Jak często zastanawiacie się jakie osobowości kryją się za tym, że Wasza ulubiona książka zabiera Was w fantastyczną podróż poza granice realnego świata? W pierwszej chwili, większość z Was pomyśli o autorach – i słusznie. Jednak to wydawca decyduje o tym, czy tekst autora trafi do szerszej publiczności.

Dzisiaj na moim blogu przedruk z Wysokich Obcasów, wywiad Karoliny Sulej, którego bohaterką jest Renata Kuryłowicz, jedna z najbardziej barwnych postaci rynku wydawniczego, literacka bulimiczka, miłośniczka horrorów, kobieta, matka, legenda…

To nie jest dobrze widziane w towarzystwie, żeby przyznać się, że najbardziej lubisz książki komercyjne, pisane pod masowy gust. Uznawane są za gorszy sort. A przecież książki, które dostarczają rozrywki, to nadal literatura – rozmowa z Renatą Kuryłowicz wydawczynią, wdową po Andrzeju Kuryłowiczu

Przez lata pracowałaś w różnych wydawnictwach, ale po śmierci męża w 2014 roku stałaś się współwłaścicielką i wydawczynią w jego firmie – wydawnictwie Albatros.

Razem z córką Andrzeja Aleksandrą udało nam się odbudować wydawnictwo po stracie Andrzeja. Tworzył je z sukcesem przez prawie ćwierćwiecze. Teraz jednak czuję, że powinnam zacząć jeszcze coś własnego.

Marzy mi się autorska księgarnia. Za jedną rzecz jestem jednak bardzo Albatrosowi wdzięczna – wzmocnił moją miłość do literatury popularnej. Andrzej przez lata wydawał zagranicznych gigantów tego gatunku – Sparksa, Cobena, Folletta, Forsytha.

Przestałam się wstydzić, że mam do niej słabość.

A to nie jest dobrze widziane w towarzystwie, żeby przyznać się, że najbardziej lubisz książki komercyjne, pisane pod masowy gust. Uznawane są za gorszy sort. A przecież książki, które dostarczają rozrywki, to nadal literatura. Bawić czytelnika, przywiązać go do siebie – to bardzo trudna sztuka. Najbardziej za to podziwiam Stephena Kinga – to mistrz w tworzeniu fabuł, atmosfery, gromadzeniu wokół siebie wiernego grona fanów. W mojej księgarni wystawiłabym mu ołtarzyk.

Niestety, książki, które mi się najbardziej podobają, nigdy nie dostaną nagród literackich. Mimo ogromnego sukcesu literatury popularnej kryminały, horrory, science fiction to nadal pogardzane gatunki. Mają też mniejsze szanse na granty i dotacje.

Chciałabym przyczynić się do ich odczarowania, zaopiekować się nimi. Dlatego poniżej szyldu mojej księgarni pojawi się tabliczka z przekornym napisem: “Nominowanych i laureatów nagrody Nike nie obsługujemy”.

Pamiętasz swoją pierwszą książkę?

Odkąd pamiętam, czytam bez ustanku. Najbardziej lubię horrory – od dziecka. Jako dziewczynka z upodobaniem nosiłam plastikowe kły i na pytanie o to, kim będę w przyszłości, odpowiadałam: wampirem.

Miałam świetne oceny w szkole, bo nieustannie siedziałam z nosem w książkach. Przeczytałam całą księgarnię i antykwariat w rodzinnym Płocku i kilka razy domowy księgozbiór.

Nie buntowałam się, nie imprezowałam, tylko czytałam.

Ojciec, który był wojskowym, często dostawał książki jako nagrody za ratowanie powodzian, za budowanie mostów itd. – najczęściej były to albumy o sztuce. Z powodu albumu z malarstwem van Gogha poszłam na historię sztuki! Wybrałam Kraków, bo wydał mi się najbardziej artystycznym miastem w Polsce.

Dziś śmiać mi się chce z tej nastolatki z pretensjami, którą byłam, ale opuszczenie Płocka to był naprawdę wyczyn. Z miasta z jedną księgarnią, jednym kinem i teatrem trafiłam w miejsce, gdzie codziennie mogłam uczestniczyć w kilku wydarzeniach kulturalnych. Przez pierwszy rok wolałam siedzieć w akademiku, niż oswajać ten nadmiar wyboru.

Na czwartym roku zaszłam w ciążę. Uparłam się, że wychowam dziecko sama, bo z ojcem mojego synka nie tworzyliśmy idealnej pary. W Krakowie nie mogłam jednak znaleźć pracy. Znajoma zapewniała, że w Warszawie praca leży na ulicy. Pojechałam.

Dopiero po kilku miesiącach udało mi się znaleźć posadę w biurze Sephory. Kiedy po ponad dwóch latach poczułam, że mam dość – odeszłam z dnia na dzień.

Nie obawiałaś się, że nie będzie ci łatwo znaleźć coś nowego?

Nie zastanawiałam się, czy mi się uda. Zakładałam, że muszę utrzymać siebie i dziecko, i tyle.

Nie marnowałam siły na lęk. Przez następne kilka lat tułałam się z jednego miejsca pracy do drugiego. Nie miałam też cierpliwości do związków, całą odpowiedzialność i wytrwałość zachowywałam dla macierzyństwa.

Ale w roku 2005 wydarzył się cud. W wydawnictwie Prószyński i Spółka poszukiwali osoby do działu promocji. Ktoś mnie polecił i dostałam tę pracę.

“Cud” to mocne określenie.

Ale wydawało mi się to naprawdę bajkowym zrządzeniem losu – będę czytać książki, mówić o nich, dostawać je z wyprzedzeniem i jeszcze będą mi za to płacić. Po latach wciąż krzyczę z radości, kiedy przychodzą nowe teksty i maszynopisy. A wtedy popadałam we wręcz dziecięcy zachwyt, byłam przekonana, że zostanę na tym stanowisku do końca życia.

Inni pracownicy, bardziej doświadczeni, patrzyli na mnie z pobłażaniem. Dziś też widuję takie spojrzenia. Ale ja postanowiłam nigdy nie przyzwyczajać się do pracy z książkami. Każdy jej aspekt jest dla mnie nadal tak samo cudowny jak dziesięć lat temu.

Wtedy zaś praktycznie nie wychodziłam z biura, zwłaszcza że nie miałam komputera w domu. Brałam małego za rękę i nawet w weekendy siedzieliśmy w wydawnictwie.

Okazało się, że jestem świetna w literackim PR-ze. Mój zachwyt zarażał innych. Prószyński wysyłał mnie więc często do mediów – nie tylko po to, żebym opowiadała o swoich tytułach, głównie kryminałach i horrorach, ale generalnie o wszystkim, co robi wydawnictwo.

Okazało się bowiem, że tylko ja czytam każdą książkę, którą wypuszczamy – od Agathy Christie po “Cuda Jana Pawła II”. Znów byłam prymuską.

Kiedy leciałam z dziennikarzami na konferencję ze Stephenem Kingiem, usłyszałam, że za dużo wiem o książkach jak na panią od promocji. Jak się okazało, mieli rację. Chwilę później awansowałam na stanowisko kierownika redakcji literatury zagranicznej, zmieniłam mały kącik na duży gabinet i mogłam teraz wybierać, jakie tytuły wydają mi się rokujące na polskim rynku.

To była literatura popularna, więc czułam, że mam realny wpływ na to, co kupią rzesze czytelników. To było uskrzydlające.

To znaczy?

Bywały tygodnie, że czytywałam po cztery książki na dobę. Usypiałam syna, spałam z nim ze dwie godziny, a potem już do rana, do wyjścia do pracy, czytałam.

To była niesamowita adrenalina. Aby się tak czuć, ludzie szukają wyzwań fizycznych – skaczą na bungee czy ze spadochronem, a ja czytałam. Czytanie to mój sport ekstremalny.

