O lataniu bez ograniczeń

Kiedy byłam mała miałam wiele marzeń… jak każde dziecko chyba. Koleżanki marzyły by być księżniczkami i w przyszłości znaleźć swego księcia. Koledzy chcieli mieć wielkie firmy, sportowe auto i dużo pieniędzy na koncie. A ja… zawsze marzyłam o lataniu. Wiadomo – dziecięca fantazja nie zna granic, jednak marzenia rówieśników były bardziej prawdopodobne, bardziej możliwe do zrealizowania. Moje marzenie spełniało się jednak tylko w snach… Tam mogłam latać, bez ograniczeń, bez strachu. Mimo wszystko czegoś mi brakowało. Brakowało mi tego w realnym życiu.

Pamiętam sytuację z drugiej klasy gimnazjum, kiedy wychowawczyni zapytała nas, jakie mamy marzenia i plany. Każdy opisał wtedy pragnienia prawdopodobne – jak na ten wiek – jedni chcieli być lekarzami, inni politykami, chcieli mieć rodzinę, dom z ogrodem i psa, skończyć dobrą szkołę, wyjechać w podróż… Kiedy ja powiedziałam o swoim marzeniu z dzieciństwa, że jest nadal aktualne, wszyscy zaczęli się śmiać. Nauczycielka stwierdziła, że jestem na to „za stara” i że powinnam zacząć myśleć poważnie o życiu. Poczułam się wtedy strasznie. Z dnia na dzień przestałam być dzieckiem i zderzyłam się z szarą rzeczywistością. O małym marzeniu zapomniałam, chowając je gdzieś na samym dnie mojej głowy. Skończyłam gimnazjum, skończyłam liceum, dostałam się na studia. W międzyczasie znalazłam pracę w firmie zajmującej się projektami graficznymi, co sprawiało mi dużą przyjemność. Mając jednak masę obowiązków, nauki, pracy, nie potrafiłam się odprężyć, zrelaksować. Chodziłam zestresowana, bałam się, że nie ze wszystkim sobie poradzę, że nie wszystko zdążę zrobić.

Pewnego dnia siedząc na uczelnianym korytarzu poznałam Zbyszka. Był inny niż reszta, jakby nie z tego świata. Od razu zaimponował mi swoją inteligencją i dość niecodziennymi zainteresowaniami. Jego hobby było OOBE, jak sam mówił – doświadczenia poza ciałem. Potrafił opowiadać godzinami o podróżach astralnych, a ja tylko zastanawiałam się, czy to jest możliwe? Nie wierzyłam w duchy, w inny świat, a moje marzenie o lataniu zostało przecież zduszone w zarodku, gdy miałam 15 lat. Pytałam znajomych, co sądzą na temat możliwości odłączenia duszy od ciała, ale traktowali mnie jak nawiedzoną i gasili zapał podobnie jak owa nauczycielka w gimnazjum. Postanowiłam jednak głębiej wnikną w temat, ponieważ ciekawość zżerała mnie od środka. Przewertowałam setki stron literatury, przeszukałam fora internetowe… Ludzie dzielili się na nich swoimi doświadczeniami, udzielali rad jakich technik stosować, by osiągną zamierzony efekt. Pomyślałam sobie wtedy, że Zbyszek wcale nie jest obłąkany. Mało tego! Był chyba jedyną osobą, która mogła mi pomóc w spełnieniu marzenia z dzieciństwa. Wydawało mi się to teraz bardziej realne niż kiedykolwiek. Poprosiłam go, żeby nauczył mnie opuszczać ciało, lecz od razu stwierdził, że nie jest to takie proste. Zaczęliśmy więc od rzeczy łatwych. Spotykaliśmy się codziennie, a Zbyszek po kolei uczył mnie technik relaksacyjnych, medytacji, odprężania się. Bardzo mi się to podobało, bo wpływało pozytywnie na samopoczucie. Powoli znikało zmęczenie, stres i ogólna niedyspozycja. Czułam się mniej senna, dawałam sobie świetnie radę z codziennymi obowiązkami. Jednocześnie cieszyłam się, że jestem coraz bliżej celu. Można powiedzieć, że piekłam dwie pieczenie na jednym ogniu.

Zanim pierwszy raz udało mi się opuścić ciało minęło pół roku. Zbyszek miał rację – to nie było proste, a w dodatku nie było też bezpieczne. Po drugiej stronie czyhało na człowieka (albo raczej na jego duszę) wiele zagrożeń.

Na szczęście dowiedziałam się jak sobie z tym radzić, komu w świecie „POZA” nie ufać i jak nie dać się wywieźć w pole. Z mojego „pierwszego razu” pamiętam jednak strach… Strach i przerażenie, senny paraliż, ciemność… coś, co musiałam nauczyć się kontrolować i przezwyciężać. Dziś jestem na etapie krótkich podróży astralnych, świadomych snów, dostrajania umysłu – jak to mawia mój przyjaciel. Latam. Latam naprawdę… nie tylko w snach i nie tylko nocą. Kiedy zaczynam się bać robię krótkie przerwy. Wracam jednak do tego często… bo to daje mi wolność i szczęście, a przede wszystkim uzależnia. Kiedyś myślałam i dałabym sobie wtedy rękę uciąć, że moje marzenie z dzieciństwa nigdy się nie spełni.

A jednak. Jedyne, co nas ogranicza w dążeniu do celu, to własny umysł, nic więcej. Jeżeli tylko jesteśmy w stanie uwierzyć, że możemy coś zrealizować, to tak też się stanie. Mam w planach opisanie ze szczegółami jednej takiej podróży astralnej i pewnie niebawem to uczynię. Tymczasem pamiętajcie – Marzenia się spełniają i nie można zapominać o tym nawet na chwilę.

 

Autor: Kamila Ł.