Długo kazałem Wam czekać na ten tekst. Teraz jednak postaram się zrehabilitować rzetelnym i systematycznym pisaniem o Opus Magnum Stephena Kinga.

Pamiętam swoje pierwsze podejście do Mrocznej Wieży. Miałem już za sobą kilka pozycji Kinga, ale wówczas nawet nie wiedziałem, że Roland jest początkiem większego cyklu. Doszedłem mniej więcej do punktu, w którym rewolwerowiec spotyka Jake’a po raz pierwszy. I w tym miejscu moja droga do wieży się skończyła. Przecierając oczy ze zdumienia, doszedłem do wniosku, że ten tekst kompletnie nie przystoi konwencji Mistrza i zapewne jest jakimś niszowym jego tworem.

To jak wiele kosztuje mnie przyznanie się do tych myśli, wiem tylko ja. Wydaje mi się, że nigdy wcześniej, ani później nie pomyliłem się w takim stopniu co do jakiejkolwiek książki.

Jeśli przyjąć – zgodnie z prawdą zresztą – że wartość cyklu Mrocznej Wieży tkwi w przeżywaniu podróży, a nie w osiągnięciu celu, to pierwsza część cyklu pt. Roland jest czymś w rodzaju drogi na dworzec czy lotnisko, poprzedzającej urlop – lub lepiej: wyprawę. To duże uproszczenie, ale Roland jest tak naprawdę rozbudowanym wstępem., którego początek osadzony jest nie w punkcie, z którego cała podróż ma się dopiero zacząć, ale już w samym środku biegu wydarzeń.

Pierwsze zdanie, które stało się absolutnie kultowym i często przytaczanym na wszelkiego rodzaju prelekcjach i kursach pisarstwa jako wzór, brzmi: „Człowiek w czerni uciekał przez pustynię, a rewolwerowiec podążał w ślad za nim”. Tym jednym zdaniem King podsumował blisko pięć tysięcy kolejnych stron swojej historii.

Cóż więcej można napisać poza tym jednym zdaniem? Ano to, że trafiamy na pustynię w nieokreślonym czasie, w wir wydarzeń nieokreślonych długo bohaterów, którzy właściwie nie wiadomo dlaczego się tam znaleźli. Cała sceneria przypomina mocno świat znany z westernów, ale autor raz na czas wstawia mocno nowoczesny przedmiot lub instalację wskazującą, że mamy do czynienia ze światem postapokaliptycznym. Najważniejsze jednak w pierwszej części cyklu jest to, że King – jeszcze dość delikatnie – zaprasza nas do swojej koncepcji światów równoległych. I to jest wydaje mi się jedną z ważniejszych podwalin całego dzieła. W świetle najnowszej teorii strun, nie jest to wcale takie niemożliwe drodzy Państwo.

Klękam przed wyobraźnią autora i kunsztem, z jakim została ta historia wykreowana. I tak, to zdanie będzie kończyć przypuszczalnie każdy mój tekst dotyczący tego cyklu 🙂

BookMaster.com.pl