Do dziś trudno mnie spotkać bez książki w ręku, w torebce, na stoliku obok. Jednocześnie funkcjonuję w rzeczywistości danego miejsca i czasu oraz w świecie przedstawionym w książce.

Żyję w wymiarach równoległych. Mogę gotować i jednocześnie uciekać przed upiorem przez podziemia. Mogę pilnować syna na placu zabaw i emocjonować się życiem Zofii Stryjeńskiej.

To doskonały eskapizm, szczególnie dla zmęczonej matki. Mam czasem wrażenie, że rzeczywistość pozaliteracka służy mi tylko za punkt podparcia, żeby wchodzić do kolejnych światów książkowych.

To brzmi jak obsesja.

Pochłaniam książki jak wampir. I mam nienasycony apetyt. Dziś czytam trochę mniej niż w czasach początków pracy w Prószyńskim, ale nadal nie schodzę poniżej trzech książek tygodniowo.

Obsesyjnie też gromadzę książki. Myślę, że mam ich około 10 tys. Wiem, gdzie każda leży. Opowiem ci o okolicznościach, w jakich je kupiłam i jak się wtedy czułam. Nie pamiętam jednak dokładnie treści wielu z nich, niestety. Jestem przeładowana literaturą, wątki mi się mieszają, równie szybko zjadam, jak trawię.

To wręcz bulimiczna potrzeba – nie mogę przestać. Jakbym chciała sobie nimi wypchać jakieś zionące miejsce w środku, które wiecznie wydaje się puste. Dają mi poczucie bezpieczeństwa i poczucie kontroli.

Mówisz jak nałogowiec.

Bo nim jestem. Kiedyś wymyśliłam sobie, że raj to takie miejsce, gdzie mogę w spokoju czytać po wieczność książki. Potem wymyśliłam, że pójdę do klasztoru, bo tam, póki żyję, świat nie będzie mi przeszkadzał w czytaniu.

Teraz już nie wierzę w życie po śmierci, więc wyznaję zasadę, że muszę przeczytać jak najwięcej książek, zanim śmierć uniemożliwi mi dalszą lekturę. Smuci mnie myśl, że nie przeczytam wszystkich książek na świecie. Gdybym żyła w XIX wieku, to jeszcze byłoby to możliwe. A tak – muszę uważnie wybierać.

Nie przywiązuję się do rzeczy materialnych – oddałabym wszystko poza księgozbiorem. Bardziej stresuje mnie myśl, że nie wiem, gdzie leży jakaś powieść, niż to, że zgubiłam biżuterię.

Trudno mi o tym mówić, wiem, jak absurdalnie to brzmi, ale jedyną przyjemność w życiu sprawiają mi książki.

Naprawdę?

Niektórzy piszą, inni wolą słuchać, ja jestem czytaniem. To dobre alibi wobec życia.

Często wycofuję się z rozmaitych atrakcji, uczestnictwa w wydarzeniach, bo przecież czytam. Podobnie tłumaczyłam sobie swoją niemożność tworzenia związków. Bo jeśli będę mieć chłopaka, to kiedy znajdę czas, żeby czytać?

A to dla mnie najważniejsze. Z czytania można mieć nawet erotyczną przyjemność, talent autora czy autorki jest seksowny, treść jest atrakcyjna, czytając, mam przed oczami obraz twórcy, trudno czasem o tak intymną relację z realnym partnerem.

Wolisz zostawać we własnym świecie.

Czytanie to mój sposób na życie. Ty i cudze historie. Możesz odwiedzić je wszystkie, to szalenie uwalniająca możliwość. Czytanie wycina cię z rzeczywistości i zwraca wyobraźni.

Słowa to tylko szkielet dla obrazów, które powstają w twojej głowie. Nie gapisz się w tekst bezmyślnie, podróżujesz intelektualnie, emocjonalnie.

Najbardziej lubię literaturę popularną, ponieważ ona najlepiej spełnia to zadanie, odrywa od rzeczywistości. Z rozczuleniem przyglądam się, jak mój młodszy syn woła do postaci w teatrze: “Nie, nie idź tam!”.

Żeby tak uwierzyć, trzeba się umieć włączyć w opowieść. Kibicuję bohaterom i źle życzę ich wrogom. Na zewnątrz wyglądam biernie, ale wewnątrz odbywam przygody.

Jednak literatura potrafi też wprowadzić przygody do realnego życia.

Tak było u ciebie?

Andrzeja poznałam na swoich pierwszych Targach Książki w Krakowie. Był już znanym wydawcą, od 1994 roku sprowadzał do Polski najlepszą zagraniczną beletrystykę.

W rozciągniętym podkoszulku, gestykulując z plastikowym kuflem piwa w ręku, usiłował mnie przekonać, że Prószyński jest beznadziejny, okładki kiczowate, tytuły źle dobrane.

Na koniec zaproponował przejście na ty i wspólne projekty. Potem na każdych targach spotykaliśmy się na gruncie zawodowym.

Kiedy awansowałam na wydawcę, okazało się, że oboje zajmujemy się Stephenem Kingiem i oboje jesteśmy jego zagorzałymi fanami, podobnie jak literatury popularnej w ogóle. Nie mogliśmy się nagadać o książkach.

Kiedy poczułaś, że tracisz grunt pod nogami?

Rozmawialiśmy przez telefon, chciałam chyba kupić od niego prawa do jakiegoś przekładu, i nagle, do dziś nie wiem dlaczego, powiedziałam mu, że kiepsko się czuję, bo próbuję wyjść ze związku, z którego trudno mi się uwolnić. On odparł, że w jego życiu jest podobnie i żebyśmy pomogli sobie wzajemnie. A potem się potoczyło.

Przez trzy miesiące codziennie dostawałam bukiet kwiatów. Po pracy, kiedy syn szedł spać, zamykałam się w łazience i rozmawiałam z Andrzejem do rana. O książkach, o miłości.

Zastąpił mi nocne czytanie. Po raz pierwszy uznałam, że warto je dla kogoś poświęcić. Trudno mi jednak przychodziło uwierzenie, że Andrzej mnie kocha.

Dlaczego?

Wydaje mi się, że jestem niegodna miłości. Kiedy ktoś sugeruje, że jestem atrakcyjna, jestem przekonana, że mówi to ironicznie. Myślę, że mam taki schemat myślenia z powodu zachowania dwóch moich starszych braci.

Dopóki nie wyfrunęli z domu, zadręczali mnie, że jestem za chuda, mam za wąskie usta, za wysoka. Zawsze coś było nie tak. Rodzice z kolei nigdy mi nie powiedzieli, że jestem ładna.

Uwierzyłam za to w zafascynowanie Andrzeja moją pasją do czytania. Lubię ją w sobie, wiem, że jestem erudytką – nie podważam tego, co mam w głowie. Przyjęłam więc to uczucie. Były jednak trudności.

Jakie?

Nasze rodziny uznały związek za mezalians. Młoda kobieta, niespecjalnie zamożna i majętny, wpływowy, starszy o dwie dekady mężczyzna. No po prostu “Trędowata”.

Byli przekonani, że to dla pieniędzy. Znajomi w branży z kolei byli pewni, że chcę przez łóżko trafić do Albatrosa. Nie mogłam już dalej pracować w Prószyńskim, był konkurencją dla wydawnictwa męża.

Zaszłam w ciążę, urodziłam Adasia, poszłam na macierzyński. Wydawało mi się, że moje życie nie może wyglądać lepiej – jestem z mężczyzną mojego życia, mamy dziecko, nowy, piękny dom pełen naszych książek.

Ale?

Im dłużej siedziałam w tym pięknym domu, tym bardziej tęskniłam za byciem dawną Renatą, która nie jest trybikiem w mechanizmie “rodzina”. Andrzej wkurzał się, że nie chcę chodzić z nim na imprezy firmowe, a ja za żadne skarby nie chciałam słyszeć: “To właściciel wydawnictwa, a to jego żona”.

Chciałam znaleźć się jak najdalej od Albatrosa, a tymczasem Andrzej najbardziej lubił pracować w domu. Żyłam więc z tym wydawnictwem, choć nie chciałam.

Musiałam stworzyć własną przestrzeń, bo czułam, że zaraz zagubię samą siebie. Nagle zaczęłam czytać wyłącznie non-fiction – reportaże, książki historyczne, biografie. Dziś wiem, że chciałam się dowartościować, a ta literatura wydawała mi się prestiżowa.

Recenzje sugerowały, że to wejście na czytelniczy parnas. Andrzej zaś nie tykał tych książek – nie lubił żadnej literatury, której nie wydawał. Były moje.

Z macierzyńskiej opresji uratował mnie Świat Książki – zadzwonili z propozycją, żebym objęła stanowisko wydawczyni non-fiction. Przyjęłam je z radością – wydawnictwo może było konkurencją dla Albatrosa, ale gatunek – nie.

Kiedy przyjęłam tę pracę, Andrzej przez tydzień się do mnie nie odzywał. Wyobrażał sobie, że będę pracować z domu, jak on, a ja co rano biegłam do biura, spotykałam autorów, wracałam naładowana energią. Zaczęło mi się wydawać, że to, co Andrzej publikuje, to jest gówno. Dobitnie wyrażałam opinie na ten temat.

Szlag go trafiał – czuł, że traci nade mną kontrolę. Potrafił nie zjeść obiadu, kiedy powiedziałam, że Beksińscy są lepsi niż jakiś tam Coben. Andrzej chciał być we wszystkim lepszy, a ja przecież byłam prymuską.

Nie kłóciliśmy się o sprzątanie, ale kłótnie o książki były na porządku dziennym.

Boczył się, kiedy widział, jak czytam książkę innego wydawnictwa niż Albatros. Dochodziło do tego, że owijałam niechciane okładki papierem. Miałam więc nielegalne romanse czytelnicze.

Kiedy chciał mnie za coś ukarać, nie przynosił do domu książki autora, którego lubiłam. Kiedy ja chciałam go ukarać, ostentacyjnie czytałam mu przed nosem autora, którego nie znosił.

Żadne z nas nie chciało odpuścić. Odsuwałam pracę nad naszym związkiem. Udawałam, że to tylko książki. Czytaliśmy, spieraliśmy się, wychowywaliśmy dzieci – wydawało się, że znaleźliśmy receptę na stabilność. Ale potem przyszedł koniec świata.


Renata Kuryłowicz . Fot. Albert Zawada/ Agencja Gazeta

Co się stało?

Andrzej umarł. Z przepracowania. Zbyt wiele energii włożył w Albatrosa, a żył, jakby był przekonany, że będzie wiecznie młody. Kiedy mogłam, prowadzałam go do lekarzy, pilnowałam leków.

Tym razem nie zauważyłam objawów. Kiedy jechał na operację, wciąż wydawał się najbardziej żywotnym z ludzi. Jeszcze opieprzał kogoś przez telefon.

Nie poszłam zobaczyć go po zabiegu – bałam się widoku męża podłączonego do tych wszystkich pomp i rur. Zachowałam więc jego obraz sprzed zapaści – radosnego, pełnego energii.

Może dlatego tak trudno było mi potem uwierzyć, że naprawdę umarł. Przecież był taki żywy. Adaś przez długi czas twierdził, że tata wróci, bo jest w dalekiej podróży. Przez pierwszy rok bardzo często chodziliśmy na grób Andrzeja. Ciągnęło mnie tam – jakbym chciała sprawdzać, czy to się na pewno wydarzyło, zachować iluzję obecności Andrzeja, tego, że Adam wciąż ma ojca.

Chyba najbardziej wkurzyło mnie to, że umierając, zostawił właśnie jego. Że mnie, to nieważne, związki się kończą. Ale dziecko nie będzie miało taty. Jaka ja byłam na niego wściekła – miałam ochotę zrobić mu awanturę, że umarł.

Taka złość jest dobra – pozwala ci się nakręcić, żeby pozałatwiać wszystkie formalności pogrzebowe i prawne. Inaczej mogłabym tylko płakać. A tak – wstawałam i robiłam.

Przez pierwsze trzy miesiące czułam się, jakbym stała pośrodku tłumu, który niesie mnie w kolejne strony. Słyszałam, co trzeba pozałatwiać, i załatwiałam. Na więcej nie miałam już siły.

Nie mogłam jeść, spać, ciągle płakałam. Przedszkolanka syna powiedziała mi, że to stres egzystencjalny, i muszę przeczekać. Ale ja nie mogłam czekać, musiałam przecież zająć się Albatrosem, pozamykać sprawy w Świecie Książki, rozporządzać spadkiem.

Porzucenie pracy w Świecie Książki było dla mnie kolejną tragedią, miałam się zająć wydawnictwem męża, w którym nigdy nie chciałam się znaleźć, i dać wszystkim “życzliwym” asumpt do plotek, że wreszcie udało mi się zdobyć pozycję, o której marzyłam.

Czasem miałam ochotę udusić niektórych za ich dobre rady: uszy do góry, weź się w garść, życie trwa dalej. Jakby to miało mi pomóc. Nie chodzi o to, że chciałam nurzać się w cierpieniu. Ale chciałam mieć prawo do bycia zmęczoną, niezadowoloną.

Pamiętam, jak kiedyś do Andrzeja przyszedł znajomy i rozmawiali o książce niedawno zmarłego japońskiego pisarza, który był ich wspólnym przyjacielem. Zapamiętałam jedno zdanie z tej rozmowy: “Musicie poczekać z załatwianiem formalności, bo do wdowy nie można się zwracać przez dwa lata po śmierci męża”.

Mnie nikt nie dał nawet minuty.

Czy po niemalże dwóch latach czujesz, że żałoba zelżała?

Nadal jestem zła na Andrzeja. Adasiowi opowiadam o ojcu, jakbym czytała książkę, a on był postacią literacką – chcę, żeby żył w jego pamięci. Wiem, że i małego w pewnym momencie trafi złość i tęsknota za ojcem – chcę, żeby te opowieści przyniosły mu potem ulgę. Teraz ja mu wystarczam za wszystko.

To ogromna odpowiedzialność.

Przez pierwsze miesiące po śmierci Andrzeja nieustannie bałam się, że ja też umrę. I co wtedy z dzieciakami? Jak sobie poradzą? Byłam jak sparaliżowana, nie byłam w stanie wykonywać najprostszych czynności, nie wychodziłam z domu.

Każda myśl o podróży napawała mnie lękiem, a na myśl o podróży z dziećmi bałam się panicznie – przecież jak gdzieś pojedziemy razem, to na pewno wszyscy zginiemy.

Zaczęłam chodzić na terapię, pomagałam sobie lekami. Teraz jest lepiej. Pamiętam, jak byłam szczęśliwa i pełna ulgi, kiedy udało nam się wspólnie pojechać na wycieczkę do Krakowa. Myślałam tylko: żyjemy! Bardzo chcę żyć.

To Andrzej umarł, nie ja. Od wdowy tymczasem oczekuje się, że będzie się broniła przed życiem.

To znaczy?

Wdowa ma pielęgnować pamięć po zmarłym mężu i całą swoją osobą pokazywać memento mori. A ja chcę być sobą, czytać książki, żartować, napić się wina, seksownie się ubierać. Na pewno nie spotka się to z aprobatą, usłyszę, że jestem wesołą wdówką, która dobrze się bawi za pieniądze męża.

Ale nie przejmuję się tym, rodzi się we mnie bunt. Chcę walczyć o siebie.

Kilka tygodni przed śmiercią Andrzeja chciałam wrócić do swojego nazwiska. Kiedy zmarł, wycofałam z urzędu podanie. Nie wypadało. Ale staram się nie zapominać, o co mi wtedy chodziło. Nie chcę być tylko żoną, matką, wdową, chcę być Renatą.

Renatą, która może się znów zakochać?

Nie zastanawiam się nad tym. Co ciekawe, po roku od śmierci Andrzeja nagle zaczęłam mieć mnóstwo adoratorów, jakby idealnie wyczekali konwencjonalny okres karencji i ruszyli do ataku. Byłam tym zakłopotana.

Obawiam się, że teraz już zawsze będę miała taki lęk, że nikt się we mnie nie zakocha dla mnie samej, tylko z powodu tych pieniędzy, które odziedziczyłam.

Teraz ważne jest dla mnie wsłuchanie się w siebie, pogodzenie ze stratą, bez złości. Muszę sprzedać nasz wspólny dom, znaleźć nowe miejsce. Tutaj jest pełno Andrzeja, jego gabinet stoi nietknięty.

Na razie jednak zmiany przeprowadzasz na własnym ciele. Zrobiłaś sobie tatuaże.

Tatuuję się od 17 lat, ale wcześniej były to tylko małe tatuaże. Na przedramieniu miałam niewielkiego smoka. Kilka miesięcy temu zdenerwowało mnie to, że on jakiś taki chudy. Poszłam do studia, żeby przykryć go nowym wzorem. Popatrzyliśmy z tatuatorem na moje ramię i zdecydowaliśmy, że nowy smok musi przykrywać je całe.

Mam więc teraz smoka, a właściwie smoczycę, która oplata mi rękę. Wiem, że chcę mieć ich na ciele więcej, chcę, żeby oplotły mnie całą i dały siłę do obrony przed światem i moimi lękami.

Będę wytatuowana, inna od tamtej Renaty. Moje ciało należy tylko do mnie i zrobię z nim, co zechcę.

Zmieniasz skórę.

Dosłownie. To rytuał. Odzyskuję ciało dla siebie. Taka demonstracja mi pomaga, niech to sobie nawet będzie ostentacyjne i prostackie. Ale przecież to czuję, widzę, żyję w tym. Lubię proces tatuowania, przetrwanie bólu, który coś tworzy, a nie niszczy.

Nosisz też tatuaż “I am legend”. Co to znaczy?

Ten tatuaż to też hołd dla literatury, którą przeżywam jak rzeczywistość. “Jestem legendą” – to moja ukochana książka Richarda Mathesona. Bez tej książki nie byłoby Stephena Kinga, nie byłoby współczesnego horroru. Opowiada o samotności. Po wielkim kataklizmie cała ludzkość zamieniła się w wampiry. Został tylko jeden człowiek. Żyje sam, zamknął się w domu, okopał się tam, pozakładał zamki. Musi się bronić – w nocy do drzwi i okien skrobią istoty wcześniej mu bliskie, dziś chcą go zagryźć.

Książka kończy się sceną, w której wampiry rozrywają go na strzępy, a on wykrzykuje: “Jestem legendą!”, w domyśle – ostatnim człowiekiem na ziemi. Do dzisiaj mam ciarki, kiedy o tym opowiadam.

Czemu wytatuowałaś sobie coś tak smutnego?

Jego życie miało wartość. Tamci to była tylko horda.

Renata Kuryłowicz wraz z córką Andrzeja Kuryłowicza prowadzi wydawnictwo Albatros. Wcześniej pracowała w wydawnictwach Prószyński i Spółka, Świat Książki. Fascynatka beletrystyki, marzy o własnej księgarni z literaturą popularną

Źródło: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,19771413,bulimiczna-potrzeba-czytania-ksiazka-lepsza-niz-skok-na-bungee.html?disableRedirects=true
Zdjęcia: Albert Zawada/ Agencja Gazeta