Projekt 6na1

Sześć osób. Jedna książka

Tym razem poczytaliśmy coś zupełnie innego. Poszerzyliśmy swoje czytelnicze horyzonty o wydawnictwo spod pióra (klawiatury?) popularnego blogera PigOut’a. Zapraszam!

Kliknij na osobę, aby rozwinąć treść

Mam z tą książką nie lada problem. Mamy w zespole #6na1 obmyślony, całkiem sprawnie działający system wyboru książek do wspólnego czytania. System ten implikuje różnorodność i co najważniejsze niczego nam z góry nie narzuca. Tym razem, zgodziliśmy się wziąć na warsztat książkę podarowaną nam przez Wydawcę. Stare przysłowie mówi „Darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby”, ale my w zęby patrzymy całkiem dokładnie. Jeśli chcecie dowiedzieć się co wypatrzyłem w końskim (świńskim) uzębieniu, to zapraszam do dalszej lektury.

Fabuła
Nie ma. Ta książka to zbiór wpisów, przemyśleń i obserwacji, zaserwowanych w blogowym stylu. Ja nie śledziłem bloga PigOuta wcześniej, więc nawet teraz nie wiem czy w książce znalazły się teksty napisane specjalnie na jej użytek, czy też są to przedruki z wpisów blogowych autora. Wiem też, że po lekturze nie rzucę się do penetrowania jego archiwalnych wpisów w poszukiwaniu odpowiedzi na swoje wątpliwości.

Styl
Trzeba przyznać, że gość jest błyskotliwy. Trafnie identyfikuje różne codzienne, życiowe sytuacje, dobrze je serwuje i jeszcze lepiej z nich szydzi. Bądźmy szczerzy – PigOut pisze to, o czym większość z nas myśli, ale niekoniecznie o tym mówi na głos. Autor posługuje się dość bogatym i dynamicznym językiem, co powoduje, że książkę czyta się szybko i przyjemnie. Nie sposób odmówić Koledze poczucia humoru. Gdybym czytał te teksty parę lat temu, to pewnie pękałbym ze śmiechu co parę minut.

W czym więc problem?
Ciężko ocenić. Być może we mnie. Może mam zbyt wiele własnych problemów, żeby ‚drzeć łacha z innych’. Być może wszechobecne szydzenie ze wszystkich i z wszystkiego w każdym możliwym medium już przestało mnie śmieszyć. Codziennie obserwuję sarkazm w telewizji, w radio, w internecie. Jestem zalewany memami, mini komiksami, co rusz pojawiają się jakieś ‚roasty’. Gdy biorę książkę do ręki, to chcę jak najdalej uciec od tego trendu. Nie jestem pozbawiony poczucia humoru… Przeciwnie, mogę nawet powiedzieć, że z PigOutem byśmy się dogadali na tym gruncie, ale jak dla mnie takie nagromadzenie sarkazmu jest męczące.

Świnia prekursorem?
Być może… Bardzo mi się spodobało to, że ta książka została wydana, i to na wniosek Wydawcy, a nie Blogera. Świadczy to o tym, że rynek wydawniczy otwiera się na tego typu twórczość. Widzę w tym wielką szansę, dla wielu bardzo wartościowych blogerów, którzy piszą historie i opowiadania naprawdę wysokich lotów. Życzyłbym sobie, aby w teren wyruszyły zastępy agentów literackich i wyłuskując perełki, wydawały ich teksty w postaci antologii. Myślę, że to by mogły być bardzo ciekawe pozycje. Chwała PigOut’owi za to, że przeciera szlaki 🙂

No dobra, byłam sceptycznie nastawiona do tej książki i powiedzieć, że byłam „trochę sceptyczna” to nie powiedzieć nic. Nie to, że mam coś przeciwko autorowi (bo nie znam, to nie mam nic przeciwko), ale powiedzmy, że mój stosunek do książek wydanych przez celebrytów, blogerów, aktorów jest dość oziębły. Tym razem przyznać jednak muszę, że ubawiłam się przednio, przeczytało się to szybko, więc jeśli tylko nie spodziewacie się czegoś na miarę „Dziadów” czy choćby „Lalki”, to śmiało mogę Wam „Świnię…” polecić. Wartkim korytem (sic!) myśli PigOuta spływają i za pomocą lekkiego pióra przybrały nawet zabawną postać.

Mojemu początkowemu negatywnemu nastawieniu sprzyjał też tytuł. Świnia, hejter… No faktycznie, hejt jako coś, czym należy epatować. Tymczasem okazało się, że hejtu w książce nie ma wcale. Jest sarkazm, jest ironia (również autoironia), ale to nie hejt od razu. Uwielbiam sarkazm i ironię, więc stopniowo, strona za stroną, było coraz lepiej.

Książka to zbiór krótkich, szyderczych tekstów, prawie że samo się czytających. Nie wiem, czy teksty w książce są powieleniem bloga, bo bloga PigOuta nie znam. Jakbyście chcieli wyszydzić wszystko co przyjdzie Wam do głowy, to PigOut podpowie Wam jak. Niczemu z otaczającego nas świata nie ujdzie na sucho. I choć faktycznie może to wyglądać początkowo na hejt, to tak naprawdę jest to prześmiewcze i krytyczne spojrzenie na dzisiejszy, współczesny świat.

Bo wiecie, prawda jest taka, że ja to się z wieloma przemyśleniami PigOuta zgadzam i identyfikuję. No bo czy ja to się mało zastanawiałam nad fenomenem crocksów? Ależ zastanawiałam. Niestety, do niczego nie doszłam i popularności tych plastikowych kapci nie rozumiem nadal. Podzielam z PigOutem również zdanie o spędzaniu Sylwestra i gdybym miała telewizor, byłabym podobnym nolifem oglądającym koncerty emitowane przez TVP czy TVN. Jak się okazuje, jestem jeszcze większym nolifem, bo z powodu braku szklanego ekranu, nawet na telewizyjnych koncertach się nie ubawiłam. Właśnie z rozdziału o mało hucznym Sylwestrze przed tv pochodzi jeden z cytatów, który wywołał u mnie potężny atak śmiechu:

„Stolicę rozświetlił dopiero Piasek… swoimi zębami. Jebaniutki, wyglądał, jakby zrobił sobie protezę z drażetek gum Orbit.” (s.150)

Ostatnia część książki to najwięcej prywaty autora. Czytacie pudelka? Ja nie, ale jak widać, tkwi we mnie potrzeba popodglądania czyjegoś życia. Z niekłamaną przyjemnością czytałam o złej karmie krążącej nad PigOutem i czułam się jak rasowa czytelniczka internetowych portali plotkarskich (przynajmniej tak to sobie wyobrażam). Mój wewnętrzny troll cieszący się z nieszczęścia innych został nakarmiony.

Zawsze mam problem z oceną takich książek. Z jednej strony, trudno to w ogóle nazwać książką – w porównaniu z ‘prawdziwą’ literaturą, ocena 7/10 to naprawdę duuuużo. Jeśli jednak nieco spuścić z tonu i porównywać „Świnię…” jedynie z innymi książkami ze swojej kategorii, to wypada to naprawdę śmiesznie.

Już myślałam, że jestem aspołeczna, że tak bardzo nie rozumiem szału promocji w Lidlu, sukcesu crocksów i Greya. Dzięki PigOutowi widzę, że co najmniej jeszcze jedna osoba ma podobnie.

Ostatnimi czasy na internetowej arenie można zauważyć globalne namnażanie się blogów wszelakiej maści. Wydawać by się mogło, że nie ma tematyki, której blogowego odpowiednika by zabrakło. Każdy może stać się kim chce, może przybrać dowolne imię czy pseudonim, wyrażać swoje zdanie, udzielać rad lub zwyczajnie opisywać swoje egzystencjalne poczynania. Batalia jest zaostrzona, trudno bowiem zebrać wokół siebie wiernych czytelników, którzy znajdą chwilę czasu, by wejść na dany blog, przeczytać wpis, skomentować go.  Rzadko kto wychodzą cało z tej potyczki, tak jak autor „Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera”. PigOut nie barwi świata, nie szczędzi ironii czy sarkazmu, ciętym językiem śmiało wyraża swoje zdanie, a jego teksty nie pozwalają na zachowanie kamiennej twarzy.

„Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera” jest zbiorem krótkich, acz treściwych wpisów, okraszonych ogromną dawką poczucia humoru. Autor opisał otaczającą nas rzeczywistość: popkulturę, ludzi znanych i (nie)lubianych, modę czy marketing. Otworzył się przed czytelnikiem prezentując historie z życia wzięte, nie omieszkał także udzielić kilku rad, np. jak nie trafić do tajskiego więzienia lub jak podejść dziewczynę, aby przypomniała Ci, kiedy ma urodziny, co swoją drogą zakrawa o plan równie idealny co szatański! PigOut w swoich felietonach trafia w punkt z każdą uwagą czy spostrzeżeniem.

Książka bowiem zawiera przemyślenia, które są bliskie większości z nas. Prawdopodobnie nieraz, bojąc się reakcji czy opinii innych, schowałeś własne zdanie do kieszeni. Autor robi zupełnie odwrotnie – wywala kawę na ławę, głośno mówi o tym, co go denerwuje.

PigOut przygląda się całemu grajdołowi, zbiera myśli i zwinnie przelewa je na papier/klawiaturę, tworząc zaskakującą całość. Absurd rzeczywistości sprawia, że PigOut staje się jego komentatorem, nie narzucającym swoich poglądów. Autor operuje ironią, bezkompromisowością, prostotą, autentycznością i dystansem do siebie co sprawia, że książka staje się znakomitym źródłem rozrywki.

Prawdę powiedziawszy nie potrafię określić docelowej grupy odbiorców, do której skierowana jest książka. Wydaje mi się, że „Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera” spodoba się każdemu, kto chce z przymrużeniem oka spojrzeć na męczącą codzienność i nie ma przysłowiowego kija w tyłku. Książkę czyta się naprawdę dobrze, jest napisana lekkim i przystępnym językiem, zatem całość lektury nie powinna zająć Ci dłużej niż kilka godzin. Mnie się podobało.

Książce mówię stanowcze „chyba tak”!

Czy jest jeszcze osoba na tym świecie (a przynajmniej w Polsce), która nie zna PigOuta? Czy da się być bardziej sarkastycznym i bezpośrednim niż on? Na te i inne pytani odpowiada książka Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera.

Osobiście czytuję bloggerów rozmaitych. PigOut nigdy mnie nie zachwycał i nigdy nie pojmowałam jego nabijania się z czegokolwiek i kogokolwiek. Nie chcę go tutaj do nikogo porównywać, ale Make Life Harder również nie robią dla mnie roboty.
Czy czytałam jego debiut literacki z uśmiechem? Owszem. Niekoniecznie jednak się ze wszystkim, co jest w tej książce napisane, zgadzam. Chociaż to chyba nie o to chodzi, to zaraz wytłumaczę co, jak i dlaczego. Ale może po kolei.

PigOut to znany (podobno) blogger polski, wyśmiewający wszystko i wszystkich. Jak jest na okładce z tyłu napisane: PigOut, który mówi o sobie „głodny, zły i brzydki”, przemierza bezkres sieci, by wyłapać w niej to, co trzeba zauważyć, obśmiać, wytknąć. Serio? No nie.

Rozumiem, że społeczeństwo w tej chwili zamiast się czymkolwiek przejmować, ze wszystkiego “kręci bekę”. Tylko nigdy nie rozumiałam po co. Świnia ryje w sieci to pozycja, którą czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Można się przy niej uśmiechnąć, można wybuchnąć śmiechem i… można się też wkurwić. I to porządnie. PigOut ma rękę do przyjemnych, krótkich tekstów. Ma rękę do tego, żeby zabawić publiczność i potrafi to zrobić w bardzo… mainstreamowy sposób. Sorry, ale nie jestem fanką „opadających cycków” i naśmiewania się na każdym kroku z każdej możliwej osoby/rzeczy/wydarzenia/bógwiejeszczeczego. Dlaczego więc dorosły facet, który powinien mieć dzieci i być dla nich przykładem, nie potrafi niczego napisać jak facet? Cóż, nie mnie oceniać osobę, ale w książce ani razu nie jest pokazana ta „dorosła strona” (o ile w ogóle istnieje…) kolegi po fachu.

Tematyka książki jest naprawdę różnorodna. Możemy poczytać o przygodach z WC (sic!), trochę o związkach, o sylwestrze z Jedynką czy innym Polsatem. Przyczepiłam się za to 5 fragmentów, które albo naprawdę mnie rozbawiły, albo mam ochotę za nie wydrapać oczy autorowi. Oto i one:

  1.  (…) jeśli odkazisz muszę płynem W5, będzie taki blask, że Domestos może się schować.
  2. Ja ledwo przekroczyłem 30 i już nie mam cierpliwości do gimbusów, a ostatnia rzecz, o jakiej marzę, to zagłębianie się w ich rozterki. Gdyby dziewczę chociaż cyckami rekompensowało brak osobowości, ale niestety, jedyne, co ma do zaoferowania, to foch i histeria.
  3. Cały rozdział „Jak rozmienić legendę na drobne?”
  4. Metalowiec zrobi ci dwugodzinny wykład o różnicy między grungem a glam rockiem (…)
  5. (…) nie mam tu na myśli atmosfery wpierdolu, jaka panuje w barach dla harleyowców.

Ot, nie będę mówić dokładniej, co mnie wkurzyło z tych 5 fragmentów, a co nie. Sami się domyślicie, kochani czytelnicy, jeśli trochę mnie już znacie.

I ot, wniosek po przeczytaniu tego (pewnie już niedługo, bo prestiż robi swoje) bestselleru: polecam każdemu, kto chce się odmóżdżyć. Drugi wniosek: nie polecam ludziom z mózgiem. Jeśli szukacie lektury, która zabije nudę – proszę bardzo, ale ja takiej literaturze mówię stanowcze nie.

Ha, przyznajcie sami, że plan to iście szatański, żebyśmy wzięli na nasz warsztat recenzencki w #6na1 książkę gościa, który z darcia łacha i hejtowania uczynił znak firmowy i podniósł do rangi sztuki. PigOut, mój internetowy brat wydał książkę pod zaskakującym tytułem „Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera”. Smaczku całej akcji dodaje fakt, że nie każdy z naszej szóstki w ogóle wiedział, kto to taki ten PigOut (serio, są tacy), więc ich recenzje nie będą obciążone delikatną presją tego, że osobiście znają autora. Nie powiem Wam, czyim to było pomysłem, bo milczenie jest złotem.

Tytułem wstępu…

– Stary, wydałem książkę, napiszesz mi recenzję?
– A dostanę darmowy egzemplarz?
– Dostaniesz, nawet z dedykacją.
– No to pewnie, stary! A ten… muszę ją czytać, zanim zrecenzuję?

Czuję się trochę jak ci wszyscy mniej znani blogerzy będący znajomymi bardzo znanego blogera, który wydał książkę, a których on z kolei poprosił o recenzję tejże. Strasznie to zdanie jest zawiłe, więc wyjaśniam prościej – recenzowanie dzieła autorstwa kogoś, kogo znacie, lubicie i cenicie jest sprawą bardzo delikatną i trudną.

Rozpływanie się w zachwytach nad jakimś paździerzem źle zrobi blogerowi na zasięgi i czytelnictwo, bo czytelnicy nie są głupi i po przeczytaniu doskonale się domyślą, że tu cytat ze znanego blogera:
„Thorn” ma szansę być jedną z najlepszych książek jakie przeczytacie w życiu. Poważnie.
to o jakiejś innej książce musi być, a jeden bloger wciska kit i shit, żeby nie urazić znajomego blogera. No bo sami powiedzcie, jak tu napisać o „Admiralette” czy o „THORNie” prawdę, że oczy krwawią podczas czytania, kiedy tak naprawdę z osobistej sympatii do ich autorów chcielibyście napisać coś miłego i pochwalić? Ja w połowie „THORNa” stwierdziłem, że jeśli ta książka ma zmienić moje życie, to się kurwa boję i dalej nie czytam (nawet pomimo tego, że Kominkowe poradniki o blogowaniu mam wszystkie i prawie wszystkie przeczytane).

Z kolei recenzja negatywna, nawet jeśli zasłużona, od razu prowokuje komentarze, że ktoś się chce przejechać na plecach bardziej znanego kolegi, bo przecież nic tak w necie nie cieszy, jak hejt, prawda? Dodatkowo hejtowanie dyżurnego hejtera polskiej blogosfery może kusić podwójnie dodając +100 do blogowej zajebistości.

Na całe wielkie szczęście – i kładę tutaj moją całą blogerską reputację na szali i mogę to powiedzieć każdemu, prosto w oczy, po pijaku i na trzeźwo – nie miałem tego problemu, bo książka PigOuta jest świetna.
Oczywiście z dopiskiem: w swoim gatunku.

Skąd ten dopisek?
Ano stąd, że „Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera” wcale nie udaje czegoś, czym nie jest (swoją drogą fchuj długi tytuł i przy pisaniu recenzji kilka razy zapomniałem, co chciałem napisać). To ma być pozycja lekka, łatwa i przyjemna, do łyknięcia podczas średniej długości podróży, na urlopowym leżaku czy, i nie boję się tego głośno powiedzieć, w kibelku na tronie. Ma dostarczyć rozrywki, a nie tematów do przemyśleń czy motywacji do zmiany swojego życia. To nie jest „Buszujący w zbożu” czy ostatnio u mnie recenzowane „Całe życie”. To jest mówiąc krótko książka dla jaj, dla pośmiania się.
I jako taka radzi sobie doskonale.

O czym to jest?
Ustaliliśmy już, że fabuły głębokiej jak rów mariacki tu nie zobaczymy. Bohaterów, choć wielu, również nie cechuje wielka głębia. Zwrotów akcji czy literackich wolt też za wiele nie będzie. Co w takim razie będzie?

Będzie o tym wszystkim i tych wszystkich, którzy nas otaczają. Otaczają w życiu realnym, w internecie, w Lidlu, w telewizji, w tygodnikach, miesięcznikach i gazetach. PigOut wyławia z otaczającej nas rzeczywistości perełki, które potem odpowiednio poleruje i oprawia w swój pierwszej wody hejterski humor, obowiązkowo z kolorze black. Całość czyta się szybko, lekko i bezstresowo, co jakiś czas tylko wybuchając śmiechem – na całe szczęście, bo przepona by nam zaprotestowała od ciągłego wysiłku.

Dostaje się w dupę łowcom crocsów z Lidla i wannabe trendesetterom koczującym o wodzie, chia i fenkułach pod sklepem, do którego mają wrzucić limitowane buty sygnowane znanym nazwiskiem czy najnowsze telefony z pogryzionym owocem. Obrywają celebryci i wannabe celebryci, oraz nigdy-się-nie-uda-ale-próbuję celebryci. Wyśmiewa ich parcie na szkło oraz media, które to parcie bezlitośnie wykorzystują bez odrobiny przyzwoitości. PigOut jedzie równo po korpoludkach, politykach, hipsterach i blogerach, ale też po sobie samym. Złośliwy jest straszliwie, ale to taka złośliwość, jaką lubię – inteligentna, czasami z drugim dnem, a nie prostackie darcia łacha, bo ktoś się wyjebał na skórce od banana i rozbił głowę.

Facet zwiedził trochę świata, więc książka ma również walory edukacyjno-poznawcze, a że są podane w formie doskonale przyswajalnej, to stanowią one sporą wartość dodaną. Jeśli zechcecie sobie uzupełnić lekturę fantastycznymi zdjęciami, to zajrzyjcie kategorii podróżniczej PigOutowego bloga.

Część tekstów znam z bloga, części nie znałem, ale one zebrane do kupy naprawdę poprawiają nastrój – nawet moja MałaŻonka się serdecznie śmiała po drodze do Gdyni na See Bloggers, a ona z blogerów kocha tylko mnie. Przynajmniej tak było do teraz.

Czuję się cokolwiek zazdrosny, bo do tej pory tylko jeden mężczyzna lądował na ponętnych udach MałejŻonki. No, w sumie trzech, ale dwóch z nich to jeszcze nie mężczyźni.

Dla kogo jest ta książka?
Nie dla tych, którzy śmieją się, kiedy staruszka potknie się o krawężnik i wywali.
Nie dla tych, którzy uważają ironię i sarkazm za takie egzotyczne przyprawy.
Nie dla tych, którzy swoją hipsterię traktują ze śmiertelną powagą – nieważne, czy to z głupoty, czy z wyboru.
Nie dla tych, którzy nie rozpoznaliby poczucia humoru, nawet gdyby podeszło i ugryzło ich w dupę.
Nie jest to też pozycja dla tych, którzy lubią, jak książka (czy film) porusza głębsze wartości i ma trochę ambitniejsze cele, niż tylko prostą (ale nie prostacką) rozrywkę. Tu nie uświadczymy psychologiczno-obyczajowego pierdololo czy grzebania palcem w dupie w poszukiwaniu sensu życia. Tu się mamy pośmiać i miło spędzić czas. Nic więcej. Zaryzykowałbym porównanie do Deadpoola – nie każdy się tu odnajdzie, ale też nie każdy się tu odnaleźć i znaleźć powinien.

To książka dla tych, którzy lubią się śmiać i mają ogromny dystans do świata, a czasami i do siebie, bo nietrudno w PigOutowych heheszkach znaleźć jakąś grupę, do której pasujemy. Nawet hasło reklamowe książki brzmi „Nie chciej, żeby on napisał coś o Tobie!”, bo trzeba mieć dupę z żelaza, żeby znieść taki pojazd. Tym bardziej jestem dumny, że PigOut kiedyś o mnie napisał, co mi dodało +10 do samooceny i -10 do wagi.

Tytułem zakończenia…
Nie wiem, czy jestem obiektywny. Nie wiem, czy fakt, że PigOuta znam także jako pana XYZ i piliśmy razem browarki, ma na ocenę wpływ. Nie wiem, pewnie ma. Ale wiem też, że doskonale się bawiłem podczas czytania książki i zaryzykuję stwierdzenie, że jeśli podoba Wam się u mnie, to i u mojego blogowego brata też się Wam spodoba. Tym samym po raz kolejny powstrzymam się od ocen punktowych, bo to nie jest powieść w klasycznym tego słowa znaczeniu, raczej zbiór felietonów, prześmiewczo-obrazoburczych.

A dla moich czytelników mam niespodziankę – niedługo Pigout i jego „Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera” będzie u mnie do wygrania w konkursie. Jesli więc zastanawiasz się, czy warto wydać równowartość obiadu z browarkiem na książkę to się już nie zastanawiaj – niedługo będziesz mieć szansę dostać ją ode mnie za darmo. Stay alert.

Dziś odwrócę kolejność recenzji, żebyście mogli szybciutko wklikać się do którejś z ulubionych księgarń i zamówić książkę PigOuta. Bo jeśli chcesz spędzić wieczór śmiejąc się w głos, bo jeśli lubisz inteligentną rozrywkę, to jest ta książka, którą trzeba kupić. Kropka. Z serca, szczerze ją polecam, mało tego, mój krótki film – recenzja zachęcił znajomych do zakupu tej książki, no i już wiem, że książka spodobała się.
Ale po kolei.

PigOut jako Master of Ceremonies
PigOut prowadzi bloga oraz fanpage na Facebooku. Blog jest o wszystkim, o podróżach, o dobrym jedzeniu, o filmach – taki klasyczny lifestyle.

Ale fanpage… Tu się dzieje magia. PigOut, z gracją wprawnego Mistrza Cermonii (a może Wielkiego Kuchmistrza?) starannie wybiera tematy, którymi żyje internet, wrzuca na grill, przyprawia ostrą szyderą i posypuje papryczkami chilli. I potem zaczyna się festiwal radosnego komentowania, odpowiadania na komentarze, ponowne komentowanie i tak się zabawa kręci do następnego wpisu.

PigOut, niczym najlepszy MC czyli Master of Ceremonies, idealnie wyczuwa nastroje, świetnie dostraja się do oczekiwań publiki, roastuje, grilluje, wyśmiewa – człowiek daje się porwać i oczarować. Niczym najlepszy stand-up, PigOut wspaniale czuje publikę. Ale… No właśnie. Czy można być świetnym MC PigOutem i potrafić to przerzucić na tak statyczną domenę jak pisanie książek?
Można.
Po PigOut jest wyjątkowy.
PigOut z autografem
Bardzo lubię książki z autografami. Dzięki pewnym chytrym zabiegom otrzymałem książkę z autografem autora. Ha, dzięki temu mam autograf PigOuta, Wojciecha Cejrowskiego i Anny Hrycyszyn.

Zabrałem się za lekturę, wyposażywszy się uprzednio w liczne karteluszki, którymi zaznaczałem co ciekawsze fragmenty i porównania, z których słynie PigOut. Lekturę niestety musiałem przerwać, biegać też trzeba, później poszedłem spać no i nazajutrz ruszyłem do pracy.

Tymczasem książkę przejęła moja Małżonka. I ku mojemu zdziwieniu doniosła, że bardzo ją książka wciągnęła. O proszę…
Ba! Polubiła nawet fanpage PigOuta. W jej czytaniu wydatnie pomagała jej nasza kotka Arya, wyciągając co smaczniejsze, zakotwiczone przeze mnie zakładki. Smacznego!

Tak oto książka PigOuta nagle zyskała kolejną wyznawczynię. Może nawet dwie? A ja zdziwiłem się, bo z Żoną mamy zupełnie rozbieżne poczucie humoru. To znaczy śmiejemy się z tych samych skeczy kabaretowych, ale gdy tylko wspomnę Monty Pythona… No dobra, teraz czas na przerywnik filmowy, czyli moje zdanie o PigOucie, na kilkadziesiąt stron przed końcem.

Dlaczego PigOut jest dobry?
Bo zaskakuje zestawieniami słów. Używa odlotowych porównań. Część z nich wkrótce wejdzie do języka młodzieżowego, później wyprze kilka stetryczałych form leksykalnych – by na koniec dorobić się definicji sygnowanej przez pierwsze nazwiska profesorów językoznawców.

W ferworze wyszydzania i roastowania nie oszczędza również siebie, a to jest unikalne wśród blogerów. Ma do siebie dystans. Nie stoi na wysokim cokole, skąd dyryguje zafascynowanymi fankami i fanami, ale stoi pośród tłumu, a tłum pilnie powtarza za nim figury retoryczne, rechocąc raz po raz. I ani się obejrzycie, gdy sami będziecie tańczyć tak, jak PigOut napisze.

Aha. Z serca (i doświadczenia) radzę, nie pochłaniajcie płynów podczas lektury. Płyn zassany do tchawicy i płuc powoduje rozmaite perturbacje.

Dlaczego chcę więcej PigOuta?
Książka ma tylko 250 stron. Wieść gminna niesie, że stron było więcej, ale wydawca stanął okoniem, że nie zamierza wikłać się w wieloletnie spory sądowe, no i odchudził książkę o dobre 20%. Cóż, niby dość, ale coś jeszcze by się na ruszt wrzuciło.

A może jednak na koniec mu czymś przywalić?
Oczywiście, ja na to jak na lato. Mam wrażenie, że czasem PigOut nie docenia swojego czytelnika i rzuca jakiś prowokujący tekst, po czym dorzuca w celu rozładowania napięcia hasło: „żartowałem”. Nie trzeba, mój drogi, nie trzeba. Rozumiemy, wiemy i czujemy.
I wiesz… Lepiej od razu siadaj do pisania kolejnej części. Nie żartuję.

Podoba się? Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  


Podoba się? Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
%d bloggers like this: