Projekt 6na1

Sześć osób. Jedna książka

Na wiosnę ponoć wszystko rośnie, więc i nam wyrosła nowa osoba. Od teraz projekt 5na1 staje się projektem #6na1. Powitajcie ciepło Ewę z bookmoment.pl:)

A dzisiaj, jak co miesiąc prezentuję Wam kolejny wpis z cyklu, czyli recenzje jednej książki przez sześć różnych blogowych osobowości. Tym razem trafił nam się trudny temat, którego po tytule chyba nikt się nie spodziewał.

Kliknij na osobę, aby rozwinąć treść

Gdy padł pomysł przeczytania tej książki, w pierwszej chwili pomyślałem sobie, że to pewnie współczesno-konsumencki banialuk jakiś setki w naszych księgarniach. Wydaje się, że dzisiaj można napisać książkę o wszystkim, a im bardziej bzdurny tytuł i temat, tym wyżej sięgają słupki sprzedaży. Tak to jest – proszę wybaczyć – społeczeństwo ma siano w głowie, to i po siano sięga.

Po lekturze mogę powiedzieć, że się pomyliłem. Z tym, że nie tak znów bardzo.

Mam takie swoje, od lat stosowane powiedzenie, które ostatnio jest podsycane codziennymi rewelacjami zasłyszanymi w radio czy telewizji. Tu ojczym skatował dziecko, tu babcia się zagapiła i dziecko wpadło do beczki z deszczówką, tu ojczym leciuteńko popchnął dziewczynkę i nikt nie może zrozumieć, czemu trafiła do szpitala z licznymi siniakami i krwiakiem mózgu. Wszyscy opiekunowie oczywiście na tęgiej bani, ale przecież w tym kraju to okoliczność łagodząca… Ale do rzeczy, zanim się zagalopuję. Wspomniane chwilę temu powiedzenie brzmi mniej więcej tak:

„Wszystkie tragedie ludzkości zaczynają się w zaciszu domowym”.
I to od rodzinnych po – daję głowę – konflikty zbrojne angażujące światowe mocarstwa.

Wróćmy do książki. Jest to zlepek historii, które zapewne miały ukazać trudy i męki rodzicielstwa. A konkretnie matek. Zgadzam się, że temat ważny. Każdy chce błyszczeć na zewnątrz, wszyscy się na imprezach uśmiechają, a w domach i głowach jest duszno, mroczno i śmierdzi. Prawda? Prawda. Owszem, jestem za tym, żeby uczciwie mówić, że wychowywanie dzieci jest trudne, bo jest. Nie ma absolutnie nic wspólnego z bajkowymi obrazkami jakie serwują nam media. Powinno się obalić ten idiotyczny stereotyp – i to nie tylko w tym kontekście – że powinniśmy być idealni. Bo nie jesteśmy i nie będziemy, a takie społeczne wymaganie powoduje nieustający kompleks, co z kolei prowadzi do frustracji, od której jeden krok do agresji.

Pod względem językowym, poza kilkoma przekombinowanymi zdaniami i drobnymi defektami korekty, nie ma się do czego przyczepić według mnie.

A teraz przejdę do minusów. Książka jedzie na stereotypach, aż boli. Gdyby autorka zadała sobie trud poczytać trochę więcej o baby blues, to wiedziałaby, że to może się ciągnąć miesiącami, a nawet latami, a nie jest krótkotrwałym zaburzeniem hormonalnym. Gdyby autorka porozmawiała z ojcami, wiedziałaby że również oni bywają w takich sytuacjach, a niektóre Panie pod względem buty i agresji wcale panom w dzisiejszych czasach nie ustępują. Gdyby wreszcie autorka uczciwie podeszła do tematu i nie dała się ponieść stereotypowi matki polki, czy ojca polaka i polski jako Chrystusa narodów, wyciągnęła by z tych historii to co najważniejsze. Bez względu na to, jak człowiek jest zmęczony, jak poharatany, jak poniżany przez życie, partnera, rodzinę czy szefa, bez względu na to jak wiele musi sobie odmawiać, czy wypełniać pustki i jak bardzo ma ochotę sobie strzelić w łeb, to dziecko jest szczęściem największym i niewinnym. I jeśli tylko człowiek pozbędzie się egocentryzmu, który zabiera 100% czasu i energii na użalanie się nad własnym losem, i wpuści trochę tego światła do serca, to wszystko jest do zniesienia (albo rozwiązania). Wszystko.

Książkę warto przeczytać, choćby po to, aby wyrobić sobie własne zdanie.

Książka ta została wybrana przeze mnie, ponieważ potrzebowałam mocnego tematu, żeby popatrzeć na niego z socjologicznego punktu widzenia. Czuję, że misja zostanie spełniona.

_______

Jak pokochać centra handlowe? to zdecydowanie nie jest książka o centrach handlowych. Owszem, znajdziemy w niej markety, sklepy, duże i mniejsze centra handlowe, ale są one jedynie tłem. Stają się pewnego rodzaju rekwizytem w całej tej historii.

A historia do lekkich nie należy.

Jak pokochać centra handlowe? – recenzja.

Natalia Fiedorczuk-Cieślak, autorka tej książki pisze tak: Macierzyństwo ma w Polsce tradycję uświęconą, a jednocześnie wiele jego kluczowych aspektów bywa spychanych na margines życia społecznego.

Trudno się z tym nie zgodzić. Macierzyństwo, rodzicielstwo, posiadanie dzieci w ogóle to temat nie do końca wygodny, kiedy trzeba pokazać codzienne życie bez filtra. A co w momencie, kiedy macierzyństwo przestajemy posypywać lukrem i pokazujemy jego czarną stronę: depresję poporodową, zmęczenie dzieckiem i chęć pobycia po prostu bez niego? Próby radzenia sobie ze sprzecznymi oczekiwaniami, jakie serwuje nam społeczeństwo?

Autorka pisze: Poporodowego smutku (baby blues, czyli obniżenia nastroju, występującego do 4 tygodni po narodzinach) doświadcza około 70-80 procent matek.

Powiedziałbyś, że aż tyle? Ja nie, bo wcale się o tym nie mówi! Kobiety ukrywają to w sobie, bo boją się. Boją się oceny społeczeństwa. Boją się tego, że ktoś pomyśli (a nie daj boże, powie głośno): dopiero urodziła i już sobie nie radzi? To co z niej będzie za matka?

To jak jest z tym macierzyństwem?

Poporodowe zaburzenia samopoczucia są stare jak świat. Historia zna takie przypadki, jednakże kiedyś nie zawsze były one kojarzone z macierzyństwem, a czasem po prostu były bagatelizowane.

Dziś widać, jaki ogromny odsetek matek ma z tym problem. Nie tylko dzięki statystykom. Spójrzcie na literaturę. Jak pokochać centra handlowe? to tylko jedna z takich pozycji zaraz obok Stan nie! błogosławiony, czy Żałując macierzyństwa, książki, której nie można jeszcze kupić, ale jak się pojawi, to znajdziecie tutaj jej recenzje.

Pozycja Matka. Polka. Feministka też do łatwych nie należy.

Oprócz literatury spójrzcie na to, co dzieje się w Internecie. Autorka książki przytacza dane: (…) wyszukiwarka Google „macierzyństwo mnie nie cieszy” (304 000 wyników), „mam dość macierzyństwa” (225 000 wyników).

To także pokazuje skalę problemu.

Książka sama w sobie.

Książka sama w sobie opisuje właśnie takie życie. Życie kobiet, które zmagają się z depresją, ze smutkiem, czasem ze wściekłością. Pozycja ta pokazuje codzienne życie matek, które nie jest ani dobre, ani złe. Jest po prostu życiem. Raz lepszym, raz gorszym. Czasem życiem na krawędzi i nerwowo wykańczającym.

Ale to nie znaczy, że kobiety przedstawione w książce nie kochają swoich dzieci. Po prostu przedstawione historie pokazują, że macierzyństwo to nie polana usłana stokrotkami.

W książce znajdziemy kilkanaście anonimowych historii, w tym historie autorki.

Są mocne.

Problem tej książki jest taki, że każda historia opowiedziana jest w pierwszej osobie liczby pojedynczej. Dzięki temu możemy wczuć się w konkretną historię jeszcze mocniej. Jednak trudność tematyczna tych historii powoduje chęć oceniania każdej matki.

To są często kontrowersyjne historie. Z jednej strony czasem będzie nam przykro, żal, a z drugiej chciałoby się powiedzieć „weź się w garść”. Ale nie o to chodzi. Ta książka nie powstała po to, żeby oceniać zachowania konkretnych kobiet.

