Pamiętam, że gdy jako nastolatek jeździłem nad morze, to zabierałem tylko jedną książkę. Tylko tyle, aby przeczytać coś w pociągu. Uwielbiałem – już na miejsciu – buszować w tych wielich namiotach z książkami (są jeszcze?). Pamiętam też, że były to czasy, gdy w pokojach hotelowych zamiast telewizorów były stare prostokątne radia. Zazwyczaj z resztą nie działające 🙂

Piszę o tym dlatego, że książka pod tytułem “Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie”, okazała się jak droga pociągiem spod gór nad morze. Pierwsza połowa dłużyła mi się okropnie, druga natomiat zeszła nadspodziewanie szybko. Dodatkowo, tak jak PKP Kraków-Gdynia, książka niesie za sobą głębszy sens (pociąg w końcu dotrze na miejsce i rozpoczną się wakacje), w mało atrakcyjnym według mnie opakowaniu (jak w PKP bywa, to wszyscy wiemy). W końcu, już po wyjściu z pociągu, przez długie godziny, nie można pozbyć się echa stukotu kół o łączenia szyn.

A książka opowiada o dość poważnym problemie i czytelnik – jeśli jest rodzicem dziewczynki, jak ja – zyskuje zupełnie nową perspektywę. Autorka opowiada historię kobiety “zawiniętej” w cieniutki celofan sukcesu, szczęścia oraz dostatku, pod którym kryje się bezmiar krzywd i kompleksów z dzieciństwa, z którymi bohaterka będzie musiała raz jeszcze się zmierzyć. I zmierzy się, bo chce oczyścić swoje imię, nawet za cenę pokazania jak bardzo “nieidealna” jest.

Nie umiem jednoznacznie określić się czy ta książka mnie urzekła czy nie. Była irytująca, ale również wciągająca. Autorka pewne kwestie potraktowała powierzchownie, inne z kolei poddała syntezie aż do bólu. Głowna bohaterka nie wzbudziła mojej sympatii, ale to pewnie dlatego, że facet nigdy kobiecej logiki nie zrozumie. Za to sam przekaz wychowawczy należy uznać za odciskający się na czytelniku na dłuższy okres czasu.

Książka dość nierówna, ale warta przeczytania. Emocje? Całkiem dużo, szczególnie w drugiej połowie. Myślę, że kobietom bardziej przypadnie do gustu.