Poznajemy ka-tet (dzielący to samo przeznaczenie).

Jak napisać opinię o powołaniu trójki nie zdradzając zbyt dużo? Spróbuję…

Roland w drodze do Mrocznej Wieży trafia na plażę, na której od razu atakują go dziwne stwory przypominające homary. Bohaterowi udaje się ujść z życiem, jednak od tej pory biedaczysko pozbawione palca u nogi i dwóch u ręki, co powoduje, że od tej pory rewolwerowiec strzelający z założenia z dwóch koltów naraz, staje się półrewolwerowcem. Bo jak obsłużyć cyngiel bez palca wskazującego i środkowego? Na domiar złego, w rany wdaje się zakażenie, więc w dalszą drogę, Roland rusza ‚lekko’ nieprzytomny. Tyle w ramach wstępu.

A cała historia sprowadza się do przemierzania owej plaży, na której to co jakiś czas pojawiają się drzwi. A te drzwi to nic innego jak rozwinięcie koncepcji światów równoległych, zarysowanej już w pierwszym tomie. Każde z tych drzwi to kamienie milowe tej historii, które owocują kolejną osobą dołączającą do świata Rolanda. Część z nich dołączy do niego, aby wspólnie z nim dzielić przeznaczenie poszukiwania mrocznej wieży.

Ile jest drzwi? Ile osób pojawi się w fabule? Ile z nich zostanie przyjaciółmi Rolanda, a kto będzie jego wrogiem? Jak wydarzenia pojawiające się w tej części wpłyną na losy ka-tet w dalszej części tej historii? Tego już musicie dowiedzieć się sami.

Po dość wolnym pierwszym tomie, Powołanie Trójki jest zdecydowanie bardziej dynamiczne. King spuszcza ze smyczy kolejne kapitalne pomysły, zachowując przy tym spójność całości. Powołanie trójki to jedna z moich ulubionych części cyklu. Kreacja bohaterów jest mistrzowska, a obserwowanie jak powstają subtelne nici relacji między nimi to prawdziwie ekstatyczne doznanie jeśli ktoś – tak jak ja – ma tendencję do emocjonalnego przeżywania książek.

W kwestii emocji wtrącę jeszcze jedno spostrzeżenie. Między Mroczną Wieżą a Trylogią Tolkiena jest niewidzialna nić konkurencji. Sam Stephen King, traktuje dzieło Tolkiena jako swoisty motywator do stworzenia coś równie ‚wielkiego’. Z mojego punktu widzenia, autor Wieży ma coś – i wielokrotnie zwracałem na to uwagę pisząc o innych książkach mistrza – co nazwałbym wyobraźnią emocjonalną. I to jest ta cecha, której brakuje mi u większości twórców fantastki. Może Tolkien rzeczywiście stworzył świat, którego konstrukcja jest nie do prześcignięcia i stanowi wzór dla całych rzesz fantastów, ale wyobraźnia emocjonalna twórcy Trylogii Pierścienia jest w stosunku do Kingowej mizerna. Kontrowersyjna teza?

Jeśli po Rolandzie klęknąłem na jedno kolano, to po Powołaniu trójki dołączam drugie.

BookMaster.com.pl

Komentarze facebook

komentarzy: