Projekt 5na1

Pięć osób. Jedna książka

Prezentuję Wam kolejny wpis z cyklu projekt 5na1, czyli recenzje jednej książki przez pięć różnych blogowych osobowości. Tym razem trafiło nam się pięć trudnych historii spod pióra Anny Dziewit – Meller

Kliknij na osobę, aby rozwinąć treść

Mieliśmy do czynienia z poważną książką. To jedna z tych, które trzeba smakować w pokorze, dlatego moja recenzja zawęzi się tylko do tego, co najważniejsze.

W takich książkach jak ta, widać wyraźnie, że książki obszerne wcale nie muszą być bogatsze w treść niż te skromniejsze. Z resztą określenie skromna – nawet pod względem ilości stron – pasuje do tej pozycji bardzo dobrze.

Góra Tajget to pięć różnych historii. Historii trudnych, niekoloryzowanych, momentami bardzo przejmujących.

Jak wiecie, lubię ciężkie tematy i dogrzebywanie się do dawno zapomnianych zakamarków ludzkiej natury, więc książka bardzo przypadła mi do gustu. Autorka ma niewątpliwie dużą wprawę w posługiwaniu się słowem, co dobrze zakamuflowało drobne niedociągnięcia w fabule. W książce można znaleźć naprawdę fantastycznie napisane fragmenty.

Ja myślę, że ta książka jest ważna. Nie wiem czy było o niej głośno – jeśli tak, to zupełnie mi to umknęło, ale szczerze ją polecam. Nie jest długa, ale bardzo bogata w treść i emocje, a zawarte w niej historie dają do myślenia. Nie jest to może pozycja wybitna, ale przewiduję, że w moim podsumowaniu roku 2017 zajmie bardzo wysoką pozycję.

Po skończeniu pozycji Anny Dziewit-Meller „Góra Tajget” czuję niedosyt. I to nie tylko dlatego, że książka liczyła jedynie 248 stron.

Góra Tajget – recenzja

Annę Dziewit-Meller kojarzę z pozycji „Głośniej! Rozmowy z pisarkami” . To typowa publicystyka, którą dobrze się czytało i jak najbardziej o Annie miałam pozytywne zdanie, biorąc się za czytanie „Góry..”.

Historia, którą Anna przedstawia w swojej książce, dotyczy ludzkich obaw, strachu i lęku. Fobie, które targają bohaterami powieści, są mocne i przenikliwe. W fabule przeplata się kilka opowieści, a współczesność miesza się z historią.

Z jednej strony mamy Sebastiana, któremu urodziła się córka, ale codzienność nie jest dla niego łaskawa, bo odtąd żyje w strachu o jej bezpieczeństwo.

Z drugiej strony mamy historie dzieci, na których zostały przeprowadzane eksperymenty naukowe.

A z trzeciej strony książka porusza temat osób chorych psychicznie i zasadności ich życia w społeczeństwie.

Według mnie to trzy główne aspekty, które wysuwają się na piedestał książki. Każdy inny, każdy ważny, każdy w jakiś sposób dotyka społeczeństwa, więc jest jakby nie patrzeć w centrum mojej uwagi. I każda książka, która dotyka ważnego tematu ma u mnie ogromnego plusa na starcie i sięgam po nią z nieskrywaną radością.

Literatura współczesna z elementami dramatu

Uwielbiam książki, które mocno pokazują szarą rzeczywistość człowieka. Nieprzejaskrawione opisy wojny, tematy tabu, niewypowiedziane głośno lęki, sprawy, które zbyt późno ujrzały światło dzienne.
Ta książka to wszystko w sobie ma i za to ogromny plus i szacunek. Nie można odmówić Annie odwagi. Porusza tematy bardzo trudne ( z dziećmi w roli głównej) i nie boi się używać mocnych słów. Książka bywa gęsta od emocji. Ale jedynie bywa.

Czegoś w niej zabrakło.

Mimo iż wydawać by się mogło, że to trudna proza, która wymaga ogromnego skupienia uwagi i psychicznego przygotowania na cios, który autorka nam zaraz zada – tego nie ma.

Po prostu. Niby wszystko jest, a jakby brakuje esencji.
Czasem za krótkie opisy, czasem zbyt mało refleksyjne podejście do danej historii? Nie wiem. Coś nie pozwala nam wniknąć w głąb tej czarnej dziury, którą zaserwowała nam autorka.