Daje Ci ona możliwość wysłuchania głosu kobiet, który latami był uśpiony. Daje Ci możliwość spojrzenia na ich rzeczywistość innym okiem. Może łaskawszym? Bo to w końcu Ty, ja i cała reszta społeczeństwa stawiamy pewne oczekiwania względem takich kobiet. A one starają się im sprostać.. Raz lepiej, raz gorzej.

Sam sprawdź jak, i poczuj się chociaż w pewnym stopniu za to odpowiedzialnym!

Jeżeli ktokolwiek, kiedykolwiek powiedziałby mi, że przeczytam trzy książki o depresji pod rząd, to bym go chyba wyśmiała. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że recenzowanie książek może być aż tak męczące i – co gorsza – dołujące. Książki o depresji są książkami zazwyczaj ciężkimi, których nie czyta się z uśmiechem na ustach, a jedyne, co można o nich powiedzieć, to to, że mocno wpływają na człowieka.

Jak pokochać centra handlowe to książka, obok której nie da się przejść obojętnie. Czytając ją jako trzecią książkę o tak trudnym temacie, czuję się po jej lekturze przytłoczona. Natalia Fiedorczuk-Cieślak po rozmowach z wieloma osobami, które przeżyły depresję poporodową, daje ujście naprawdę wielu emocjom.

Pomysł na tytuł książki jest mistrzowski. Zupełnie nie wskazuje na zawartość utworu. Z drugiej strony – czego tak naprawdę moglibyśmy się spodziewać po tytule? Książki o galeriankach? A jednak jest to opowieść o tym, jak, z punktu widzenia kobiety, można przeżyć (podobno) najlepszą rzecz na świecie, czyli macierzyństwo.

Akcja toczy się dość szybko, choć momentami ma swoje słabsze momenty. Opisy centrów handlowych potrafią mocno znudzić człowieka, który pragnie jakiejś rozrywki w postaci wydarzeń, a nie suchych opisów witryn sklepowych czy też parkingów podziemnych.
Język autorki nie pozostawia wiele do czynienia. Fiedorczuk pisze sprawnie, nie używa zbyt wielu powtórzeń, a jeśli już, to są one zastosowany w sposób typowo retoryczny. Natomiast bardzo wiele wyliczeń męczy. Opis tego, co znajduje się w koszyku na zakupy w jakimś hipermarkecie, ciągnący się przez cały rozdział, nie jest ciekawy. Ten zabieg stylistyczny może niektórym przypaść do gustu – mi absolutnie nie. Omijałam więc część fragmentów typu: „pieluszki, gerberki, (… tu wstaw dwadzieścia innych rzeczy dla malców)”.

Pod względem emocjonalnym książka jest mocna. Mną wstrząsnęło to, jak może zmienić się świat matki po urodzeniu dziecka, jak wpływają na rodzica diagnozy, które wcale nie są dobre, już nie wspominając o braku czasu na wszystko.

Reasumując, książki nie poleciłabym nikomu, ale jeśli ktoś chciałby po nią sięgnąć – proszę bardzo. Być może znajdzie w niej więcej wartości niż ja. Nie jest to jednak dzieło, które czyta się przyjemnie. Jest to książka, która może uświadomić ludziom, jak źle czują się osoby z depresją, ale potrafi też mocno zdołować (szczególnie jeśli jest się po lekturze trzech takich książek z rzędu).

Lament uciemiężonej, umordowanej Matki Polki.
Spisane naprędce pomysły, bez składu i ładu.
Niespójne zapiski.
Wyrywki.

Macierzyństwo jawi się tu jak kara za wszystkie popełnione grzechy.
Po tej lekturze bezdzietnym odechce się mieć dzieci, a tym co mają jedno, odechce się drugiego.
Nie ma tu chyba żadnego pozytywnego zdania o macierzyństwie. A co z urokami macierzyństwa? Z tym, że dzieci to radość? Nic w życiu nie jest łatwe, ale autorka wydaje się być zaskoczona tym, że macierzyństwo również do błahostek nie należy.

Mąż – ojciec, niby jest, ale go nie ma. W znojach macierzyństwa matce dziecka nie pomaga. Ucieka z domu kiedy może, ale to i tak pod koniec książki, wcześniej go po prostu nie ma.

Z książki wynika, że kobietom po porodzie rozum odbiera – na mnie proszę nie krzyczeć, to autorka tak kobiety – matki przedstawia. Nie mówię tu o depresji poporodowej, która niewątpliwie jest dużym problemem i jestem pewna, że lektury na ten temat są potrzebne. Wydaje mi się jednak, że temat zasługuje na nieco więcej niż dostaliśmy w tej książce.

Pomijam już wątki nielogiczne – oto dwie matki spotykają się na kawie w centrum handlowym, ale nad wózkami dzieci szepczą, żeby ich nie zbudzić. To po co do centrum przylazły? W centrum jest głośno, w kawiarence tym bardziej. W tym wszystkim szept matek na pewno będzie miał duży wpływ na sen dzieci…

Ni to powieść, ni publicystyka – to nie zarzut akurat, nie wszystko należy szufladkować i takie niejasne hybrydy mają coś w sobie. Tu jednak wyszedł wspomniany na początku niestrawny zlepek różnych historii.

No i na koniec smaczek językowy – o zgrozo! Mam wrażenie, że autorka użyła wszystkich znanych jej metafor i przymiotników (tych o zabarwieniu negatywnym; te pozytywne w słowniku tej książki nie istnieją). Literówek (przynajmniej w e-booku) – cała masa, korekty i redakcji tekstu chyba zabrakło

“Zamykam się w sobie, kwaszę mikrourazę, co jakiś czas wylewając na ojca dziecka zupę rozgotowanych pretensji” – to jeden z wielu bardzo strasznych i straszących potworków językowych.

Nie rozumiem za co został przyznany Paszport „Polityki”.

Jak to mówią – nie oceniaj książki po okładce, a w przypadku „Jak pokochać centra handlowe”, nie oceniaj też po tytule. Powieść Natalii Fiedorczuk nie jest przewodnikiem po galeriach, nie opisuje pięciu sposobów na udane zakupy. Książka obrazuje macierzyństwo, a raczej jego uroki – niekoniecznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

„Jak pokochać centra handlowe” jest zbiorem scenek krążących wokół życia młodej matki. Fiedorczuk opisuje zmagania kobiet cierpiących na depresję poporodową tworząc jedną, dość niespójną historię. Zarys fabularny został zastąpiony fragmentami opisującymi emocje, uczucia, postrzeganie zamkniętego w czterech ścianach świata, zderzenie z rzeczywistością, presję otoczenia, brak zrozumienia. Młode matki toczące batalię z depresją codziennie walczą z własnymi dramatami, są zagubione, wyobcowane. Nie rzadko pojawia się poczucie winy, zachowania kompulsywne. Zdrowy rozsądek odchodzi na dalszy plan, bolesne doświadczenia odciskają swoje piętno, które przekłada się na frustrację. Nie oznacza to jednak, że kobieta z depresją poporodową jest złą matką – absolutnie. Ona po prostu nie potrafi pogodzić się ze zmianami, które zachodzą w jej życiu. Opisane stany emocjonalne są największym atutem książki – pokazują, że depresja nie jest chwilowym pogorszeniem się nastroju, jest permanentną częścią wielu z nas. Autorka opisuje chorobę szczerze, autentycznie, bez zbędnego lukru. Uświadamia jak można z nią żyć, pokazuje jej różne oblicza.

Tytułowe centra handlowe są miejscem w którym kobiety otrzymują namiastkę „normalności”, kontaktu ze światem. Są przestrzenią w której można się zatracić, uciec od realiów, pobyć z samym sobą.

I o ile sam pomysł opisania tych bolesnych doświadczeń jest bardzo dobry, tak wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Styl, którym posługuje się autorka nie zachwyca, przedstawione historie nie są uporządkowanie, niekiedy jakby wyrwane z kontekstu, przezroczyste.

„Jak pokochać centra handlowe” są dość specyficzną powieścią, bazującą na trudnym, acz bagatelizowanym problemie jakim jest depresja poporodowa. Fiedorczuk przedstawiła mroczną stronę macierzyństwa opierającą się na własnych przeżyciach, ale także  innych kobiet. Całość jednak odebrałam dość chaotycznie – książka jest jakby niedopracowana, nie posiada klamry, która pozwoliłaby na zamknięcie wszystkiego w zgrabną całość. Niemniej książkę warto poznać choćby po to, aby przekonać się, że potrzeby matek są ważniejsze od stereotypów i oczekiwań im narzucanym.

Początek miesiąca na blogu oznacza kolejną recenzję spod znaku #5na1, czyli naszego blogowego projektu, w którym pięciu blogerów recenzuje jedną i tę samą książkę. Dzisiejsza recenzja jest nietypowa z dwóch powodów. Po pierwsze nasza ekipa powiększa się o Ewę, którą w sieci znajdziecie na bookmoment.pl. Co oznacza, że od dzisiaj będziemy #6na1. I dzisiaj nasza szóstka recenzuje książkę „Jak pokochać centra handlowe”, której autorką jest Natalia Fiedorczuk.

Drugą rzeczą nietypową w dzisiejszej recenzji jest to, że nie dałem rady książki przeczytać do końca. Nie wiem, czy to pierwszy mój raz, kiedy ostatni oddaję recenzję wspólnie czytanej książki, ale po raz pierwszy książki nie skończyłem. Nie dałem rady nawet pomimo tego, że jest krótka, bo na Legimi ma tylko 158 stron. Poległem gdzieś zaraz za setką i nie, po prostu nie mogę dalej, bo nawet czytanie niesławnej Bondy, która raniła mi oczy, było jak pieszczota przy czytaniu „Jak pokochać centra handlowe”. Może to kwestia tego, że w końcu powoli przekonuję się do czytania e-booków i to pierwsza moja niepapierowa książka. Gdyby było to wydanie w formie fizycznej, która to forma ma okładkę, kartki i rozłożona gdzieś na parapecie przypomina o tym, że ciągle jest nieskończona, to bym się przełamał. Ale tak nie mogę. Nie daję rady.

I to zupełnie nie chodzi o to, że w książce prawie nie ma dialogów i że są to po prostu monologi wewnętrzne i przemyślenia na temat otaczającego świata. Nie o to chodzi, że książka jest zbiorem scenek z życia pewnej rodziny widziana okiem kobiety, żony, matki dwójki dzieci i czasami w retrospekcjach – córki. Nie boję się też książek trudnych i ciężkich, nawet jeśli nie do końca taka jest moja wizja tego, czego oczekuję od lektur (czyli rozrywki) – przez to, że przeczytałem „Górę Tajget” czy „Innej duszy”, udowodniłem sobie samemu, że nawet takie pozycje uznaję za wartościowe, chociaż ewidentnie nie dla mnie.

W „Jak pokochać centra handlowe” po prostu nic się nie dzieje. No OK, kobieta rodzi dziecko, potem drugie, jest mniej lub bardziej spełnioną matką, z symptomami depresji poporodowej i nie tylko oraz całym tym bagażem, jakiemu czoła stawić musi każda, albo prawie każda matka. Gdzieniegdzie na piątym, albo dziesiątym planie przemyka jej mąż, który wcale nie stroni od zajmowania się dziećmi i od obowiązków domowych się nie uchyla, ale generalnie dla żony jest tylko tłem jej codziennych zmagań. Powiem szczerze, cała ta relacja damsko-męska i matczyno-dziecięca jest przedstawiona oczami bohaterki powieści tak, jakby… no własnie – była nie wiadomo jaką bohaterką.

I nie, to nie jest zdanie męskiej szowinistycznej świni bez krztyny współczucia, wygodnie sobie siedzącej z piwkiem na kanapie, kiedy żona na kolanach szoruje podłogę. Bo zarówno przy jednym, jak i przy drugim dziecku to ja wstawałem w nocy, żeby je przynieść do karmienia czy rozrobić butlę przy drugim, które ma uczulenie na laktozę. A potem grzecznie kładłem się spać na kocyku na podłodze, bo maluch przy cycu zasypiał zajmując moją połowę łóżka. A jak nie zasypiał, to zawsze moją rola było robienie tak, żeby mu się po jedzeniu odbiło i w te nieliczne razy kładłem się spać do siebie, a nie na kocyk. I obydwoje mieliśmy dokładnie w dupie przejmowanie się tym, że to podobno źle i niedobrze, bo dziecko po jedzeniu trzeba odłożyć do jego łóżeczka. Do tego najlepiej dużym palcem wskazującym u nogi w stronę zachodzącego słońca.

Ano własnie. Cała książka to coś, co ja nazywam psychologicznym grzebaniem palcem w dupie. Najprostsza rzecz, najbardziej rutynowa życiowa czynność jest rozbijana jak gówno na atomy przy wtórze internetowych porad, tytułów mądrych książek czy mądrych i modnych forów dla młodych matek, czy ogólniej – kobiet. Cała ta książka w moim odczuciu aż kipi od tego, że w dzisiejszych czasach z jednej strony matka ma być modelowa pięknością jak z Instagramowych obrazków, z drugiej poświęcać dziecku każdą chwilę i inwestować w jego rozwój, a z trzeciej może mieć to wszystko w dupie i skupić się na własnych potrzebach. I jak tu się teraz w tym połapać? Dookoła same wymagania, żeby być taką, a nie inną, a żyć trzeba, prawda?
Może to kwestia tego właśnie wychowania w dawniejszej epoce, a może po prostu facet jest prostszy wewnętrznie, ale rozkminy głównej bohaterki o każdej, najprostszej nawet życiowej czynności powodowały mój ból zębów. Głębokie filozoficzne rozważania o robieniu zdjęć (czy nie widać plamki, czy światło aby odpowiednie, czy jestem próżną suką, kiedy kasuję swoje zdjęcie, na którym wyszłam grubo) czy jeździe samochodem. O wymianie rzeczy za darmo i sprzedaży rzeczy używanych. Sam nie wiem, czy mam się z tego wewnętrznego ubóstwa cieszyć, czy żałować, ale z takim podejściem podcierałbym dupę przez co najmniej dwie godziny, bo prowadziłbym długi i rozbudowany wewnętrzny dialog sam ze sobą na temat faktury i wzorów papieru toaletowego.

Cały czas czytając tę książkę zastanawiałem się, kiedy wreszcie zacznie się coś dziać. Kiedy przeczytam coś ciekawego, a nie kolejne przemyślenia na temat zasranych pieluch tetrowych. Może w rozdziałach, do których nie dobrnąłem coś się zadzieje i ta historia po prostu się jakoś skończy inaczej, niż „po prostu nagle pewnego dnia Lucynka przestała myśleć i wreszcie coś się wydarzyło”. Nie wiem, może to kwestia tego, że sam mam dwójkę dzieci, przy których się udzielałem wcale nie jako weekendowy tatuś, ale miałem nieodparte wrażenie, że czytam o dorabianiu ideologii po prostu do codzienności tysiąca ludzi. Tylko po co?

Żeby nie było – uważam, że pokazanie w książce ciąży, traumatycznego porodu, macierzyństwa właśnie w barwach obsranej pieluchy, a nie rozkosznego bobaska z reklamy pampersów to wielka wartość tej książki. Pokazanie matki (bo ojca tam jak na lekarstwo) jak osoby z krwi i kości, która absolutnie nie pasuje do obrazka lansowanego przez media, ma swoje doły, problemy, bóle i gorsze dni. Tak, to jest wielka wartość tej książki.

I chyba tylko to. Bo na przykład miłości do dziecka jakoś mi tutaj za mało. A uwierzcie mi – jak przytupta taki mały dziabąg do Was i się przytuli, to topniejecie jak śnieg w wiosennym słońcu, chociaż 3 minuty wcześniej mieliście ochotę go udusić. I to jest ten sekret bycia rodzicem. Po prostu. Nie ma go sensu lukrować w znane z reklam barwy, ale to wystarczy, żeby cały ten brud, smród, kłopot i niedogodności jakie generują malutkie dzieci znieść i jeszcze czasami znaleźć chwilę, żeby się z tego cieszyć.

Podsumowując – nie jestem w stanie tej książki zgodnie z naszą metodologią ocenić punktowo, bo jej nie skończyłem. A nawet jeśli bym miał wystawić, to wszystkie noty byłyby niezwykle niskie. No, może poza językiem, bo książkę czyta się w miarę szybko, nawet jeśli to w kółko jakieś monodramy. Może w ostatnich rozdziałach czeka jakaś bomba, która całe to pierdololo spina w jakąś klamrę, ale do niej nie dotarłem.
I chyba już nie dotrę, choć zostało mi niecałe 30 stron.

Bardzo mocno nie polecam.

PS. Kusiła mnie dygresja na temat tego, że ta książka dostała nagrodę Paszport „Polityki”, w którą wplótłbym jakieś feministyczne klimaty i panujące mody na polityczną i płciowa poprawność, ale się powstrzymałem. Jest tak słaba, że nie warto.