Jutro zapowiadają burze w całym kraju. Ja, przypuszczalnie, wywołam jedną już dzisiaj.

Bardzo dawno nie spotkałem się z książką, która wywołałaby u mnie tak ekstremalnie skrajne odczucia. Skoro jednak tak się stało, to muszę zderzyć się z własną szczerością i postarać się jakoś ten dylemat ubrać w słowa. Pragnę, by mój tekst został odebrany poprawnie – nie jako krytyka, dlatego pozwolę sobie zacząć nietypowo, od ciemnej strony.

W kwestii szeroko pojętej fantastyki jestem trudnym przypadkiem. Uwielbiam Opus Magnum Stephena Kinga – Mroczną wieżę. Uwielbiam serię Patrole Siergieja Łukjanienki, lubię klimaty postapokaliptyczne i zdecydowanie przepadam za realizmem z odrobiną paranormalizmów lub magii czy zabobonów. Zupełnie nie potrafię się natomiast przekonać do wszystkiego co się dzieje w kosmosie (wyjątkiem są klasyczne Gwiezdne wojny i trylogia Red Rising, która jest absolutnie fenomenalna) oraz do fantasy. Nie wytrzymuję Tolkiena, rwę włosy z głowy nad Wiedźminem i zupełnie nie kupuję historii opisanej przez Ken Liu. Na dodatek szczerze cierpię z tego powodu, bo wiązałem wielkie nadzieje z tą książką.

Spójrzmy jednak – na tyle na ile jestem w stanie – obiektywnym i krytycznym okiem na Królów Dary.

Pierwszym co się rzuca w oczy to piękne wydanie – twarda oprawa z bardzo ładnym projektem, dobrej jakości papier, mapa krainy i ozdobniki w tekście. Tą książkę chce się postawić w najbardziej widocznym miejscu domu i pokazywać każdemu, kto się nawinie. Nie jest to dla mnie zaskoczenie, bo wielokrotnie już chwaliłem Wydawnictwo SQN za estetykę wydawniczą.

W treści jest jeszcze lepiej. Ta powieść jest rzeczywiście napisana z wielkim rozmachem. Ujmujący jest projekt świata, w którym toczy się akcja. Autor zadbał nie tylko o skomplikowany mechanizm bieżących wydarzeń, ale stworzył też historię tego świata sięgającą daleko wstecz. Fabuła książki opiera się na dość standardowych modułach: przyjaźń, władza, rewolucja, taktyka, spryt, miłość itd., ale Ken mimo wszystko całkiem interesująco to poskładał w wielowymiarową całość. Początek jest rzeczywiście mocny, a cała reszta traktuje o dwóch mężczyznach, którzy są skrajnie różni, ale przyświeca im jeden cel – wyzwolić ojczyznę spod tyranii cesarskiej. Kolejnym ciekawym zabiegiem autora są ‚wstawki’ z Bogami Dary w roli głównej, którzy obserwują wszystkie te wydarzenia. Nie sposób też nie docenić języka, jakim posługuje się Liu. Pod tym względem dawno już nie czytałem czegoś równie dobrego.

Przychodzi mi na myśl Leonardo da Vinci i jego Dama z gronostajem. Nie sposób odmówić autorowi geniuszu, warsztatu i wyobraźni. Można godzinami analizować i zachwycać się kunsztem tworzenia. Jednak ani Dama z łasiczką, ani Królowie dary, nie trafiają w moją estetykę. Pozostaje mi tylko czekać i mieć nadzieję, że kiedyś trafię na powieść fantasy, która mnie żywo porwie. Nie ustaję w poszukiwaniach.

 

Komentarze facebook

komentarzy: