Projekt 5na1

Pięć osób. Jedna książka

Prezentuję Wam kolejny wpis z cyklu projekt 5na1, czyli recenzje jednej książki przez pięć różnych blogowych osobowości. Tym razem jestem porządnie spóźniony, ale do północy jeszcze trochę, więc… miłej lektury 🙂

Kliknij na osobę, aby rozwinąć treść

PanCzyta

Po raz kolejny muszę się odnieść do swoich dziwnych skojarzeń. O ile zazwyczaj jest to tylko wstęp do meritum, to tym razem mam wrażenie, że na skojarzeniu się skończy.

Jako wczesny nastolatek odbyłem przedziwną podróż do Wilna. Nie zwiedziłem nic, byłem tylko towarzyszem mojego taty i jego wspólnika, którzy mieli jakieś interesy do załatwienia. Wilno wyglądało tak jak Kraków kilka lat wcześniej, przed obaleniem komuny. Sklepy puste, pokoje hotelowe obite boazerią, a personel hotelowej restauracji o krok od przytwierdzenia zastawy śrubami do stołów. Tambylcy dali nam do jedzenia coś, czego nazwy nie pamiętam, ale postaram się to zgrubnie opisać. Otóż, miało to formę zupy, zalewajki. Podawano to w glinianych czarkach i było tam absolutnie wszystko. Boczek, wołowina, jakaś kiełbasa, grubo krojone kartofle, papryka, cebuli zatrzęsienie, groszek, kawałki pomidorów, kiszony(!) ogórek i pewnie jeszcze kilka składników, których nie pamiętam. Wszystko to pływało w płynie, który z pewnością nie był ani bulionem, ani rosołem. Pachniało okropnie, a na sam widok człowiek zapominał o głodzie. Zapamiętałem to do dzisiaj, bo ta dziwna strawa, której skład pewnie ewoluował wraz z zawartością gastronomicznych lodówek, była fantastyczna i bardzo sycąca.

Prawa i powinności są dokładnie czymś takim jak powyższa nibyzupa. Pełno składników, których smak wzajemnie się wyklucza, ale jako całość dają ciekawy zestaw. Pjankowa jest młodą osobą i wydaje mi się, że do młodszych czytelników ta książka bardziej trafi. Niemniej jednak, jeśli ktoś ceni sobie bardziej sam fakt podróży, niż osiągnięcie jej celu, to pozycja ta może się podobać. Nie mam bladego pojęcia o co w tej książce chodziło, ale obserwowanie tych idących i idących i… ciągle idących… i znów idących fajnie skrojonych, ironicznych i złośliwych wobec siebie stworów było momentami całkiem inspirujące. Pjankowa pokazuje pewien efekt socjologiczny powierzchownej oceny otoczenia – często niesłusznie, bo przy bliższym zapoznaniu, nawet największe przeciwieństwa mają szanse zacząć się przyciągać.

Mój problem jednak leży gdzie indziej. Znam rosyjską fantastykę i uważam ją za jedną z lepszych na świecie. Łukjanienko, Gluchovsky, Diaczenko, rozpuścili mnie do tego stopnia, że Prawa i powinności wydają mi się literackim żartem. I może tak właśnie należy tą pozycję traktować. Nie ma większego sensu ani solidnego przesłania. Bywają ‘mądrzejsze’ momenty, a także całkiem zabawne. W kategorii rozrywki dla nastolatków jest ok, ale ja w tej chwili szukam czegoś zupełnie innego.

Nie polecam, nie odradzam. Treść tej książki jest i tak lepsza niż jej okładka 😉

Język: 3.5
Emocje: 3
Pomysł: 3.5
Akcja: 1.5

http://www.panczyta.pl
http://www.facebook.com/poczytaj.dalej

Komentarze facebook

komentarzy:

Socjopatka

Przyznam wam szczerze, że nie lubię książek z gatunku fantastyki. Z fantasy akceptuję „Igrzyska śmierci” oraz „Niezgodną” ,co zapewne prawdziwi fani tego gatunku nazywają szmirą i z chęcią by opluli te pozycje. I może właśnie dlatego ja je lubię? Bo tak naprawdę nie mają zbyt wiele wspólnego z typowym s-f?

Jednak, do rzeczy.

Kiedy dowiedziałam się, że będziemy recenzować „Prawa i powinności”, złapałam się za głowę. Wiedziałam, że to zupełnie nie mój klimat, ale nastawiłam się pozytywnie.
Stwierdziłam: spróbuję czegoś nowego, a co ma być, to będzie. Korona, a tym bardziej żaden włos mi z głowy nie spadnie.:)

Ale jednak spadł. Przynajmniej tak się czuję… a podczas czytania miałam ochotę wyrwać sobie, nie jeden z tych włosów, z głowy!

Tak jak sam początek był dla mnie do przeżycia, to im dalej brnęłam w powieść, tym gorzej się czułam. Próbowałam w tej powieści znaleźć jakiś sens – nie udało mi się. Próbowałam znaleźć w niej jakieś emocje – na próżno. Sam sposób, w jaki książka jest napisana, nie różni się niczym od słabej klasy powieści pisanej dla dzieci. Po prostu przyznam wam szczerze, za każdym razem, kiedy siadałam do czytania – zasypiałam. Nudy na pudy.

Opis książki, nawet zachęca do przeczytania, a już same recenzje na serwisie Lubimyczytać tym bardziej. Są naprawdę dobre. Niektórzy piszą, że to ich ulubiona powieść, którą czytają po kilka razy. Inni, przy czytaniu, zanosili się ze śmiechu. I serio, w pewnym momencie zgłupiałam. Może ze mną coś jest nie tak? A może właśnie te pozytywne komentarze napisane są przez wielkich fanów fantasy i sf. Może to jest inny sposób myślenia, inaczej klepki w głowie poukładane?

Nie wiem, z czego to wynika, ale nie byłam w stanie tego czytać.

Moi towarzysze na pewno powiedzą wam, o czym jest ta książka, bo ja nie wiem. Dlatego zachęcam do przeczytania ich recenzji. Sama jestem ciekawa, ponieważ mojej wypowiedzi nie można nawet nazwać recenzją.

Nie doczytałam tej książki do końca. Nie starczyło mi czasu, nerwów i chęci. Nie żałuję jednak, ponieważ nie sądzę, aby zakończenie miało mnie oświecić, czy zaskoczyć.

Za to jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że typowa fantastyka nie jest dla mnie.

Emocje: 2
Język: 1
Pomysł: 3
Akcja: 1

 

http://www.socjopatka.pl

Komentarze facebook

komentarzy:

Ruda

Karina Pjankowa to młoda autorka fantastyki. Urodzona w 1989 roku w Kemerowie, studiująca prawo na Kemerowskim Uniwersytecie spróbowała swoich sił najpierw w internecie, a w 2008 roku zadebiutowała powieścią „Prawa i powinności”. To właśnie tą książkę bierzemy dzisiaj pod lupę.

„Prawa i powinności” to jedna z niewielu książek, do których podchodziłam bardzo opornie. Z większością literatury fantastycznej jestem za pan brat, za to z jej twórczością jakoś nie umiałam dojść do porozumienia. Jest to powieść, która tak bardzo nie przypadła mi do gustu, że aż jej nie skończyłam, mimo że najbardziej oporną literaturę staram się doczytać do ostatniej stronicy. Zacznijmy zatem od plusów.

Jedynym plusem, który zauważyłam w pierwszej (i dla mnie ostatniej) części powieści jest wartka akcja. Pjankowa stara się nie nudzić czytelnika, rozwijając akcję szybko i swobodnie (choć dla mnie chyba jednak trochę zbyt szybko). Spokojnie z pierwszych 150 stron powieści, które mam za sobą, byłabym w stanie zrobić dobre trzysta.

Jak to na Rosjankę nie przystało, autorka „Praw i powinności” wcale nie posługuje się językiem, który zachwyciłby czytelników. Używając kolokwializmów i infantylnych wyrażeń wcale nie zyskała mojej sympatii. Być może dla człowieka, który potrzebuje odmóżdżenia się, ten język byłby odpowiedni, lecz dla kogoś, kto nie ma dość dobrej literatury niestety jest zbyt błahy.

