Projekt 5na1

Pięć osób. Jedna książka

Prezentuję Wam kolejny wpis z cyklu projekt 5na1, czyli recenzje jednej książki przez pięć różnych blogowych osobowości. Ponieważ poprzedni artykuł Wam się spodobał, postanowiliśmy wyniki naszej zabawy publikować cyklicznie co miesiąc. Artykuły będą pojawiać się zawsze piątego dnia każdego miesiąca. Tymczasem zapraszam do lektury!

Kliknij na osobę, aby rozwinąć treść

PanCzyta

Przy okazji tej lektury zastanawiałem się co boli bardziej. Słaba historia, ale dobrze napisana, czy źle napisana historia dobra…

Katarzyna Bonda jest pisarką młodego pokolenia, która robi oszałamiającą karierę na polskim rynku powieści kryminalnych. Od jakiegoś czasu jej książki są również naszym literackim towarem eksportowym. „Sprawa Niny Frank” to jej debiutancka powieść, która została nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru, oraz otrzymała nagrodę Debiut Roku od wydawnictwa Media Express.

Czytając tę powieść starałem się na bieżąco układać w głowie treść tego tekstu. Obiecałem sobie, że wykażę w tym wypadku maksimum empatii, bo przecież każdy jakoś zaczyna i nie od samego początku robi to perfekcyjnie.

Fabuła książki to miks polskiej rzeczywistości i standardowych motywów wykorzystywanych w powieściach kryminalnych. W swoim domu, w bestialski sposób, zostaje zamordowana popularna aktorka serialu, w którym grałą rolę poczciwej zakonnicy. Sprawę prowadzi lokalna policja wraz z przydzielonym do pomocy profilerem, Hubertem Meyerem. Nina Frank, jak dowiadujemy się z prowadzonej równolegle retrospekcji życia bohaterki, poza planem filmowym prowadziła jednak życie bardzo odległe od jej ekranowego wizerunku.

Zacznę od tego co mi się podobało. Nie sposób odmówić pisarce sprawności w posługiwaniu się językiem polskim. Talent wzmocniony kilkunastoma latami pracy w zawodzie dziennikarza daje się wyraźnie zauważyć. Książkę czyta się szybko, przyjemnie, a treść jest przekazana w bardzo przystępny i klarowny sposób. Podobał mi się też ten kompletnie absurdalny pomysł wprowadzenia na arenę wydarzeń dwóch dziwnych postaci, które nazwałem roboczo Bułka i spółka. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że ten epizod znalazł się w książce, ale myśl o nim raczej wywołuje lekki uśmiech na mojej twarzy, niż jakiekolwiek negatywne emocje. Taki już jestem, że lubię pomysły ‚z czapy’. Również bardzo pozytywnie oceniam kreacje bohaterów. Lubię wiedzieć co nieco o kluczowych postaciach i tutaj otrzymałem dokładnie to, czego mi było trzeba.

Nie przypadły mi do gustu dwa ostatnie rozdziały. Rozumiem co autorka miała na myśli, ale można było – choćby jednym zdaniem – wprowadzić czytelnika w zamysł. Bez tego, zanim zrozumiałem o co chodzi, odniosłem wrażenie, że to błąd drukarski i do książki doczepił się fragment innej historii. Tylko nazwiska jakieś podobne:)

Najbardziej zaskoczył mnie jednak fakt, że w tej nowatorskiej, bądź co bądź historii, zbędny okazał się filar tej innowacyjności. Ta powieść doskonale by sobie bez Huberta Meyera, który właściwie nic specjalnego do sprawy nie wniósł, a na pewno nie przyczynił się w jakikolwiek znaczący sposób do schwytania sprawcy. Sprawca zwyczajnie nie grzeszył inteligencją, dał się ponieść emocjom i popełnił błąd. Można zatem powiedzieć, że zabójca wystawił się sam i cała szumna akcja prowadzona na przeszło czterystu poprzednich stronach poszła z dymem. Być może pomysł z profilerem nie był wynikiem artystycznej potrzeby serca, a chłodnej analizy rynku i potrzeb czytelniczych.

Niemniej jednak jestem ciekaw jak Autorka rozwinęła się od tej pierwszej w swoim literackim życiu książki, więc z pewnością sięgnę po kolejne. Przypuszczalnie zacznę od tych najnowszych, aby poczuć skalę zmian.

Język: 4
Emocje: 1.5
Pomysł: 3
Akcja: 2

http://www.panczyta.pl
http://www.facebook.com/poczytaj.dalej

Komentarze facebook

komentarzy:

Socjopatka

To była moja pierwsza przygoda z twórczością Katarzyny Bondy, ale jak się później okazało, nie ostatnia. Mam trochę mieszane uczucia co do książki „Sprawa Niny Frank”. Czułam się jednak lekko zaintrygowana po jej przeczytaniu i połasiłam się o jej dwie kolejne pozycje. „Tylko martwi nie kłamią” oraz „Florystka”. Obie były zdecydowanie lepsze, niż książka, którą dzisiaj chcę wam przedstawić.

Zacznijmy od tego, że Bonda bardzo dokładnie, ciekawie i wielowymiarowo przedstawia i opisuje postaci. W ogóle opisy to jej mocna strona. Opisy miejsc, zdarzeń, zachowań. Dzięki ich obszerności czujemy się trochę, jakbyśmy czytali powieść nie czysto kryminalną, ale i przygodowo-obyczajową. Mi akurat to nie przeszkadza, ale rozumiem, że to zależy od gustu i kogoś innego szerokie opisy mogą zanudzić. Mi pozwoliły lepiej poznać bohaterów i miejsce, w którym toczy się akcja.

Sam pomysł przedstawienia książki z punktu widzenia profilera policyjnego to strzał w dziesiątkę. Zazwyczaj w książkach kryminalnych ich rola jest podrzędna i traktowana po macoszemu. Natomiast już pomysł z zabójstwem gwiazdy filmowej, mało twórczy i tutaj mogłabym się trochę podoczepiać. Co jakiś czas w śledztwie pojawiają się nowe wątki. Niektóre trochę magiczne, co powoduje pewne zamieszanie i nadaje tajemniczości w całej tej sprawie. Widać, że pomysłów autorce nie brakuje. Tylko czy na pewno dobrze, że wszystkie je chciała wpleść w jedną powieść? Raczej nie.

Książka napisana jest jakby z dwóch perspektyw. Pierwsza to to, co dzieje się aktualnie w miasteczku, a druga to historia Niny Frank, która zaczyna się od opisów jej dzieciństwa, opowiedziana przez nią samą.

Duży minus za to, że wiele spraw zostało niewyjaśnionych. Rozpoczęte i niezakończone wątki to coś, czego naprawdę nie mogę znieść. A ponieważ sięgnęłam z tej serii po jej dwie kolejne książki, wiem, że nigdy do nich nie powróciła.

Jednej, jedynej rzeczy w całej tej książce nie rozumiem. Jej zakończenia. Dwa ostatnie rozdziały psują jak dla mnie całą powieść. Nie wiem czy to miał być żart? Zabieg stylistyczny, czy jakaś ukryta informacja? Jeżeli ktoś zrozumiał to zakończenie, to niech się do mnie odezwie. 🙂

Pomysł: 3
Język: 5
Akcja: 3
Emocje: 3

 

http://www.socjopatka.pl

Komentarze facebook

komentarzy:

Ruda

Katarzyna Bonda to młoda autorka kryminałów. Dopiero pierwszy raz spotkałam się z jej twórczością podczas projektu 5 na 1. Czy mnie zachwyciła? Czy naprawdę dobrze pisze?

Owszem, z ostatnim pytaniem muszę się zgodzić. Bonda ma coś w sobie, co przyciąga, coś, co sprawia, że powieść czytało się z pewną lekkością. Język pisarki jest lekki, niewymuszony. Krótkie zdania (dla mnie trochę za krótkie) nadają tempa. Ze strony językowej nie mam żadnych zarzutów…

… ale ze strony pomysłu jak najbardziej. Powieść zaczyna się ciekawie, niestety w pewnym momencie potrafi znudzić. Moim zdaniem, dwie przeplatające się opowieści – zbrodni i pamiętnika/dziennika głównej bohaterki – są dobrym pomysłem, lecz niestety ta druga „pamiętnikowa” część jest nieciekawa i tak naprawdę ze zbrodnią ma mało wspólnego. Jesteśmy w stanie wyłapać kontekst i połączyć te dane, ale gdybyśmy czytali to jako dwie różne opowieści, byłoby znacznie lepiej. Z drugiej strony, bardzo zaskoczyły mnie dwa ostatnie rozdziały, które robią trochę mętliku w głowie. I to jest bardzo na plus!

Akcja jest dosyć wartka (oprócz właśnie wyżej wymienionych rozdziałów pamiętnika), samo śledztwo i to, jak jest prowadzone nie nudzi. Bonda trochę za szybko zdradza nam, kto jest mordercą, kto zawinił i bardzo łatwo jest się tego domyślić. Co za tym idzie – jest mnóstwo lepszych kryminałów trzymających w napięciu do ostatniej chwili (i tutaj mogę za przykład podać Remigiusza Mroza). Czytelnik może i w pierwszych rozdziałach odczuwać ciekawość i zadawać sobie pytanie: Co będzie dalej?, ale suma summarum książkę można skończyć dziesięć rozdziałów przed ostatnią stroną.

Pomysł: 2
Język: 4
Akcja: 2,5
Emocje: 1

 

http://instragram.com/rude_jestwredne
http://facebook.com/annakostorzlifestyle

Komentarze facebook

komentarzy:

Tak sobie czytam

Za dużo. Wszystkiego za dużo. Za dużo stron, za dużo treści, zagmatwania, bohaterów i ich mało ważnych historii, za dużo wątków pobocznych.

Książka jest zdecydowanie za długa i zaczynam mieć jakieś dziwne wrażenie, że pani Katarzynie chyba mocno zależy, żeby jej powieści wyróżniały się objętością i były cegłami. Choć to moja druga książka Katarzyny Bondy, to trzy inne stoją na półce, zajmują tam sporo miejsca i już z daleka rzuca się w oczy właśnie ich objętość. Ze „Sprawy Niny Frank” można by spokojnie usunąć jakieś 150 stron i rozwój akcji nie ucierpiałby na tym. A już na pewno dwa ostatnie rozdziały są pierwsze do odstrzału.

Ale po kolei – zanim popastwię się nad resztą tego, czego jest „za dużo”, kilka słów o fabule.
Nina Frank, popularna serialowa aktorka zostaje zamordowana w swym dworku w Mielniku nad Bugiem. Na co dzień aktorka mieszkała w Warszawie, akcja powieści rozgrywa się więc zarówno w stolicy, jak i w Mielniku. Wraz z rozwojem akcji dowiadujemy się o kolejnych skandalach i grzeszkach Niny Frank, jej powiązaniach z Mielnikiem, drodze do bycia serialową gwiazdką. Jak szybko się orientujemy, życie Niny jest dalekie od wizerunku serialowej zakonnicy Joanny, której to rola przyniosła Ninie popularność i uwielbienie telewidzów. W powieści stykają się więc dwie rzeczywistości – sielska i spokojna z reguły nadbużańska wieś oraz zaganiana i obfitująca w skandale stolica.

Do śledztwa, wbrew własnej woli, zostaje włączony policyjny profiler Hubert Meyer – tak oto poznajemy bohatera trylogii Katarzyny Bondy. Szczerze mówiąc, w „Sprawie Niny Frank” jego udział nie jest znaczący. Według mnie, nie odegrał on tu większej roli, a postawione przez niego tezy były raczej luźnymi spostrzeżeniami niż istotnymi wskazówkami. Owszem, miejscowy szef komisariatu, Eugeniusz Kula, szczerze bierze je sobie do serca i kieruje się nimi przy prowadzeniu śledztwa, ale nie oszukujmy się, podpowiedzi Meyera wprowadziły w Mielniku jedynie zamęt na szeroką skalę, ale nie przybliżyły policji do schwytania zabójcy. Być może autorka chciała zwrócić uwagę na trudna sytuację profilerów policyjnych w naszym kraju? Fakt, nie jest to popularny zawód i nie wiem, na ile wykorzystywana jest taka pomoc w prowadzonych u nas śledztwach. Liczę na to, że w kolejnych tomach cyklu z Meyerem jego postać będzie miała więcej roboty niż tylko dobre rady dla nieco zahukanego, acz sympatycznego policjanta na prowincji.

Skoro już mowa o podkomisarzu Kuli – bardzo go polubiłam, choć szczerze wątpię w istnienie takich przedstawicieli władzy. Autorka nieco przerysowała wieś i jej mieszkańców, stereotyp goni stereotyp i w efekcie wyszło pomieszanie wsi siermiężnej niczym w „Chłopach” z jej sielskim odpowiednikiem w „Nad Niemnem”. Nie zmienia to jednak faktu, że nieco przerysowany Eugeniusz Kula zaskarbił sobie moja sympatię. Tego samego nie mogę niestety powiedzieć o Hubercie Meyerze… Sypia on z połową warszawskiej komendy (tylko dlatego z połową, a nie z całą komendą, bo druga , jest w trakcie rozwodu, jak dla mnie trochę zbyt nijaki. Poczekam, może jego postać w kolejnych tomach ewoluuje w ciekawszą stronę.

Kolejne „za dużo” dotyczy mnogości wątków pobocznych i związanego z tym zagmatwania. Po co był ezoteryczny wątek z panem Bułką i jego wspólnikiem? Po co dziwnie poprowadzony wątek z Ewą, partnerką Mariusza Króla? Albo historie z popem? Z jednej strony doceniam, że autorka nie skupiła się na jednym, głównym wątku, że wprowadziła urozmaicenie tworząc przez to bardziej realistyczny obraz wiejskiego życia, ale jednak wszystkiego tego razem jest za dużo, jest to zagmatwane i w sporej części – niepotrzebne.

Mam nieodparte wrażenie, że Katarzyna Bonda miała głowę pełna pomysłów i chyba jednak nie do końca je okiełznała. Tych myśli wystarczyłoby na kilka powieści.

Cieszę się, że przygodę z Katarzyną Bondą zaczęłam od „Pochłaniacza”, bo gdyby w pierwszej kolejności padło na „Sprawę Niny Frank”, to nie wróżyłoby to dobrej dalszej znajomości. Tymczasem jednak biorę poprawkę na to, że „Sprawa…” to debiut autorki i z nadzieją będę podchodziła do lektury dwóch kolejnych części trylogii z Hubertem Meyerem.

Język: 4
Emocje: 2
Pomysł: 2
Akcja: 2

http://tak-sobie-czytam.blogspot.com/

Komentarze facebook

komentarzy:

Dizajnuch

Minął miesiąc, nastał PIĄTY dzień miesiąca, czyli czas na przedstawienie Wam kolejnej, trzeciej już książki recenzowanej przez pięciu niezależnych blogerów w ramach naszej wspólnej akcji #5na1. Tym razem dla odmiany mamy znowu kryminał i dla odmiany znowu polskiego autora, a właściwie autorki – pod nasze krytyczne oczy trafiła Katarzyna Bonda i „Sprawa Niny Frank”. Na szczęście do trzech razy sztuka i obiecuję Wam, że przynajmniej do września już nie będzie denatów ani dzielnych funkcjonariuszy organów ścigania dumających nad okolicznościami ich nagłego zejścia z tego łez padołu. Na wakacje mówimy dość śledztwom i kryminalnym zagadkom. Ale to na wakacje – teraz wróćmy do recenzji.

Prolog
Bonda to chyba najbardziej gorące damskie nazwisko polskiego świata powieści kryminalnych. Jej książki zdobywają prestiżowe nagrody i okupują czołowe miejsca list bestsellerów, więc wcześniej czy później musiała się ona u nas pojawić i na jakąś jej książką musieliśmy się pochylić. Akurat „Sprawa Niny Frank” to literacki debiut autorki, który tak na marginesie został obsypany branżowymi nagrodami i rozpoczął jej grę o tron na naszym rodzimym rynku wydawniczym. Zresztą – grzebiąc trochę po necie kilkukrotnie już spotkałem się z określeniem „królowa polskiego kryminału”. Po lekturze stwierdzam, że to tytuł zdecydowanie na wyrost. Mówiąc krótko książka jest przeraźliwie słaba.
Dlatego pójdę na łatwiznę i fabułę streszczę używając materiałów zerżniętych żywcem ze strony wydawnictwa:
Najpopularniejsza aktorka polskich seriali, Nina Frank, zostaje znaleziona martwa w swoim dworku w sielskiej przygranicznej miejscowości Mielnik nad Bugiem. Uwielbianej celebrytce, o czym wiedzą nieliczni, daleko do granej przez nią postaci szczęśliwej i dobrej zakonnicy Joanny. Jednak to właśnie ta rola przyniosła jej pieniądze i sławę. Prawdę o pełnym skandali życiu aktorki, o dwuznacznej drodze do kariery, licznych kochankach i nałogach odkryje psycholog policyjny, Hubert Meyer, który przybywa na miejsce zbrodni.
Czy poznanie sekretów Niny Frank i stworzenie profilu sprawcy pozwoli policji ująć mordercę? Jakie znaczenie ma to, że los aktorki został określony przez jedną z run?

Rozwinięcie
Rzadko zdarza mi się, że czytam książkę na kilka razy. Na dwa i owszem, bo zazwyczaj czytam wieczorami i po całym dniu w pracy mogę kondycyjnie nie wytrzymać, ale na drugi dzień ZAWSZE dochodzę do końca. Trzy podejścia nie zdarzają mi się prawie nigdy. Do powieści Bondy podchodziłem 5 razy i gdyby nie to, że zobowiązałem się ją przeczytać, to po prostu zamieściłbym najkrótszą recenzję w moim życiu:
Wybaczcie, ale książka jest tak mizerna, że po 25 stronach ją odłożyłem i więcej do niej nie wrócę, co mi się w wersji papierowej zdarzyło tylko raz, a przy ebooku trzy razy w życiu.
Po pierwsze jest straszliwie słabo napisana w warstwie językowej – zdania są albo jakieś takie rwane i jakby niedokończone, albo tak wielokrotnie złożone i pełne dziwnych przenośni, że nawet ja się gubiłem. A ja przecież zdanie wielokrotnie złożone uwielbiam i stosuję namiętnie. Dialogom brakuje miodności, są drętwe i sztuczne do bólu, do tego każda postać mówi tak samo – brak jakichkolwiek cech charakterystycznych danych bohaterów na poziomie słownym, gdzieniegdzie mamy tylko pojedyncze wtręty charakterystyczne dla prawosławia.
Monologi wewnętrzne samej Niny Frank czy jej mordercy są tak beznadziejnie nienaturalne, że nie wiedziałem, czy mam sobie polać coś na lepsze przyswajanie czy po prostu męczyć się dalej. Jak słowo daję, Dean R. Koontz w „Łzach smoka” milion razy lepiej przedstawia taki bieg myśli psa tropiącego ślady, niż Bonda ukazuje nam co się dzieje pod czaszką seryjnego mordercy i jego ofiary.
Jedyna rzecz, która mi się podobała, to płynne przejścia pomiędzy rozdziałami z użyciem tych samych zdań, ale w innym znaczeniu i osadzonych w innych okolicznościach. To dosyć trudna sztuczka, więc tym bardziej dziwi mnie, że cała reszta jest tak siermiężnie napisana.
Po drugie bohaterowie. Jest ich wielu, moim zdaniem zbyt wielu, są z różnych środowisk i reprezentują sobą różne wartości, ale w gruncie rzeczy każdy z nich obchodzi nas równie mało i jest tak samo płaski i nijako zarysowany. Totalnie nie obchodziło mnie to, co się dzieje w życiu osobistym Huberta Meyera, a jeszcze mniej w zawodowym. Losy Niny Frank w pewnym momencie się tak zakręciły, że zacząłem się zastanawiać, czy nie czytam aby jakiejś pomyłki edytora, który posklejał na chybił trafił kartki z kilku różnych książek.
Wisiało mi kalafiorem co się z kim dzieje, dlaczego i jaki ma to wpływ na fabułę. A kiedy okazało się, kto jest mordercą i co się potem z nim stało, to wybuchnąłem śmiechem i to był jedyny moment przy czytaniu tej książki, którego nie uważam za stracony. Bo nikt nie jest w stanie odgadnąć, kto jest mordercą, co z kolei bardzo rzadko się zdarza.
Po trzecie fabuła. Jeśli nawet jakaś jest, to ukryła się głęboko pod nieudolnie kleconymi zdaniami. A już wątki mistyczne to ja nie wiem po co się pojawiły. Żeby było jeszcze gorzej, czy może Bonda akurat czytała Życie na gorąco i wpadł jej w oko horoskop z ostatniej strony? Jaki był cel tego całego nadprzyrodzonego pierdololo? Kolejne edycje „Sprawy Niny Frank” są wydawane pod tytułem „Dziewiąta runa” – chodzi o to, żeby raz jeszcze sprzedać komuś ten sam szajs, ale w nowym, błyszczącym i modnym opakowaniu?
Bardzo za to podobały mi się tytuły rozdziałów – jeśli macie czasami nawyk otworzenia na spisie treści, to akurat w tym przypadku praktycznie omija nas konieczność czytania książki, bo wszystko jest jasne. Biorąc pod uwagę fakt, jak koszmarnie się to czytało, to wielki plus. Niestety ja nie skorzystałem, bo musiałem przeczytać całość.
Po czwarte akcja. Jaka akcja? Tam się nic nie dzieje.

Epilog
No i tak, jak o całej powieści do tego miejsca mówiłem, że jest po prostu zła, tak po przeczytaniu dwóch ostatnich rozdziałów w mojej głowie rozległo się doniosłe WTF?! Jedynym wytłumaczeniem jest moim zdaniem to, że Katarzyna Bonda wiedziała, jaki gniot wypuściła i tym samym chciała powiedzieć czytelnikom, żeby jej po prostu nie traktowali poważnie i że ojtam ojtam, bo zwrotów nie przyjmujemy.
Może jakby książka była dobra, to bym zadał sobie trud i cofnął się trochę, żeby doszukiwać się tu drugiego czy trzeciego dna, ale nie widzę najmniejszego sensu, bo „Sprawa Niny Frank” podczas czytania raniła mi oczy i mózg, a ja nie lubię jak boli. A może jestem zbyt ograniczony, żeby pojąć kędy chadza twórczy umysł pisarski?

Jako podsumowanie zacytuję samą autorkę z jej innej książki pt. „Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania”:
Tak, uczę ludzi pisać. Lubię dzielić się swoją wiedzą, pomagać adeptom, wydobywać ich z odmętów grafomanii (…) Staram się jedynie – jak akuszerka – pomagać w ich „literackich porodach”. Bo pisanie książek to nie poezja, gdzie pocałunek Muzy zapładnia twórcę do napisania wiersza, zaś iluminacja jest cenniejsza niż warsztat.

Ja pieprzę, serio?

Język: 1
Emocje: 0,5
Pomysł: 3
Akcja: 1

http://dizajnuch.pl/

Komentarze facebook

komentarzy: