I choćby nas dzieliły setki kilometrów

O byłym chłopaku już pisać nie będę… Miało być pięknie a wcale nie było. Ciągłe kłótnie o błahostki doprowadzały mnie do szału. Prowokował, robił wszystko żebyśmy się rozstali, zrywał – potem przepraszał, użalał się nad sobą. Miałam dość wszystkiego. Byłam przybita, zła, smutna. Chciałam choćby na chwilę zapomnieć o problemach, odstresować się, zrelaksować, odpocząć.
I co? Niewiele myśląc znowu skorzystałam z tego samego sposobu poznania kogoś, w jaki poznałam Alana. Czat… Szybka rozmowa. Właściwie to tylko tej rozmowy było mi trzeba. Nic więcej. A jednak tego dnia zaczęło się coś więcej. Od zwykłej rozmowy na publicznym pokoju #Częstochowa i mojej jakże głupiej zaczepki tekstem: „Jak Ty ładnie piszesz po polsku”, poprzez rozmowę prywatną i wymianę kontaktów.
Tak poznałam Krzyśka. Miał 29 lat i bagaż doświadczeń za sobą. Potem były długie rozmowy na gadu, o wszystkim, o niczym, o życiu i braku sensu w nim. Jednak czegoś nam brakowało. Po kilku dniach przenieśliśmy się na skype. Konwersacja video to już inna sprawa. Potrafiliśmy gadać po kilkanaście godzin dziennie. Kiedy kończyliśmy na skypie, jeszcze na chwilę przechodziliśmy na gadu. Kładłam się spad nad ranem. Nie wychodziłam z pokoju, no chyba że musiałam. Nie jadłam. Dosyć wtedy schudłam, ale wcale mi to nie przeszkadzało. Żyłam tymi rozmowami. Dawały mi więcej radości niż jakikolwiek facet do tej pory. Czułam, że mogłabym się zakochać właśnie w tym chłopaku. I wydawało mi się wtedy, że myśli podobnie. Pomagałam mu łatać dziurę w jego sercu, poprawiałam humor, nadawałam życiu sens. Powoli zapominał o nieprzespanych nocach, o tabletkach na depresję, o żonie, która odeszła i zostawiła go samego z kredytem na dom.
Myślałam o tym jakby to było, gdybyśmy się spotkali… Ale to było mało realne. Dzieliło nas mianowicie 1300 km. Dla jednych mało, dla innych sporo. Po dwóch tygodniach naszych rozmów zaczęłam chcieć więcej. Chciałam go blisko, chciałam go przy mnie. Zauroczyłam się. Kiedy już dostałam jego fiński numer telefonu wysłałam mu krótkiego smsa: „Przyleć do mnie, zaryzykuj”. Jednak wiedziałam, że to nie będzie łatwe. Nie mógł tak po prostu rzucić wszystkiego, zostawić domu, psa, rachunków, które razem z ratą kredytu po prostu go przerastały. Zwłaszcza, że był na bezpłatnym urlopie i szaleństwem byłoby pozwolić sobie na taki wydatek jak przylot do Polski. Kiedyś myślałam, że bilety na samolot są tańsze. Może i są, ale zależy dokąd… 1300-1400zł w dwie strony to sporo… jak wakacje nad morzem. Nie wiedziałam ile będę musiała czekać na Krzyśka. Możliwe, że spotkalibyśmy się pod koniec maja, bo miał w planach pojawić się na komunii siostrzenicy. W Polsce nie był od 2 lat.
Któregoś dnia podczas rozmowy na skypie Krzysiek przeglądał stronę finair’a. Analizował, kalkulował, myślał.
I powiedział mi, że zaczyna się poważnie zastanawiać nad przylotem do Polski….nad przylotem do mnie. Ucieszyłam się, ale nie dałam tego po sobie poznać. Nie mogłam tak się odkrywać. Już wtedy za bardzo zależało mi na tej znajomości. On nie musiał wiedzieć. Podobał mi się, uwielbiałam te nasze rozmowy. Dawały mi siłę. Dawały mi sens, szansę na szczęście. Krzysiek postanowił. Podał przybliżony termin. Miał tylko problem, z kim zostawić dom i psa. Ale szybko znalazł rozwiązanie, bo w pobliskiej miejscowości w Finlandii mieszkał jego brat z żoną, wprawdzie kilkadziesiąt kilometrów od niego, ale zgodził się wpadać i zajmować Borysem. Mój Ryjek (tak go nazywałam
w nawiązaniu do postaci z Doliny Muminków, którą z resztą można zwiedzać w Finlandii) miał przylecieć
w poniedziałek, dzielił nas więc tylko tydzień. Zaczęliśmy odliczanie. Ja codziennie na portalu społecznościowym zamieszczałam liczbę dni i godzin i tylko my wiedzieliśmy, o co chodzi. Krzysiek postanowił w końcu zarezerwować bilety. Któregoś dnia zostawił mi wiadomość na gadu: „Zmiana planów. Tylko się nie denerwuj, wszystko Ci wyjaśnię”. Szczerze mówiąc owa notka podniosła mi wtedy ciśnienie. Wyobraziłam sobie najgorsze rzeczy
a zwłaszcza jedną – że nie przyleci. Wieczorem złapałam go na skypie. Powiedział, że chciał zrobić rezerwację, ale na poniedziałek i wtorek nie ma już biletów. Załamałam się, bo to znaczyło, że będę musiała dłużej na niego czekać.
No ileż można? Tu jednak mnie zaskoczył, bo stwierdził, że skoro biletów na poniedziałek nie ma to kupił bilety na niedzielę 😀 Byłam jeszcze szczęśliwsza, ale musiałam udawać, że aż tak bardzo się nie cieszę. Oboje zastanawialiśmy się jak to będzie, kiedy już się spotkamy, czy czasem się nie rozczarujemy, czy nie okaże się, że nasze wyobrażenia o spotkaniu były inne… Wtedy po prostu należało wyłączyć myślenie. On miał pewne obawy czy w ogóle pojawię się w umówionym miejscu (a miałam w zwyczaju nie zjawiać się na spotkaniach – czasami), czy nie będzie leciał na marne… Ja natomiast zastanawiałam się, czy jest taki jak w świecie wirtualnym, czy nikogo nie udaje, czy to ten sam facet, który mnie zauroczył…
Kiedy do spotkania został jeden dzień byliśmy podekscytowani i zdenerwowani. Ja miałam mętlik w głowie, nie wiedziałam czy iść spad, czy tej nocy nie spad w ogóle. Cały czas myślałam… jak to będzie, jak będzie wyglądać nasza pierwsza realna randka, czy mu się spodobam, jak się zachowam, co się wydarzy, itp. Odliczaliśmy… godziny a potem już tylko minuty. Wyszłam na spotkanie. Czekałam w umówionym miejscu. Zestresowana, niepewna. Przyszedł. Nie tak idealny jak na skypie, ale był sobą. Był blisko. Spodobałam mu się. Widziałam to w jego oczach. Stanął na przeciwko. Wiem, czego chciał…ale za bardzo się wtedy denerwowałam. Serce waliło mi tak, jakby zaraz miało wyskoczyć z piersi. Próbowałam ochłonąć. Biedny Krzysiek myślał, że mi się nie spodobał, albo, że się rozczarowałam. Wcale nie. Tylko chyba nie mogłam uwierzyć, że jest tutaj, że jest obok. Uspokoiłam się dopiero po 15 minutach. Zaczęłam żartować. Poszliśmy do fajnej knajpki na piwo. A on wtedy wyciągnął coś z kurtki. Kazał mi zamknąć oczy. Zamknęłam a on na kolanach położył mi pluszowego Ryjka prosto z Finlandii 🙂 Mój kochany wariat… Pamiętam, że kiedy przed wylotem mówił, że coś dla mnie ma, w pierwszej chwili pomyślałam o pluszowym Ryjku. Nie wiem czemu…. Tak po prostu, jakbym to czuła, czytałam mu w myślach. Spędziliśmy ze sobą miły wieczór, zakończony pocałunkiem. Całował jak nikt inny do tej pory. Jego miękkie usta powodowały, że po całym ciele przechodziły mi ciarki. Całował jak Anioł. Chciałam tego, chciałam więcej, chciałam Krzyśka tylko dla siebie.
Spotykaliśmy się przez tydzień w ciągu tego czasu wydarzyło się wiele, co zaważyło też trochę na naszej znajomości. Była kolejna randka w kinie i film Wkręceni, na który bardzo chciałam iść, bo podobała mi się piosenka do niego – „Nie ufaj mi” Igora Herbuta z LEMONA. To była nasza piosenka. Puszczaliśmy sobie ją na skypie, podobnie jak drugą Lemon – Nice. A to wszystko przez słowa w niej zawarte:

„Przerzuć kartkę, zaryzykuj, bądź dziwakiem
Nie idź ścieżką, własną depcz, otwórz głowę
Zanim powiesz, zrozum, bądź
Nigdy nie burz, buduj, twórz
Smakuj, milcz, myśl i czuj
Zrozumiałem – by żyć musisz chwytać dzień
Wstań by biec, bo istnieć nie znaczy żyć”

To było nasze motto… Chcieliśmy zaryzykować, oboje. Były spacery, wspólne chwile, dni, wieczory. No i jeden wypad do baru w trójkę ze znajomym z czata, który zepsuł wszystko. Jakoś się to poskładało, ale to już nie było to samo. Potem pamiętna noc i szczere chęci, by wszystko naprawić. I ostatni poranek, godziny czułości przed jego wyjazdem, odprowadzanie na pociąg do Warszawy. Smutek w jego objęciach, pocałunek na do widzenia i tęskny wzrok za odjeżdżającym pociągiem. Po jego powrocie do Finlandii rozmawialiśmy ze sobą regularnie przez jakiś miesiąc. Krzysiek grał mi na pianinie moje ulubione melodie, ja zdawałam mu relacje z każdego dnia i zapewniałam
o tym, że tęsknię i mi zależy. Spędziliśmy na skypie Walentynki. On przeczytał wtedy miłosną kartkę, którą zapakowałam mu do walizki. Byłam zakochana. To fakt. Ale brak zaufania po tym, co się stało (tu szczegółów oszczędzam, dla mnie to drobiazg, dla niego niestety nie) nie pozwolił nam być ze sobą. Do dziś czasem do siebie piszemy, nie rozmawiamy już przez skypa, on do mnie nic nie czuje, ja jeszcze wspominam, jednak nadzieją żyć przestałam. Pozostały te chwile w pamięci i pluszowy RYJEK na półce.

 

Autor: Kamila Ł.