Stephen King – To

Nie mogę znaleźć dobrego porównania. Kiedy jesz chipsy to wiesz, że one nie są ani specjalnie smaczne, ani zdrowe, ale nie możesz się powstrzymać. Kiedy oglądasz średni mecz korci Cię, aby przełączyć, ale nie możesz się na to zdobyć bo a nuż za chwilę padnie bramka… Czytanie „To” Kinga było właśnie takim dla mnie doznaniem. Osławiona, kultowa powieść wymęczyła mnie tak potwornie, tak boleśnie, że parę razy zastanawiałem się czy nie jej odłożyć. Dokładnie z tą myślą King serwował coś na podtrzymanie nadziei. Nie mogłem się zdobyć na porzucenie tej historii. To coś wciąga, uzależnia i wiesz, że To nie jest dobre ale mimo wszystko zatracasz się w Tym i nie możesz uwolnić.

Całość właściwie jest troche jak Cudowne Lata na amfetaminie. Część zabawna, część dynamiczna, inna z kolei przegadana i dłużąca się niemiłosiernie. Z perspektywy całości dochodzę jednak do wniosku, że tak miało być i nie widzę w tym ‚tomiszczu’ ani jednego zbędnego słowa.

Mimo, że książka nie wywołała u mnie napięcia, gęsiej skórki, podziwu czy specjalnej refleksji to jednak jest w niej To coś. Coś co nie pozwalało mi przerwać. Coś co boleśnie siadło mi na barkach, oddech miało cuchnący trupem, a zgniłe paluchy wczepiły w moje włosy i za nic nie chciało puścić.

Cieszę się, że dobrnąłem do końca. Nie chcę jednak do tej książki wracać. Zupełnie inaczej niż do Mrocznej Wieży, którą mam ochotę spożyć raz jeszcze…

Bip, bip…

Ocena końcowa:
3.9
  • Pomysł
  • Język
  • Akcja
  • Emocje