczasem po „Ekspozycji” rozważam dłuższy odpoczynek od tego autora.

 

http://tak-sobie-czytam.blogspot.com/

Komentarze facebook

komentarzy:

Dizajnuch

Od dość dawna już przymierzam się do tego, żeby wrzucać na bloga recenzje książek. Wstrzymuję się z dwóch powodów – po pierwsze mam wrażenie, że się u mnie zrobi totalny groch z kapustą, a po drugie czytam ostatnio sporo mniej, niż kiedyś, bo ciągle brak mi czasu. Dodatkowo ja czytam właściwie tylko coś, co można wrzucić do wielkiego wora  z napisem fantastyka, a jak wiadomo, są tacy, którym nie wchodzi nawet wiedźmin (nie gra, tylko książki i nie z dużej litery, bo to profesja, a nie nazwa własna). Jak to zazwyczaj w życiu jest – sprawa raz odłożona na później dalej odkłada się sama. Dlatego kiedy Daga Socjopatka zaproponowała mi udział w pewnym projekcie, który mówiąc w skrócie polega na tym, że kilku blogerów czyta jedną książkę i potem ją recenzuje stwierdziłem, że to najwyższy czas się odchamić i do recenzji filmowych dorzucić też te książkowe. Zadanie domowe brzmiało – Remigiusz Mróz „Ekspozycja”.

Do autora podszedłem jak Kasia Niekrasz do reklamy podpasek – z pewną taką nieśmiałością, bo ani autora nie znam, ani powieści kryminalno-sensacyjnych już od dawna nie czytam. Przez całe liceum i początek studiów zaczytywałem się m.in. Ludlumem, Forsythem, MacLeanem czy naszym swojskim polskim Joe Alexem, potem wajcha przestawiła mi się na Sapkowskiego, Piekarę czy Bretta (nie, Tolkiena nie trawię). Zamieniłem agencje wywiadowcze i Jasona Bourne’a na miecze, demony i Mordimera Madderdina. Jak widać, kiedy uczeń jest gotów, nauczyciel sam się pojawia i dlatego bardzo chętnie się zgodziłem na ten blogerski projekt. Tym bardziej, że nie mogli znaleźć więcej chętnym blogerów płci męskiej podobno.

To, że nie znałem wcześniej niczego spod pióra Mroza okazało się i wadą i zaletą przy czytaniu – podszedłem do „Ekspozycji” zupełnie nie skażony oczekiwaniami, ale też w kilku miejscach nie byłem w stanie stwierdzić, czy taki styl ma autor, czy coś nie zagrało akurat teraz (np. mnie osobiście irytowało używanie słowa „koncyliacyjnie” tym bardziej, że cała książka napisana jest raczej językiem przystępnym i nie ma w niej za dużo trudnych słów zamorskich). Zastawiam się też, na ile w postaci głównego bohatera odnajdujemy autora (no nie mówcie, że tylko ja kojarzę oba nazwiska ze sobą).

Powieść zaczyna się sceną na Giewoncie, gdzie znaleziono zwłoki nagiego mężczyznę wiszące na metalowym krzyżu. Okazuje się, że był on przed śmiercią brutalnie torturowany, na co wskazują ślady na ciele, ale poza nimi nie ma żadnych innych – wygląda to tak, jakby mężczyzna sam wszedł na szczyt i sam się powiesił. Żadnych ran od walki, od uderzeń, nic, czysto. Kto wymyślił tak makabryczną zbrodnię? Kto był w stanie tak ją przeprowadzić, żeby nie pozostawić choćby strzępka dowodu? W obliczu takiej to właśnie zagadki staje pyskaty, niepokorny i piekielnie inteligentny komisarz Wiktor Forst. Który to komisarz dosłownie chwilę później zostaje od sprawy odsunięty z pominięciem jakichkolwiek procedur. Widać od razu, że komuś na bardzo wysokim stołku zależy, żeby sprawa przycichła na wieki wieków amen. Pomimo zakazu, a może właśnie przez niego – Forst z pomocą dziennikarki Olgi Szrebskiej na własną rękę podejmuje się rozwiązania tej makabrycznej zagadki. Jako punkt zaczepienia i jedyny trop ma tylko tajemniczą monetę znalezioną w ustach denata. Kiedy wsiadamy z obydwojgiem do czerwonej astry jeszcze nie wiemy, że od tej pory czeka nas jazda bez trzymanki i chwili wytchnienia.

Całą książkę czyta się bardzo szybko – mniej więcej 450 stron strzeliło w jeden wieczór. Dzieje się tak z dwóch powodów – po pierwsze, akcja gna jak Dominic Toretto i jego Dodge Charger (i jest miejscami równie wiarygodna, jak sceny pościgów z filmu, ale o tym później), a po drugie cała książka jest napisana w taki sposób, że praktycznie czyta się sama. Dialogi są miodne, czasami sprawiają wrażenie przeładowanych dowcipasami, głównie seksistowskimi, ale ja osobiście lubię takie prowadzenie rozmów, gdzie cały czas iskrzy. Opisy nie męczą dłużyznami, a musicie wiedzieć, że autor przemyca sporo informacji z dziedzin, których czytanie zazwyczaj powoduje długie zieeeew. Mamy tu kryminalistykę z lekko makabrycznymi elementami anatomii człowieka, ale jest też historia, religia czy kulturoznawstwo. I wszystko to „wchodzi” nam bez najmniejszego wysiłku i nie powoduje ani spadku tempa akcji, ani naszego nią zainteresowania.

A właśnie – akcja. Nie bez kozery porównałem ją do pędzącego na złamanie karku bohatera „Szybkich i wściekłych”. Czytając książkę miałem wrażenie, że w takim właśnie solidnie podrasowanym aucie siedzę i gonię do przodu nie używając w ogóle hamulca. Jeszcze dobrze nie otrząsnęliśmy się po jednej ze scen, a już autor pakuje nas w środek następnej. Nie jest to może samo w sobie złe, ale miejscami odnosiłem wrażenie, że trochę gubi się tutaj realizm i dryfujemy w stronę mojej ulubionej fantastyki i niemożliwych w życiu scen akcji. Niektóre informacje czy tropy są odkrywane w sposób mówiąc oględnie mało prawdopodobny, a chociaż mamy XXIw., to jednak nie wydaje mi się, że internet i social media są potężniejszym narzędziem niż policyjne archiwa i techniki śledcze.

Właściwie akcja przerywana jest jedynie momentami, w których musimy się czegoś dowiedzieć o czasach zamierzchłych, bo to właśnie w nich drzemie rozwiązanie zagadki. Nie za bardzo mamy jednak czas na to, żeby sobie przyswoić i zapamiętać te istotne dla śledztwa i całej historii informacje, bo za chwilę gnamy dalej. Troszkę chyba na tym cierpi sama tajemnica, bo mam wrażenie, że w pewnym momencie nie ona staje się tutaj głównym bohaterem powieści i zostaje wyparta przez akcję i jeszcze więcej akcji. A szkoda, bo twórca miał naprawdę dobry pomysł na powiązanie ze sobą rzeczy nieoczywistych. Wyjaśnienie tych powiązań jest niebanalne i solidnie przemyślane, ale jakby potraktowane lekko po macoszemu. Celowo nic nie piszę o fabule, bo nie chcę psuć Wam przyjemności z lektury.

Bohaterowie powieści są fajnie zarysowani, a nawet mam czasami wrażenie, że przerysowani. Tutaj kłania się moja nieznajomość innych dzieł Mroza – nie wiem, czy to wypadek przy pracy, czy zabieg celowy i wszystkie postaci z jego książek są takie. Jeśli któreś z nich ma jakąś cechę, to autor podkreśla ją miejscami aż do przesady (znajdźcie mi choć jeden dialog Forsta z kimkolwiek, gdzie nie jest on seksistowski, chamski czy nie ma niewyparzonego jęzora). Przeładowanie akcją powoduje tez to, że miejscami było mi komisarza i dziennikarki szkoda – gonią ich, strzelają do nich, biją, próbują zgwałcić czy torturują. W pewnym momencie im współczułem, choć powinien odczuwać podziw dla hartu ducha i niezłomnej woli rozwikłania całej zagadki. Niby mamy jakieśtam szczątkowo zaznaczone wątki, z których wyłania się motywacja i motywy działania bohaterów, ale ja chyba mając tylko takie, dawno bym sobie odpuścił. Polubiłem ten tandem, ale na dozgonną miłość to chyba za mało.

Po lekturze miałem wrażenie, że przeczytałem książkę o agencie 007. Co prawda Forst nosi dżinsy i koszulę w kratę, a nie garnitury od Armaniego, ale tempo akcji i sposób prowadzenia całej historii jako żywo przypomina to, co wyprawia James Bond. Trochę się krzywimy nad całą historią i przymykamy oczy na niedociągnięcia fabularne, ale i mu z całego serca kibicujemy w kolejnych scenach, chociaż doskonale wiemy, że wyjdzie z tej próby zwycięsko. Taka też jest „Ekspozycja” Mroza. Doskonała rozrywka dla kogoś, kto niekoniecznie ma ochotę na głębokie psychologiczne rozterki, a raczej na niczym niezmąconą rozrywkę. To pierwszy tom trylogii, więc trochę jak u agenta Jej Królewskiej Mości mamy na końcu coś w stylu napisu „Wiktor Forst will return”.

Bo czekać będziemy na tę książkę z wypiekami – zakończenie książki po prostu nokautuje. Mróz bez uprzedzenia i bez litości dał nam sierpowego prosto w zęby i posłał na deski. Takiego cliffhangera dawno już nie widziałem ani w kinie, ani tym bardziej w książce.

Choćby z tego powodu będę czekać na kolejne części.

 

http://dizajnuch.pl/

Komentarze facebook

komentarzy: