Często, gdy zamykam właśnie przeczytaną książkę, nachodzą mnie różne refleksje. Tym częściej się to zdarza, im książka ma w sobie więcej magicznych i metafizycznych wątków. Myli się jednak ten, kto uważa, że moje refleksje są zawsze związane z dopiero co ukończoną powieścią. Zazwyczaj nachodzą mnie myśli tak absurdalnie nie ‚w temacie’, że analizą skąd się wzięły nawet nie próbuję się zająć. Po zbiorze opowiadań Piotra Borowca, naszła mnie myśl o maturze. To akurat, ze względu na majowy smog intelektualny powstały z umysłów tegorocznych abiturientów jest nawet dość logiczne. Jak to się ma natomiast do książki Borowca? Nie mam pojęcia… Refleksja ta zaniosła mnie jednak daleko w przeszłość, kiedy to ja sam miałem przystąpić do egzaminu życia. Wówczas, wśród tekstów czytanych dla przyjemności, królowały etykiety z tanich win, a do matury z języka polskiego zostałem dopuszczony warunkowo. Na studiach z kolei, średnia grubość podręcznika do przedmiotów kierunkowych wynosiła ok. osiemset stron, więc w wolnych chwilach… znów były tylko etykiety. Molem książkowym zostałem znacznie później…

Ci, którym się chciało śledzić mnie od początku mojej blogerskiej działalności (gdybym miał zatytułować swoją biografię, to przychodzi mi do głowy tylko: „Gdy dupa zaczyna śpiewać”), wiedzą z jaką niechęcią odnosiłem się do rodzimych autorów. Jako fan prozy amerykańskiej, miałem właściwie niewyczerpane źródło książkowych inspiracji i ani skandynawskie superkryminały, ani tym bardziej polskie produkcje nie miały szans się przebić. Kiedy w końcu nastąpił przełom i w moje ręce zaczęły wpadać książki polskich pisarzy, niepostrzeżenie dla samego siebie zacząłem smakować w polskiej prozie. Prawdziwą rozkosz, czuję jednak przy polskiej grozie!

„Wszystkie białe damy” to 13 opowiadań wydobytych wprost z mroku. Najkrótsze z nich, ma zaledwie 5 stron. Wydaje mi się, że krótkie formy są szczególnie trudne. Nie ma czasu na rozbieg, a uchwycenie przekazu w kilkunastu akapitach jest niebywałą sztuką. Piotr Borowiec poradził sobie, w moim mniemaniu, bardzo dobrze. Zbiór nie jest równy, są pozycje bardziej i mniej wciągające. Nierówności nie są jednak duże, co zaskoczyło mnie o tyle, że nawet Stephen King, gdy wydaje zbiór opowiadań, to nie może sobie odmówić chociaż jednego ewidentnego gniota – chyba, że robi to dla zabawy 🙂 Moim faworytem stało się opowiadanie pod tytułem „Święty spokój”. Według mnie to naprawdę świetna i klimatyczna historia.

Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że Autor pisze o rzeczach ważnych. Cała groza tych opowiadań jest jakby ‚podbiciem’ faktycznego sensu tych historii. W tych krótkich historiach znalazłem miłość, zawód, zdradę, zemstę, sumienie, nadzieję… Przecież to samo życie…

Piotr Borowiec jest bardzo obiecującym pisarzem. Będę uważnie obserwował jego literackie poczynania. Wam polecam zapoznać się z tymi opowiadaniami, choćby z ciekawości, bo z pewnością nie będzie to stracony czas. Mam też głęboką nadzieję, że będzie nam dane przeczytać kiedyś pełnowymiarową powieść tego Autora, bo tak się jakoś w Białych damach składa, że im większa objętość opowiadania, tym mroczniej…