Arcanum meum

Leżała bezwładnie na drewnianej podłodze. Z trudem łapała oddech. Przeszył ją okropny ból w klatce piersiowej. Prawdopodobnie jej żebra zostały złamane. Niepewnie otwarła oczy, zamrugała kilka razy, kiedy do jej mózgu dotarła kolejna fala bólu. Starała się opanować drżenie ciała. W umyśle panował chaos, skumulowanie wszystkich negatywnych emocji. Każda komórka jej ciała chciała krzyczeć, kiedy z nieopisanym bólem i wysiłkiem uniosła się do pozycji siedzącej. Przez szparę w drewnianej ścianie wlewało się trochę światła. Kobieta pośpiesznie omiotła wzrokiem pomieszczenie, w którym się znajduje. Nie rozpoznała go. Wyczuła zapach siana. Pomyślała, że zmysły płatają jej figle. Spojrzała na swoje ciało. Biała sukienka była cała potargana i umazana we krwi. Nogi pokrywały liczne siniaki. Na nadgarstkach zauważyła ślady podcinania żył. Zamknęła oczy. Starała się przypomnieć sobie jak długo ją tu trzyma, jak długo torturuje. Bezskutecznie. Jedyne, czego mogła być pewna to fakt, że nie zostało jej wiele czasu. Zastanawiała się czy jest jeszcze jakaś szansa na ucieczkę, ale w jej stanie raczej nie uciekłaby zbyt daleko. Wiedziała, że i tak prędzej czy później odnalazłby ją i cały koszmar zacząłby się od nowa. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, dlaczego tutaj jest. Odepchnęła te myśli i nabrała powietrza do płuc, ignorując ból. Chciała po raz ostatni zobaczyć swoje dziecko. Wyobrażała sobie jego pogodną twarzyczkę, kiedy dorasta. Jak uczy się stawiać pierwsze kroki. Chciała usłyszeć jego pierwszy śmiech, chciała usłyszeć jak mówi do niej „mama”. Łza mimowolnie spłynęła po jej zakrwawionym policzku.
Usłyszała jakiś dźwięk. Zadrżała z przerażenia. Czuła zbliżający się koniec. Nie wiedziała, co powinna zrobić, co myśleć. Modlić się, a może stawić temu czoło z uśmiechem na twarzy? Przed oczami miała obraz swojego maleńkiego dziecka. To właśnie ten widok chciała ze sobą zabrać. Usłyszała zbliżające się gwałtownie kroki. Do jej oczu napłynęło jeszcze więcej łez. Pomieszczenie wypełniło się światłem, kiedy drzwi otwarły się z hukiem. Ktoś sunął wprost na nią, zmrużyła oczy.
– Margaret! – Nie tego się spodziewała. Przed sobą zobaczyła twarz kobiety, tak znajomej. Długie brązowe włosy spięte miała w kucyk, zielone oczy błądziły po zakrwawionym i brudnym ciele. Kiedy jej dłoń dotknęła, rozoranego miejsca na policzku, Margaret przypomniała sobie, kim jest kobieta.
Co tutaj robisz? Uciekaj. Zaraz po mnie przyjdzie. – Chciała powiedzieć, ale nie miała na to sił. Kiedy zobaczyła, że kobieta próbuje ją podnieść, z jej ust dobiegł przytłumiony głos.
– Nie.
– Margaret, wyciągnę Cię stąd. – Brązowowłosa z lekkim wysiłkiem uniosła bezwładne ciało, lecz wtem usłyszała syk. Próbowała być najdelikatniejsza, chociaż nie zdawała sobie sprawy, jakie tak naprawdę obrażenia poniosła kobieta.
– Nie. – Margaret siliła się, aby wszystko wyjaśnić kobiecie w czarnym stroju. Wiedziała, że nie mają zbyt wiele czasu. – Zostaw mnie – resztkami sił wyszarpnęła się z uścisku i runęła na ziemię. Jej towarzyszka szybko znalazła się przy niej. Margaret spojrzała w zielone oczy brązowowłosej, które patrzyły z niedowierzaniem. – Muszę Ci coś powiedzieć – wychrypiała.
Kobieta nachyliła się ku niej i chłonęła słowa. Otwarła szeroko usta, lecz zaraz potem zakryła je dłonią.
– Mam do Ciebie jeszcze jedną prośbę.
– Co tylko zechcesz. – Odparła.
– Zostaw mi swój sztylet i uciekaj. Już.
Brązowowłosa popatrzyła na Margaret, i wyjęła swój nóż podając jej. Podświadomie wiedziała, co ta chce zrobić. Nie mogła jej powstrzymać. Wiedziała, ze musi spełnić obie prośby konającej. Kobieta, ucałowała jej policzek i pogładziła po włosach. Wstała, patrząc ostatni raz na leżącą Margaret. Chciała coś zrobić, ale wiedziała, że nie może. Wybiegła przez drzwi, nie zamykając ich za sobą. Gwałtownie skręciła za róg. Wiatr owiał jej twarz i dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że płacze. Oparła się plecami o deski stodoły, kiedy usłyszała głos mężczyzny dochodzący zza ściany. Gdyby została w pomieszczeniu jeszcze chwilę… Kobieta przeczesała wzrokiem, jak i dłonią całą ścianę, w poszukiwaniu czegokolwiek, co pozwoli jej zobaczyć, co się dzieje w środku. Pod palcami wyczuła niewielką szparę na wysokości brzucha. Uklęknęła i zajrzała do wnętrza stodoły. Jej oczom ukazał się wysoki mężczyzna stojący nad kobietą. Z jej piersi wystawał sztylet.
– Głupia suka! – Mężczyzna wymierzył kopniaka w jej martwe ciało. Brązowowłosa zakryła usta ręką, aby stłumić krzyk. Łzy płynęły z jej oczu jak wodospad. Mężczyzna jeszcze kilka razy kopnął ciało i pośpiesznie wyszedł z pomieszczenia. Brązowowłosa otarła wierzchem dłoni policzki i po raz ostatni zajrzała do środka. Martwe ciało leżało na podłodze, wokół było pełno krwi. Dopiero po chwili, kobieta zrozumiała, że był to napis wykonany krwią. Arcanum meum. Spojrzała na ciało Margaret. Na jej twarzy widniał uśmiech, a jej otwarte oczy patrzyły w nicość. Kobieta wzięła głęboki oddech i wstała.
– Spełnię Twoją prośbę, siostrzyczko. – Ucałowała wewnętrzną stronę swoich palców i przyłożyła je do drewnianej deski. – Obiecuję. – Pędem puściła się w kierunku pobliskich drzew. Biegła ile sił w nogach. Kiedy dotarła na wzgórze, odwróciła się i spojrzała w dół. Przed jej oczyma rozpościerało się ogromne palenisko. Słyszała odgłos łamiących się desek, języki ognia pożerały całą drewnianą stodołę.

 

Autor: Ewa D.