Pjankowa nie potrafi także wyrazić dobrze emocji bohaterów, co przekłada się na emocje czytelnika. Jak najszybsze wyrażenie tego, że główny bohater jest zły, załamany albo odczuwa jakąkolwiek inną emocje wcale nie wprowadza czytelnika w stan, w którym poczułby się jak postać z powieści. Mając na talerzu wszystko, co można odczuć czytając nie do końca odkryte emocje bohaterów, czytelnik wcale nie czuje tego całym sobą.

Jeśli chodzi o pomysł, bo to jedna kategorii, w których oceniamy książki, to dla mnie to jest kompletny misz-masz Władcy Pierścieni (motyw wędrówki, ratowania świata, zebrania „drużyny Raywena” [zamiast Drużyny Pierścienia]) oraz gry Heroes of Might and Magic, do której pałam miłością. Czytając tą książkę miałam wrażenie, że autorka po prostu skopiowała rasy bohaterów z tej gry.

Pomijając fakt, że nie było to pierwsze moje spotkanie z literaturą fantastyczną, zaś pierwsze spotkanie z rosyjską literaturą fantastyczną, to moje odczucia są co najmniej mieszane. Patrząc na znakomitych pisarzy rosyjskich, brakowało mi pewnego rodzaju patosu i kunsztu literackiego. Pjankowej do dobrego pisarza jeszcze trochę brakuje.

Pomysł: 2
Język: 2
Akcja: 3,5
Emocje: 3

http://instragram.com/rude_jestwredne
http://facebook.com/annakostorzlifestyle

Komentarze facebook

komentarzy:

Tak sobie czytam

Ileż ja napsioczyłam na tę powieść. Ileż to Jacek, który wymyślił jej czytanie, musiał się nasłuchać. Fraza „nie lubię fantastyki” odmieniana była przez wszelakie gramatyczne formy i czasy. Stosowana przez mnie była w co drugim zdaniu, nawet jak rozmawialiśmy o czymś zupełnie innym. Nawet nie delikatnie, bo wprost i otwarcie wyrażałam swą niepochlebną opinię o tym gatunku literackim. Tak, chciałam by wszyscy ‘umoczeni’ w projekt 5na1 zdawali sobie sprawę z krzywdy, jaka dziać mi się będzie w lipcu, w miesiącu, w którym to czytać mieliśmy „Prawa i powinności”. Podbudowywało mnie to, że dziewczyny podchodziły do tej książki podobnie. Nadszedł jednak taki moment, w którym odwlekanie lektury nie miało już sensu, więc z nieukrywaną niechęcią zabrałam się za czytanie.

Przez pierwsze strony nawet nie próbowałam pozbyć się mojego negatywnego nastawienia, tymczasem około strony 50, ze zdziwieniem zauważyłam, że niechęci już nie ma, a ja coraz częściej się uśmiecham. Około strony setnej, choć jeszcze nie rozumiałam ‘akcji’, podczas której bohaterowie szli i szli, to regularnie wybuchałam już śmiechem, a liczba zaznaczanych cytatów, co bardziej mnie bawiących, była już potężna. Ubawiłam się przednio podczas tej lektury.

Bohaterowie powieści Pjankowej to grupka przedstawicieli różnych ras. Poznajemy więc elfy, krasnoluda, leśną demonessę, orga, dwupostaciową, górskiego demona i pogromcę smoków. Same smoki w powieści też się przewijają (czy też raczej przelatują). Jest też i Raywen – Władca, który początkowo ukrywa swą tożsamość przed współtowarzyszami podróży, nekromanta, a przy tym wszystkim altruista, dbający bardziej o swych przyjaciół, niż o siebie samego. Chciałoby się wręcz rzec ‘dusza człowiek’, no ale Raywen człowiekiem nie jest.

Wspomniana grupka jest początkowo dla siebie obca, jako przedstawiciele różnych ras nie przyjaźnią się, często traktują się jak zło konieczne, a już najbardziej niechciany w towarzystwie jest Raywen. Dopiero w drugiej połowie powieści współtowarzysze powoli porzucają myśli o skróceniu egzystencji irytującego ich nekromanty. Demonessa ma fochy, pogromca smoków jako swój święty obowiązek widzi wymachiwanie szabelką przed nosem smoków, jeden elf na okrągło coś je, drugi dosłownie przykleił się do Władcy i nie odstępuje go na krok, a każdy z bohaterów obdarzony został ciętym językiem. W takich to pięknych okolicznościach przyrody, bardzo powoli i niespodziewanie dla wszystkich rodzi się przyjaźń a nawet i miłość. Widzimy, jak z dnia na dzień, dla bohaterów ważniejsi stają się inni, nie oni sami, jak pod przykrywką złośliwości czai się troska. „O dziwo, mimo wysiłków demonessy Raywen nadal oddychał” – zapewniam, w tym wypadku to oznaka miłości. Kto się czubi, ten się lubi, w najczystszej postaci.

Złośliwe pogaduszki skrywają też inne mądre stwierdzenia:
„Bez względu na to, jak bardzo starasz się uchronić młodsze rodzeństwo przed wszystkimi nieszczęściami świata, ono i tak je znajdzie.”

„”Nigdy” to raczej niebezpieczne słowo – uśmiechnął się ze smutkiem mag. – Lubi kłamać i zwodzić”

Obrywa się też rasie ludzkiej:
„Umysł człowieka nie ma elfiej giętkości, lecz jeśli się wie, co robić, można kierować nawet ludźmi. Lekko wzmocnić strach przed niewiadomym, dodać nieco rozdrażnienia wmówić poczucie zagrożenia”. Jakże to dziś prawdziwe!

„Żadnej logiki… a może ludzie w ogóle nie myślą logicznie?”

Polubiłam wszystkich bez wyjątku bohaterów powieści, a to nie często się zdarza. Polubiłam też te ich złośliwo-sympatyczne wzajemne relacje, a szczególnie przywiązanie Lena do Władcy.

Język powieści jest prosty, acz uroczo cięty. Humor, ironia i sarkazm – dokładnie takie, jakie lubię.

Minusy? Owszem, są. Tak naprawdę to w powieści nic się nie dzieje. Bohaterowie idą, idą, nadal idą, trochę sobie podogryzają, dalej idą, zrobią jakąś rozróbę, po czym dalej idą. Nieco więcej dzieje się pod koniec książki, ale też trudno nazwać to wartką akcją. Pod płaszczykiem tej wędrówki dostrzegam ‘głębsze treści’, o których wspomniałam wcześniej, ale przyznam, że przeszło 500 stron to nieco dużo, jak na taki brak akcji…
Minus numer dwa – paskudna okładka. Jedna z brzydszych, jakie ostatnio widziałam. Bohaterów wyobrażam sobie zupełnie inaczej niż te stwory widniejące na okładce, wolę więc nie zastanawiać się kto jest kim.

Jak wspomniałam na samym początku, fantasy nie znam i nie lubię (muszę to jeszcze przemyśleć i swoje nielubienie zweryfikować), moja znajomość tego gatunku ogranicza się do Harrego Pottera, nie mam więc kompletnie żadnego porównania i nie mnie oceniać jak wypadają „Prawa i powinności” na tle innych książek z tego gatunku. Jeśli jednak moje wyobrażenie o fantasy jest choć trochę zgodne z prawdą, to powieść ta jest fantasy w najczystszej postaci, z przymrużeniem oka, podszyta humorem i ironią. Jeśli ten gatunek tak ma wyglądać, to ja chcę więcej!

Nie jest to literatura na miarę Nobla, ale z pewnością dobra to rozrywka. Biorąc pod uwagę fakt, że autorka powieść wydała mając 19 lat, zastanawia mnie, czy to właśnie ten wiek, nie jest najlepszy na czytanie takich książek, ale co tam, ja uśmiałam się przy tym zdrowo.

Dziękuję przy tym Jackowi, bo bez jego szalonego pomysłu fantastyka nadal pozostawałby dla mnie czymś odległym i niezachęcającym.

Język: 5 (jak na taki gatunek)
Emocje: 3 (średnia moich emocji podczas czytania /5/ i tych, które są w powieści /1,5/)
Pomysł: 3 (bez znajomości innych książek fantastycznych, trudno mi to oceniać)
Akcja: 2 (jaka akcja?)

http://tak-sobie-czytam.blogspot.com/

Komentarze facebook

komentarzy:

Dizajnuch

Przyznam się bez bicia, że dzisiejszą pozycję do recenzowania wybrałem ja, skazując tym samym pozostałych na męki czytania fantasy. Jak wiecie, albo i nie, jestem ogromnym miłośnikiem wszystkiego spod znaku fantastyki, rozumianej tak szeroko, jak tylko się da, bo i o smokach lubię czytać, i o dziewicach (to jest dopiero hard fantasy), ale nie pogardzę też laserami ani wizjami postapokaliptycznymi. Bez większej różnicy mi też, czy opowiadania historia jest spisana prozą, czy namalowana obrazkami z dymkami. Płeć przeciwna natomiast zazwyczaj w pogardzie ma tego typu rejony, przedkładając nad nie romantyczno-literackie uniesienia o miłości czy powieści psychololologiczne. Nie wiedzieć czemu kobieta zazwyczaj nie dostrzega faktu, że to jeszcze większa fantastyka, tylko jakby w bliższym nam uniwersum. I dlatego właśnie dziewczyny – przepraszam, żem Wam to uczynił. Ale do adremu.
Są w tej, nazwijmy to branży nazwiska-samograje – kupujesz w ciemno cokolwiek Koontza, Kinga czy Pratchetta i wiesz, że nie zmarnujesz pieniędzy. Ale nadchodzi taki czas, że masz ochotę spróbować czegoś nowego i wtedy zastanawiasz się, na którą z tych książek wydać swoje ciężko zarobione pieniążki, żeby potem nie stukać się w głowę i nie żałować, skoro nazwisko autora zupełnie nic Ci nie mówi. Ja zazwyczaj w takich sytuacjach kieruję się tym, z jakiego książka jest wydawnictwa. Kiedyś w ciemno kupowałem z Amberu, później była superNOWA, a teraz jest Fabryka Słów. Tak też poznałem się z Pjankową (i nie tylko zresztą). Zaintrygowała mnie mianowicie lekko głupawa i tandetna okładka.

Im dalej w las…
O czym jest ta książka? Tak naprawdę to nie do końca istotne, bo fabuła jest do bólu wręcz sztampowa i przewidywalna. Mamy drużynę, która na pierwszy rzut oka wygląda jak bohaterowie gry RPG, bo i krasnolud jest, elfy, orki, paladyn czy demony różnych płci. Mamy jej tak jakby szefa zwanego Raywen – głównego bohatera, który wcale nie jest tym, na kogo wygląda, a w dodatku jest megapotężny, meganiezniszczalny, o czym drużyna nie wie, bo koleś wygląda jak nieopierzony nastolatek i w dodatku udaje nekromantę, za co go dodatkowo na początku nie lubią, bo on przecież Ciemny jest, a tu drużyna Jasnych przecież. I oni wszyscy wyruszają ratować świat, bo przedwieczne zło mu zagraża i oczywiście zagładzić go chce. Zanim w epickim starciu dobro zwycięży, nasza drużyna się trochę nawędruje po górach i lasach, po drodze się do siebie zbliżając mniej lub bardziej i przeżywając przygody. I już. Skomplikowane, nie?
Czytasz to i zastanawiasz się o co tu kaman? Okładka głupawa, fabuła sztampowa, po co tracić czas? Otóż zaletą powieści jest to, że napisana jest językiem pełnym ironii, sarkazmu i dystansu do samej siebie. Tutaj wszystko już było, wszystko już znamy, ale to właśnie język, jakim została napisana powoduje, że doskonale mi się ją czytało i podczas lektury bawiłem się świetnie. Autorka czerpie z kanonu pełnymi garściami, powiela klisze i schematy, ale robi to świadomie i z takim wdziękiem, że ani przez moment nie mamy wrażenia, że to brak pomysłów a nie celowe działanie.
Dialogi są żywe, pełne humoru, a jedyne czego mi w nich brak, to cech charakterystycznych danych postaci, ulubionych powiedzonek czy sposobu składania zdań. Bardzo mi się podoba wszechobecny żart i ironia – fakt, niektórych może nużyć, ale dla mnie osobiście jest to element, dzięki któremu całość czyta się niezwykle lekko bez zbędnych dłużyzn.
Świetnie całą akcję urozmaica narracja prowadzona dwutorowo – z perspektywy pierwszej osoby (Raywena) oraz osoby trzeciej. Jak już kiedyś wspominałem przy okazji recenzji „Komornika” (dla ciekawych ⇒KLIK), pierwszoosobową narrację w książkach bardzo lubię, bo często wzbogaca je w subiektywne odczucia głównego bohatera i pozwala nam spojrzeć na całą historię nieco inaczej. A tu dodatkowo mamy postać, która jest pełna ironii, miejscami cyniczna, ale tak naprawdę to ktoś, kto odpowiedzialność za swoich poddanych i przyjaciół stawia ponad wszystko. Nawet jeśli początkowo naszym herosem kieruje zwykła nuda, to ostatecznie zdolny jest do największych poświęceń, żeby to umowne Dobro zwyciężyło Zło.

…tym więcej drzew.
Mam z tą książką trochę kłopot, bo zdaję sobie sprawę, że jest niezwykle naiwna i do bólu wtórna, a zaskoczenia w niej i zwrotów akcji tyle, co w przepisie na mielone. I tak samo wiemy, jak się to skończy, bo przecież jakże by inaczej. Ale jednocześnie jest pełna humoru i jakiegoś takiego optymizmu, które po pierwsze wywołują na twarzy uśmiech, a po drugie po prostu zapewniają dobrą zabawę. Nie każdy oczywiście tę formułę zaakceptuje, bo nie każdy musi czytać książki po prostu dla rozrywki, bez szukania w nich głębszego sensu czy wartości.
Czytając „Prawa i powinności” miałem nieodparte skojarzenie z filmem „Pacific Rim”. Kojarzycie ten blockbuster z wielkimi złowogoniaszczymi potworami przełażącymi z innego wymiaru przez dziurę na dnie oceanu i ogromnymi robotami, które się z nimi lały na rakietowe pięści, nogi, wirujące ostrza, rakiety z klaty, działka plazmowe czy wielki przezajebisty rozkładany (kumacie? R-O-Z-K-Ł-A-D-A-N-Y!) miecz? A w tych robotach siedziało sobie dwóch pilotów, którzy sterowali wielkim metalowym cielskiem złączeni ze sobą na dobre i na złe? A w jednej scenie ten wielki mech wali tego wielkiego potwora tankowcem. Kumacie? T-A-N-K-O-W-C-E-M! I nikt się nie zastanawia, że nie ma takich małych tankowców, bo wszyscy kibicują tym robotom z pilotami w głowie, bo są ostatnią nadzieją ludzkości i bez nich nastąpi koniec świata i w ogóle. Czysta radocha, zero rozkminy, czy to ma sens i czy nie jest aby głupie. No zresztą popatrzcie sami.

I taka też to jest książka – „Prawa i powinności” daje mnóstwo radochy, ale trochę trzeba sobie na tę radochę dać pozwolenie. Trzeba trochę zapomnieć o tym, że nie każda książka musi od razu być wybitnym dziełem literackim.
Czasami po prostu wystarczy, jak będziemy się przy niej dobrze bawić. Jak to latem być powinno.

Język: 4,5/5
Emocje: 4/5 (to właściwie jedna emocja, mianowicie niczym nieskrępowana radocha), u mnie 3/5
Pomysł: 2,5/5
Akcja: 4/5

 

http://dizajnuch.pl/

Komentarze facebook

komentarzy: