Kropla szczęścia w morzu bólu

Wszystko zaczęło się dwa lata temu, na początku marca i skończyło chyba zbyt wcześnie…
Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata i powoli przygotowywałam się do obrony pracy licencjackiej. Brakowało mi wsparcia ze strony rodziny i znajomych, nie miałam nikogo bliskiego, byłam zdana wyłącznie na siebie. Pewnego dnia oglądając telewizję natknęłam się na reklamę portalu randkowego. Uśmiechnięci ludzie zachęcali do rejestracji w owym serwisie dla samotnych, opowiadali jak poznali tam miłość swojego życia, dzielili się doświadczeniami. Ciężko było w to uwierzyć, ale co miałam do stracenia? Żyłam w szarym świecie równie szarych ludzi. Pomyślałam: Czemu nie? Warto spróbować!

Konto na Sympatii założyłam w nadziei, że znajdę choćby przyjaciela – takiego od serca,
który będzie zawsze, a nie tylko wtedy, kiedy ma taki kaprys. Początkowo byłam dość ostrożna, nie odpisywałam na wiadomości podejrzanych „typków”, nie podawałam żadnych danych kontaktowych. Kilka razy zdarzyło mi się otrzymać propozycję matrymonialną, w mniemaniu nadawców „nie do odrzucenia”. Pozostawiałam owe wiadomości bez komentarza, choć czasem miałam ochotę napisać co sądzę o takich degeneratach. Po tygodniu, może dwóch zaczęły docierać do mnie wiadomości od całkiem miłych facetów, a bynajmniej tak mi się wtedy wydawało…
Szybko jednak znudziły mi się pytania w stylu: jak masz na imię? ile masz lat? Jaki jest Twój ulubiony kolor? dlaczego masz psa a nie kota? Itd. Szczerze mówiąc z odpowiedziami tych osób na moje pytania wcale nie było lepiej. Pozwolę sobie przytoczyć jeden z takich wirtualnych dialogów, w którym stroną próbującą czegokolwiek się dowiedzieć i jednocześnie jakoś podtrzymać rozmowę byłam ja:
– Witaj, mam na imię Kamila. Może masz ochotę porozmawiać i bliżej się poznać?
– Może.
– W takim razie opowiedz coś o sobie, czym się zajmujesz w życiu, co robisz?
– Nudzę się.
– Ach rozumiem… Uczysz się jeszcze? Pracujesz gdzieś?
– Yhy.
– To znaczy uczysz się czy pracujesz?
– Yhyy.
– Co znaczy „Yhyy”?!
– …

Pozostałe rozmowy były na nieco wyższym, bądź niższym poziomie. Niektóre zapowiadały się całkiem obiecująco, jednak zazwyczaj po tygodniu kontakt się urywał. Wszystko zmieniło się w ciągu jednego dnia, kiedy na portal weszłam właściwie tylko po to, by usunąć swoje konto. Zauważyłam, że w skrzynce odbiorczej jest nowa wiadomość oraz powiadomienie o dodaniu mojego profilu do „ulubionych”. Z ciekawości przejrzałam profil nadawcy i przeczytałam dość długą (jak na mężczyznę) wiadomość.

Kamil – bo tak się przedstawił – był ode mnie starszy o 6 lat, mieszkał prawie 300km od mojego miasta. Skończył studia informatyczne i pracował jako grafik komputerowy. Opisywał z humorem swoje zainteresowania, w bardzo optymistyczny sposób podchodził do życia. Miał cele, marzenia, pasje. Wydawał się być inteligentnym człowiekiem, który wie czego chce. Z każdą nową wiadomością od niego rosła moja ciekawość. Zadawałam coraz więcej pytań, coraz więcej chciałam o nim wiedzieć. Znajomi, których nigdy nie było, gdy tego potrzebowałam nie omieszkali ocenić mojej wirtualnej znajomości z Kamilem. Jedni podchodzili do tego dość sceptycznie, twierdząc, że nic z tego nie będzie, inni śmiali się, że dobraliśmy się chociaż imionami. Przestałam się przejmować ich opiniami i po kilku tygodniach podałam mężczyźnie prywatny adres email i numer telefonu. Pisaliśmy do siebie codziennie, on dzwonił kiedy tylko mógł. Potrafiliśmy przegadać ze sobą kilka godzin pod rząd (głównie nocą). Podobało mi się jego zdjęcie profilowe na Sympatii, ale nie wiedziałam że jest trochę nieaktualne. Zanim zdecydowaliśmy się spotkać minęły cztery miesiące. Wiele osób próbowało odwieść mnie od pomysłu poznania Kamila „na żywo”.
Pytali: „A co jeśli się rozczarujesz i okaże się zupełnie inny niż sobie wyobrażasz?” Trudno. Chciałam przekonać się o tym sama i zaryzykowałam.

Sympatyczny nieznajomy mimo 300 km dzielącej nas odległości zdecydował się przyjechać.
Umówiliśmy się, że to nie będzie jeszcze randka, a zwykłe spotkanie i jeśli się sobie nie spodobamy, to każde z nas pójdzie w swoją stronę. Spotkaliśmy się dokładnie 1 lipca. Czekałam w umówionym miejscu już dwadzieścia minut przed czasem, ponieważ nie chciałam wyjść na niepunktualną. Po kilku minutach dostałam smsa, że Kamil się spóźni (korki), pomyślałam wtedy że nie ma zamiaru w ogóle przyjechać. Kiedy zobaczyłam przystojnego bruneta idącego w moim kierunku, w pierwszej chwili go nie poznałam. Podszedł bliżej i poczułam tylko, że nogi się pode mną ugięły. Wyglądał zupełnie inaczej niż na zdjęciu, a w ręku trzymał pudełko czekoladek w kształcie serca (zdążyłam mu kiedyś wspomnieć, że nie przepadam za kwiatami, wolę słodycze). Boże, nawet nie potraficie sobie wyobrazić jak się wtedy bałam. Bałam się, że mogę mu się nie spodobać. Wyglądał jeszcze lepiej niż na zdjęciu. Jakby ktoś wyciął mój ideał i wkleił wtedy w tamto miejsce… Przywitał się grzecznie i przeprosił za spóźnienie. Długo nie mogłam wydobyć z siebie słowa, szliśmy w milczeniu. On od czasu do czasu uśmiechał się, widziałam wtedy błysk w jego fantastycznych ciemnych oczach. Poszliśmy do kawiarni, wypiliśmy Latte, zjedliśmy deser, powoli jakoś się rozkręciłam. Rozmawialiśmy ze sobą kilka godzin. Kamil był dokładnie taki jak sobie wyobrażałam. Może nawet lepszy. Następnego dnia musiał być w pracy więc pożegnaliśmy się i pojechał. Czekałam aż po spotkaniu napisze pierwszy, ale nie było od niego żadnej wiadomości. Czułam się strasznie. Jeśli mu się nie podobałam, mógł napisać wprost. Wystarczyło głupie „nie jesteś w moim typie”. Milczenie było od tego dużo gorsze.

Odezwał się dopiero po trzech dniach. Miałam ochotę mu wygarnąć, ale zaproponował randkę, jak to sam ujął „pierwszą randkę – niespodziankę”. Zgodziłam się, a on napisał tylko, że zadzwoni wieczorem. Czekałam… Przez ten czas nie za bardzo wiedziałam co ze sobą zrobić. Snułam się po mieszkaniu bez celu. Zadzwonił około godziny 20-tej. Powiedział, że mam mu zaufać i wysłuchać do końca. Kazał mi się spakować (wziąć ciuchy i inne potrzebne rzeczy na minimum 3 dni) i poprosił o adres. Nie wiedziałam co on kombinuje, bałam się z jednej strony, bo przecież znaliśmy się dosłownie chwilę. Powiedziałam rodzicom, że jadę ze znajomymi pod namioty (nadopiekuńczy staruszkowie woleli wiedzieć gdzie jestem i z kim), a znajomych poprosiłam o alibi w razie czego i poinformowałam o całej sytuacji. Kamil rano pojawił się pod moim blokiem, na szczęście rodzice byli już wtedy w pracy. Wziął ode mnie bagaż i poprosił żebym się nie denerwowała. Akurat! Ciężko było się nie denerwować, jadąc nie wiadomo gdzie z prawie obcym facetem. Podróż z przerwami na krótkie przystanki trwała dość długo. Na miejscu byliśmy około godziny 17-tej. Nie wiedziałam do końca gdzie, bo kiedy dojeżdżaliśmy Kamil kazał mi zamknąć oczy i nie podglądać. Kiedy wysiedliśmy z auta ktoś wziął nasze bagaże i zaprowadził do pokoju w dość dużym 2-piętrowym pensjonacie. Sądząc po nazwie „Biała mewa” musieliśmy być w jakiejś miejscowości nad morzem – tego się właśnie obawiałam. Weszliśmy do pokoju, a ja kładąc swoje bagaże na podłodze zapytałam:
– Powiesz mi o co chodzi i jak Ty to sobie wyobrażasz?
– Tylko spokojnie, przecież obiecałem Ci, że będziesz bezpieczna i nic Ci przy mnie nie grozi. – odpowiedział bez wahania chłopak.
– A kto za to wszystko zapłaci? Przecież wiesz, że jestem świeżo po studiach i dopiero szukam pracy!
– Wiem i o nic nie musisz się martwić. Zabrałem Cię tu z własnej woli, Ty się zgodziłaś, więc w końcu mi zaufaj. – poprosił, zawadiacko się przy tym uśmiechając.
Cieszyłam się tylko, że w pokoju są dwa łóżka, a nie jedno. Postanowiłam odświeżyć się po podróży, bo sympatyczny facet już coś kombinował. Pogoda tego dnia była piękna. Błękitne niebo, ani jednej chmurki i to słońce, które świeciło jakoś inaczej niż zawsze. Świeciło dla mnie.
Trochę zgłodniałam, więc Kamil spakował kilka rzeczy do podręcznej torby i zabrał mnie na kolację. Był bardzo miły. Czułam, że delikatnie ze mną flirtuje. Robił to w taki sposób, że miałam wrażenie, iż znamy się od lat.
– O czym myślisz? – jego słodki głos przerwał ciszę.
– Dziwnie się czuję… Pojawiasz się znikąd, akurat wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebuję. – odpowiedziałam całkiem poważnie.
Kamil musiał się zawstydzić, bo natychmiast spuścił wzrok i przez chwilę milczał. Widać było,
że nad czymś się zastanawia. Uśmiechnął się, ale tym razem inaczej niż zwykle i oznajmił:
– Cieszę się, że jesteśmy tu razem. Uwierz mi, że dawno się tak nie czułem…
Gdy zjedliśmy kolację postanowiliśmy wejść jeszcze na moment do sklepu. Kamil kupił butelkę dobrego wina i powiedział, że idziemy na plażę.

Słońce zdawało się być coraz niżej, a fale coraz spokojniej odbijały się od brzegu.
Mężczyzna moich marzeń wyciągnął z torby nieduży koc i rozłożył go na piasku. Usiedliśmy
i wpatrywaliśmy się w widok jak z obrazka. Białe mewy od czasu do czasu śmiały się z niczego. Delikatny wiatr bawił się ziarenkami piasku i pieścił spienione morskie fale. Słońce powoli zachodziło, jego kolor był teraz żółto-czerwony. Chłopak otworzył butelkę i jak z worka bez dna wyciągnął z torby dwa kieliszki. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem, a on tylko powiedział:
– No co? Przecież nie będziemy pili z gwinta.
Uśmiechnęłam się w duszy. Nigdy nie wyobrażałam sobie lepszej randki. Upojona nie wiem czy alkoholem, czy uczuciem, patrzyłam jak głupia w jego śliczne brązowe oczy. Nie wierzyłam
w miłość od pierwszego wejrzenia. Ale wtedy nic się nie liczyło. Słońce zachodziło stopniowo za horyzontem, a we mnie coś z każdą minutą rosło – nadzieja, radość, strach że mogę to wszystko stracić. Nawet nie zauważyłam kiedy Kamil delikatnie mnie objął. Siedzieliśmy tak długo, położyłam głowę na jego ramieniu. Minęło trochę czasu, kiedy nagle wpadł na szalony pomysł. Stwierdził, że zawsze chciał to zrobić. Tym razem byłam przerażona, bo dziwne myśli zaczęły mi krążyć po głowie.
– Umiesz pływać? – zapytał wtedy podekscytowany.
Jego pytanie całkiem mnie zaskoczyło, zwłaszcza że zrobiło się już ciemno, a na plaży było prawie pusto – tylko nieopodal w dyskotece bawili się ludzie, no i kilku szaleńców biegało brzegiem morza.
– Pływać umiem, ale na pewno nie o tej porze! – wrzasnęłam oburzona.
Kamil jakby nie słuchając odpowiedzi wziął mnie za rękę i poprowadził za sobą. Gdzieś po drodze porzuciłam japonki i stąpałam teraz ostrożnie po mokrym piasku. Pomimo późnej pory woda była ciepła. Chłopak ściągnął koszulkę i spodnie, zostawił ciuchy na brzegu i powoli wchodził do wody. Jego ciało w blasku księżyca wyglądało zjawiskowo, aczkolwiek poczułam się lekko zawstydzona. Kiedy był już do połowy zanurzony, zawołał do mnie żebym też weszła. Pomyślałam sobie:
„za żadne skarby świata”, po pierwsze nie byłam chyba aż tak szalona, a po drugie nie miałam zamiaru wejść do wody w samej bieliźnie. Kamil wrócił po mnie i powiedziałam mu co sądzę o tym pomyśle.
– Możesz wejść do wody w ciuchach, ale wtedy wszystko będziesz mieć mokre i będzie Ci zimno kiedy już się stąd zbierzemy. – wytłumaczył jak małemu dziecku.
Miał rację. Ale z drugiej strony… No cóż. W końcu mnie namówił. Wlazłam do wody, która naprawdę wydawała się ciepła. To wszystko było takie inne, szalone i fajne zarazem. Księżyc przeglądał się w morzu. Dookoła było na tyle ciemno, że człowiek mógł dostrzec tysiące gwiazd na niebie. Kamil podpłynął do mnie i stanął na przeciwko. W jego oczach było coś niezrozumiałego, jakaś tajemnica. Delikatnie odgarnął moje mokre włosy. Spojrzał pytająco, a ja jakby odpowiadając przysunęłam się bliżej. Pocałował mnie wtedy tak, jak nikt do tej pory, szeptając przy tym,
że jestem cudowna. Chyba nie śniłam o czymś takim. Albo śniłam i sen zbyt szybko się kończył.

Z Kamilem spędziłam kilka szalonych i romantycznych dni, z których pierwsza randka była moją najpiękniejszą randką w życiu. Po powrocie z nad morza spotykaliśmy się jeszcze kilka miesięcy. Były to cudowne chwile. Aż do 17-tego grudnia. Jak w każdy weekend, tak i w ten Kamil jechał do mnie na spotkanie.

Śnieg padał coraz mocniej. Zadzwonił do mnie około godziny 15-tej, że spóźni się, bo był wypadek i ulica jest zablokowana. Kiedy jednak zaczęło się robić późno, już wiedziałam że coś jest nie tak, że coś musiało się stać. Dopiero późnym wieczorem, kiedy próbowałam dodzwonić się do Kamila, dowiedziałam się, że 30 km od Częstochowy był kolejny wypadek. Pijany kierowca dużego auta dostawczego nie wyhamował na oblodzonej ulicy, wjechał w auto Kamila i zepchnął go przez jakieś barierki z trasy. Nie zdążyłam się z nim pożegnać, nie zdążyłam mu powiedzieć jak bardzo go kocham, bo zmarł w godzinę po przewiezieniu do szpitala. Miał 28 lat, a przed sobą całe życie
i plany, które chciał zrealizować.

Długo nie mogłam się pozbierać. Czułam jakby ktoś wyrwał mi serce. Tamtego wieczoru jeden człowiek zabił dwie osoby – jego i mnie, bo przecież on był częścią mojego życia… moją receptą na szczęście. Pamiętam do dziś, ile było w nim pozytywnej energii, ile ciepła i wrażliwości. Potrafiłam śmiać się z każdego żartu, słuchać z zaciekawieniem jego historii z dzieciństwa i bać się oglądając wspólnie horror, w nadziei, że zaraz mnie przytuli. Dzięki niemu nauczyłam się wielu rzeczy – przede wszystkim nauczyłam się żyć. Szkoda tylko, że z kropli szczęścia zrodziło się morze bólu, którego do dziś nie mogę przepłynąć. Każdego dnia staram się żyć na nowo, wymazać z pamięci tamte chwile, ale one wracają jak echo. I na usta ciśnie się tylko jedno krótkie przesłanie – „Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą…”

 

Autor: Kamila Ł.