Wczoraj skończyłam czytać książkę, a już dziś niektórych historii po prostu nie pamiętam.

Czy polecam tę prozę?

Tak, te historie są straszne i mocne, ale mimo mojej ogromnej empatii historie te nie wbiły mi noża w serce, jak np. te w reportażu „Polska odwraca oczy”.

Zdaje sobie sprawę, że może to wynikać z mojego szerszego spojrzenia na społeczne problemy. Do każdej z tych historii rodziło mi się miliony pytań, na które nie znalazłam odpowiedzi, więc nie mogłam wniknąć głębiej w tę historię.

Jak dla mnie niektóre opowieści zostały potraktowane po łebkach, chociaż nie wszystkie, dlatego nie chcę oceniać, bo komuś tak opowiedziane historie mogą wystarczyć.

Mnie jednak zabrakło przeżyć literackich. Mimo że pomysł był świetny! Jednakże z uwagi na sam zamysł i poruszane w tej pozycji problemy, polecałabym przeczytać każdemu.

Tak ku świadomości.

Pięć osób, pięć różnych żyć, pięć opowiadań. Opowiadań mocno wstrząsających. Góra Tajget to zbiór historii o Śląsku, o wojnie i o dzieciach – tych narodzonych i tych nienarodzonych. Te łączące się w pewnym kontekście opowieści nie należą do zbioru najłatwiejszych, ale zacznijmy od początku.

Sebastian
Współczesna Polska, współczesny Śląsk. Poznajemy Sebastiana – głównego bohatera pierwszego opowiadania. Mieszkający w Lublińcu aptekarz, sprzedający leki naprzeciw szpitala psychiatrycznego, zostaje świeżo upieczonym ojcem. Pomimo szczęścia, jakie daje mu dziecko, odzywa się w nim lęk. Strach przed śmiercią, przed tym, że nie będzie mógł obronić własnego dziecka przed zagładą, paraliżuje jego psychikę. Tymczasem z niespodziewaną wizytą zjawia się były nauczyciel Sebastiana, proponując mu współudział w uczczeniu pamięci ponad dwustu dzieci, zabitych przez nazistów w wariatkowie.

Gertruda
Bohaterka drugiego opowiadania stawia czoło wyzwaniu, co dla leciwej już pani doktor okazuje się wcale nie tak łatwe. Przyjmując dziennikarza w swoim domu, musi spojrzeć we własną, niechlubną przeszłość. Duchy wojny starają się zakłócić jej uzyskany przez długi lata spokój duszy.

Zefka
Wyzwolenie spod niemieckiej okupacji dla Zefki okazuje się być tragedią. Po dwóch latach spędzonych w Niemczech w – jak się dziewczynie zdawało – bajkowej scenerii, gdzie motyle karmi się watą cukrową, powraca do śląskich standardów i wodzionki. Nadchodzą Rosjanie, a wraz z nimi nędza, gwałty i śmierć. Co więc dla Zefki oznacza spotkanie z radzieckimi żołnierzami?

Rysiu
Tym razem mamy do czynienia z małym chłopcem, którego los zostaje desygnowany przez szpital. Trafiając do psychiatryka poprzez własnego ojczyma, stara się zachować resztki umysłu skażonego trucizną. Na jego drodze jednak pojawia się pielęgniarka, przekonana, że może uratować swą duszę poprzez ratunek tego jednego, jedynego dla niej ważnego pacjenta.

Adik
Adik? Adrian? A może Adolf? Historia wzruszająca do łez, tym razem łącząca się z innymi nie tylko czasem wojny, ale także osobą samego Hitlera. Adik jest chłopcem uwielbianym przez matkę i faworyzowanym na tle swojego rodzeństwa. Młodszy od swoich kolegów z kamienicy, niebieskooki mały mężczyzna gra w berka z sąsiadami, a jego dzieciństwo jest błahe do czasu.

Anna Dziewit-Meller, autorka Góry Tajget, zaprasza czytelnika do świata, w którym mieszają się wojna i pokój, luksus i bieda, wspomnienia tragiczne i wspomnienia radosne, miłość i nienawiść, skrucha i zgoda na zapomnienie. Ta niekonwencjonalna powieść opowiada o losach pięciu różnych bohaterów. Czas II wojny światowej miesza się z teraźniejszością. Wspomnienia przeplatają się z myślami o przyszłości.
Nigdy nie czytałam tak skonstruowanej książki. Każdy z rozdziałów ma swojego narratora, każda z postaci jest inna. Pisarka przedstawia nam wydarzenie, z którym każdy z uczestników historii ma coś wspólnego – czy to swoją osobę, czy jedynie budynek naprzeciw miejsca pracy. Zostawia nam rozsypaną układankę, którą musimy o własnych siłach poukładać. Pomysł na zwarcie tak rozległej siatki wydarzeń w niewiele ponad dwustu czterdziestu stronach jest znakomitym przykładem tego, że da się napisać króciutką książeczkę o fabule, w której czytelnik nie zna wszystkich faktów, a może jedynie drążyć swą wyobraźnią oczka tej siatki.

W każdym opowiadaniu akcja toczy się dość prędko; poniekąd zbyt szybko, przez co możemy wyłapać mnóstwo luk w opowieści. Daje nam to jednak możliwość – za sprawą wprawnego pióra pisarki oraz naszej nieograniczonej niczym wyobraźni – dopowiadania sobie historii na własną rękę. Żadne z opowiadań nie nudzi, mimo paru wątków pobocznych, które czytelnika w ogóle nie prowadzą do zrozumienia ogółu fabuły.
Język Anny Dziewit-Meller jest zrozumiały i całkiem łatwy do przyswojenia. Bardzo zdziwił mnie fakt używania śląskich sformułowań w powieści, ze względu na w dalszym ciągu nieskodyfikowanie etnolektu śląskiego, choć przyznam, że jako Ślązaczka zdania napisane w języku śląskim – pomimo pominięcia znaków diakrytycznych – zrozumiałam bez większego problemu. Pisarka wzbudza jednak w czytelniku pewnego rodzaju zrozumienie realiów śląskich podczas II wojny światowej oraz bezpośrednio po wyzwoleniu Śląska przez ZSRR.

Góra Tajget jest książką targającą nerwy. Tak trudne tematy, ażeby poruszyć czytelnika, nie muszą być przez niego przeżyte. Autorka ma bardzo bogate słownictwo, poprzez które przekazuje multum emocji czytelnikowi. Oddaje strach, żal i ból bardzo naturalistycznie, zaś radość i miłość w zupełnie magiczny sposób. Czytając tę powieść czytelnik doświadcza emocji wraz z bohaterami opowiadań.

Książkę polecam każdemu. Dosłownie każdemu. Jest dla mnie lekturą obowiązkową, podobnie jak Paragraf 22 czy też Chłopiec z latawcem. Tak wzruszającej powieści (czy też zbioru opowiadań) dawno nie czytałam. Wielkie brawa dla autorki z mojej strony!

Śląsk. Sebastian, świeżo upieczony ojciec, mimowolnie zostaje wciągnięty w wydarzenia z przeszłości. A właściwie w wygrzebywanie wydarzeń z przeszłości. Sebastian zastanawia się, po co wracać do czegoś co było i minęło. Przecież teraz jest dobrze, ma rodzinę, aptekę, względny spokój. A tu nagle stary nauczyciel wymiata spod dywanu zapominane powoli czasy wojny, niewygodne wydarzenia. Dla niektórych niewygodne, bo brali w nich udział. Dla innych niewygodne, bo zakłócają ich teraźniejszy spokój. Sebastian chciałby odwrócić głowę od dawnych nieszczęść. Po co psuć własne szczęście brzydkimi obrazkami czyjegoś nieszczęścia. Sebastian nie jest jednak asertywny i stary nauczyciel szybko wciąga go w swój plan. Na domiar złego, Sebastian dowiaduje się również, że tu gdzie on ma dziś aptekę, w czasie wojny był szpital. I to nie byle jaki szpital, a taki, w którym na dzieciach prowadzono eksperymenty medyczne.

W tym samym czasie Sebastian zaczyna czuć strach, bo zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie ochronić swojego dziecka przed wszystkimi pułapkami świata. Szczęście bycia ojcem zostaje zmącone obawą o życie córki. Trochę na wyrost, ale Sebastian coraz wyraźniej dostrzega zagrożenia czyhające na jego dziecko.

***
Najbardziej poruszyła mnie historia Rysia. Szłam z Rysiem przez ten szpitalny korytarz, a wcześniej pędziłam z nim na motorze. Wiecie, dość szybko wiedziałam gdzie Rysiu zmierza i co Rysia czeka, ale jakoś tak… Potwierdzenie domysłów przyszło dopiero po kilku stronach rozdziału o Rysiu i szybko czytałam, linijkę za linijką, bo podświadomie czekałam na potwierdzenie tego, co przecież było pewne. Ryszard jest dziś ojcem, dziadkiem. Swoją historią nie zawracał nikomu głowy, bo i po co, to dawno było, dziś jest dziś.

Cieszyłam się z Zefką, kiedy wyjechała do Emmy i dowiedziała się, jak to jest być kochaną. Smuciłam się z Zefką, kiedy musiała wracać na Śląsk. No i jak się okazało, nic dobrego na tym Śląsku na nią nie czekało. Zefka przetrwała, do samej starości i śmierci nie lubiła tylko pytań o to, czemu nigdy nie miała dzieci.

Z dziennikarzem w mieszkaniu doktor Luben siedziałam spokojnie i piłam herbatę. Przyglądałam się jak starsza pani, oprawca dzieci, szykuje się na wyjście do opery. Przecież to takie dostojne. A nikt nie mówił, że zwyrodnialcy nie mogą kulturalnie spędzać wieczoru. A przyznać trzeba, że choć do eleganckiej starszej pani to nie pasuje, to zwyrodnialcem musi być prawdziwym, skoro nie bardzo potrafi dostrzec zło w swoich czynach, a w samej sobie winy nie znajduje. Doktor Luben jest miłośniczką muzyki i wydarzenia z przeszłości nie będą jej spędzać snu z powiek. Było minęło.

***
Po wizycie u Sebastiana i nauczyciela Zgierskiego u prezydenta miasta, okazuje się, że dziś te historie nie są potrzebne. Po co jakaś tablica upamiętniająca ofiary? Oczywiście, to ważne, bla bla bla i inny urzędniczy bełkot, urząd niby rozumie, ale przecież nie może sam decydować, są inne wydatki, jak sami rozumiecie ważniejsze, a poza tym, co było to było, teraz należy patrzeć w przyszłość. Klomby trzeba posadzić, a nie zajmować się hitlerowską akcją T4. Ach, bo ja wspomnieć zapomniałam, że to właśnie wokół akcji T4, akcji polegającej na „eliminacji życia niewartego życia” dzieje się „Góra Tajget”. Dziecko ma szpotawą stopę? Zapraszamy do Lublińca, tam dziecko umrze na niedowład serca. To nic, że serce jak dzwon ma, już doktor Luben sobie z tym poradzi.

***
To nie tak, że ta książka powaliła mnie na kolana. Nie rozedrgała mnie, nie odebrała mi mowy, nie jest wybitna. Ale jest to powieść ważna, bo choć temat zbrodni nazistowskich można by już nazwać oklepanym, to uważam, że akurat książek o tym nigdy za dużo. A ta książka wyszła lepiej niż nieźle, jest udana.

Stylistycznie nieźle, odpowiadał mi sposób narracji autorki, ale przyznaję, że bardziej skupiałam się na samej historii niż na języku i stylistyce.

No a na koniec łyżka dziegciu… Wydanie wydaje się być ładne. Prosta okładka, skromna, na grzbiecie ten sam ‘obrazek’ co i z przodu. Dobrze się to wszystko komponuje. Litery duże, wszystko przejrzyste. No i klops, którego nie lubię nawet w mailach służbowych, a w książkach to już wcale nie akceptuję… Podwójne spacje… Na pierwszych trzech stronach było ich kilkanaście! Jedno można nazwać wpadką, ale tyle?? Razi mnie z daleko takie coś, wierzcie mi, zęby same mi zgrzytały przy każdym kolejnym takim kwiatku. Na całe szczęście, dalej było lepiej i podwójne spacje zniknęły. W innym wypadku, ciężko byłoby mi przeczytać całość… Ale na półce książka ładnie będzie wyglądała.

Po raz kolejny trafia mi w ręce dzieło autora, którego nie kojarzę zupełnie. Taki to plus naszej całej akcji, że poznaję literaturę, do której normalnie bym nie sięgnął. Trochę dlatego, że z powodu permanentnego braku czasu nie bardzo mam luksus eksperymentowania i wolę z książkami iść w stronę pewniaków, o których wiem, że nie zmarnują mi czasu przeznaczonego na czytanie. A trochę dlatego, że jestem chyba do końca życia nieuleczalnie zarażony literaturą fantastyczną, gdzie się mieczem ratuje dziewice albo zdobywa obce planety z laserowymi karabinami w ręku. Dlatego po książkę Anny Dziewit-Meller bym nie sięgnął. I kto wie, czy tak by nie było lepiej…

Tytułowa góra Tajget to miejsce, gdzie wg żyjącego w I w. n.e. greckiego pisarza Plutarcha, starożytni Spartanie porzucali swoje niemowlęta zaraz po urodzeniu, jeśli okazywały się nie dość zdrowe i silne, żeby były „warte” życia i utrzymywania przez społeczność. Nie jest to jednak książka o starożytności. To książka o czasach całkiem niedawnych, a mianowicie o II Wojnie Światowej. I o eksperymentach, jakie przeprowadzali nazistowscy lekarze na ludziach upośledzonych na ciele i umyśle. A konkretniej na dzieciach. Dzieciach, które uznano za „życia niewarte życia” w III Rzeszy i w ramach tzw. Akcji T4 zabijano, często okrutnie torturując w imię nauki.

O książce…
Ciężko mi o niej pisać. Jeśli po lekturze „Innej duszy” Orbitowskiego czułem się jak przemielony, to teraz czuję się, jakby mnie rozjechał walec. Sposób, w jaki autorka prowadzi narrację wyzwala bardzo silne emocje. Czasami jest to osoba trzecia, czasami pierwsza, a czasami zwraca się do osoby, która była świadkami makabrycznych wydarzeń.

Całość jest podzielona na rozdziały, które opisują historię jednej osoby, która w ten czy inny sposób związana jest z niewielkim szpitalem psychiatrycznym gdzieś na Śląsku. Każdy z nich w niezwykle sugestywny sposób opowiada o bólu, cierpieniach, strachu i krzywdach uczynionych przez hitlerowski totalitaryzm, który z zegarmistrzowską precyzją i nieludzkim okrucieństwem wcielał w życie pseudonaukowe i mocno przekłamane przez nazistowską propagandę założenia eugeniki „eliminując życie niewarte życia”.

Śląsk tutaj zresztą jest postacią co najmniej drugoplanową – miejsce ni to polskie, ni niemieckie, rozerwane pomiędzy dwiema stronami konfliktu doznaje krzywd i cierpień od każdej z nich, czy to pod okupacją niemiecką, czy to po „wyzwoleniu” przez Armię Czerwoną, która okazywała się równie okrutna. Używanie przez autorkę śląskiej gwary dodatkowo przybliża nam bohaterów i nadaje im cech bardzo indywidualnych, ludzkich.

Jeśli chodzi o język, to moim zdaniem autorka ociera się o mistrzostwo. Opisy, zajmująca zdecydowanie więcej miejsca, niż dialogi, są niezwykle sugestywne, często wręcz makabryczne w swojej dosłowności. Jeśli masz w zwyczaju przelatywać je tylko wzrokiem biegnąc do dialogów, to tutaj tego nie rób. Doskonale oddają lęki bohaterów powieści, ale i ukazują z wielką precyzją to, co akurat rozgrywa się „przed naszymi oczami”. Przeczytajcie zresztą sami:

Żadna antywłamaniowa roleta nie powstrzyma wroga, który zapragnie uczynić z ciebie karaczana niegodnego życia. Nie uciekniesz przed śmiercią, która ma ci zostać zadana tak niespodziewanie i tak niesprawiedliwie! Żydów do stodoły pędzili Niemcy, a może Polacy, a może ostatecznie to bez znaczenia, skoro człowiek zmienia się w garść popiołu, a osmalone kości zostają rozwleczone przez zwierzęta, gdy robota ognia już się kończy. Może to bez znaczenia, czy twoje dziecko, co leżało w kołysce, roztrzaskuje o ścianę ręka esesmana, który wpadł do
twojego domu i z mocnym bawarskim akcentem zapowiada ci rychłą śmierć (…)

Albo:

Siadywali przy drewnianych ławach i pili, pili, pili na umór, bo jednak nawet nazista czasem się musi zgłuszyć. Zerwać film. (…) Kto będzie siedział w autokarze koło mnie? – pyta wzrok Marii Mandel, która siedzi na razie sama przy oknie. Wracamy do Auschwitz, trasa taka piękna, popatrzmy wspólnie na te beskidzkie widoki.
A skąd te buty skórzane na jej zgrabnych nóżkach? Skąd ta bielizna, którą chętnie zdarłaby z siebie, gdyby ją tylko o to ktoś poprosił grzecznie: Bitte! Maria, taka dzielna pracownica, oddana służbie Rzeszy. Co dzień staje przy bramie w Birkenau i czeka, kto waży się na nią spojrzeć. A kto się waży, ten idzie do gazu. Nic więc dziwnego, że Maria pragnie czasem odpocząć. Tak się człowiek namęczy, jak musi związywać nogi rodzącym kobietom, żeby nie mogły dzieci wypchnąć na świat. Ile to mocy trzeba w sobie mieć, by tak panować nad życiem i śmiercią. Jakie to wyczerpujące jest, to wiedzą tylko oni. Koło Marii chce siedzieć Irma, ta piękna Irma o złocistych włosach i wielkich oczach. Takiej pięknej nie ma w całym Auszwicu. Jest piękna, nawet kiedy siekierą rozbija ciało więźniarki, tak długo póki nie zostanie z niego mięsna miazga na klepisku.

„I nagle zaczął padać deszcz”, więc wszyscy, w swych odebranych Żydówkom pantoflach i sztywnych mundurach z błyskawicami na kołnierzach, jakby z cukru byli, a nie ze stali, i bali się, że się roztopią, że zmienią swój stan skupienia, biegną wszyscy pędem, z wesołymi okrzykami, z powrotem pod górę, do pensjonatu, gdzie padają na rozłożone na werandzie leżaki i rozkoszują się dalej pięknym dniem urlopu. W rękach trzymają flaszeczki piwa. Och, nierzadko trzeba się uciekać do podstępu, aby przyjechać autokarem do Kotelnicy. Jak dostać trzy dni wolnego? Bez trudu! Już wiemy, już wymyśliliśmy! Najlepiej zapobiec ucieczce z obozu. Można w tym celu zerwać więźniowi czapkę z głowy i rzucić na druty. I kazać mu po nią iść. Jak pójdzie – trzeba zabić. Tym samym zapobiec ucieczce. Tylko tyle, jeden celny strzał, a trzy dni wolnego wśród bujnej zieleni!

To właśnie te opisy powodują, że książka tak mocno na mnie podziałał. To nie pierwsza powieść o wojnie, Holocauście czy obozach śmierci, jaką przeczytałem. Ale kiedy czytałem np. „5 lat kacetu” nie robiło to mnie takiego wrażenia, podejrzewam, że właśnie przez język, jakim tamta historia została opowiedziana – lekko sowizdrzalski, lekko ironiczny, troszkę przez to odbierający powagę całej tragedii dziejącej się wokół.

I znowu, tak jak przy „Innej duszy” przychodzi mi do głowy to samo porównanie z obrazem przedstawiającym tortury. Tylko, że teraz jest jeszcze gorzej, jeszcze mocniej, jeszcze sugestywniej. Dawno nie czytałem czegoś, co mną tak bardzo tąpnęło. Może dlatego, że tragicznymi bohaterami tej opowieści są dzieci? To bardzo trudna książka, również dlatego, że podnosi temat odpowiedzialności za zbrodnie. Czy też bardziej o jej braku. Również o karze, o winie i o roli jednostki w trybach wielkiego totalitarnego systemu – zarówno o ofiarach, jak i ich oprawcach.
Nie wiem, czy Wam tę książkę polecić. Jest bardzo dobra, ale przez temat, jaki porusza i w jaki sposób go porusza na pewno nie jest pozycją dla każdego. Po raz kolejny nie podejmuję się jej oceny punktowej, poza językiem – daję 5/5. Co do reszty – każdy musi sobie po przeczytaniu odpowiedzieć sam, co o tej pozycji sądzi.

Zobacz inne wpisy z cyklu