Kata Mlek – Zapomnij patrząc na słońce

Zazwyczaj swoje opinie piszę w dniu zamknięcia książki, aby wszystkie wydarzenia i emocje były we mnie maksymalnie świeże. Szczególnie, że bywają książki, które dość szybko ulatują z głowy. Są jednak takie, które zostają w nas całe życie. Od przeczytania „Zapomnij patrząc na słońce” minęło już parę dni, a ja wcale nie jestem bardziej gotowy do podsumowania moich wrażeń z tej lektury. Doszedłem jednak do wniosku, że nie będę zwlekał w nieskończoność i zmierzę się z tematem.

Wspomniana powieść Katy Mlek, oględnie mówiąc, przedstawia losy katowickiej rodziny, mieszkającej w szarym katowickim bloku, zlokalizowanym na szarym katowickim osiedlu. Mąż ma szarą pracę, żona jest bezrobotna więc ma szare, ale koloryzowane alkoholem dni, a ich córka przeżywa szare dzieciństwo. W trakcie trwania opowieści, rodzina powiększy się jeszcze o jednego człowieka, ale jego życie ciężko nawet nazwać szarym.

Na potrzeby analizy własnych emocji, podzieliłem sobie tą książkę na cztery etapy: ból, strata, nadzieja, otępienie. Trzeba jednak pamiętać, że etapy te płynnie się przenikają. Poniżej postaram się wyjaśnić znaczenie każdego z nich.

Ból – pierwsza, umowna część książki traktuje o codzienności wspomnianej rodziny. Jest bieda, alkohol i przemoc fizyczna oraz psychiczna. Dziś powiemy, że to rodzina patologiczna. Parę lat temu takie historie były całkiem powszechne. Albo inaczej… Książka wciąż jest i zawsze będzie aktualna. Wtedy i dziś tego typu rodzin jest zatrzęsienie. Obecnie jednak mało kto o tym wie, te rodziny doskonale się kryją. Co ciekawe, o ile kiedyś na tego typu zachowanie było głośne wręcz przyzwolenie, to dzisiaj zmieniło się tylko tyle, że przyzwolenie społeczne jest ciche. Przypuszczam, że w wielu przypadkach akcje społeczne przeciw przemocy w rodzinie są niespecjalnie skuteczne jednak wprowadziły do społeczeństwa coś na styl poczucia wstydu, więc mechanizmy tuszowania znacznie się rozwinęły.

Strata – tutaj mam duży problem, jak to ująć w słowa nie zdradzając fabuły książki. Autorka skutecznie uśmierca zarówno niektórych członków rodziny, jak ich bliskich znajomych oraz całkiem sporo postronnych osób. Co ciekawe Kata Mlek robi to, w niektórych przypadkach, za pomocą prawdziwych wydarzeń, które miały miejsce w Polsce (i nie tylko) na przestrzeni lat. Sytuacje te są kolejnymi cierniami w psychice bohaterów.

Nadzieja – jest taki moment w tej powieści, że sytuacja wydaje się opanowana. Pojawia się element optymizmu, nowe plany, względnie stabilna sytuacja życiowa i psychiczna. Trwają przygotowania do wyjścia na prostą. I gdy tylko człowiek zaczyna czuć ten powiew świeżego powietrza, autorka ponownie wpuszcza do historii ciężki, trujący gaz.

Otępienie – czy po tych wszystkich traumatycznych przeżyciach, bohater wyprostuje się i przy akompaniamencie patetycznej muzyki odzyska szczęście? Tak by było, gdybyśmy mieli do czynienia z amerykańską produkcją. W tym jednak przypadku psychika nie wytrzymała, powiedziała dość i przysiadła gdzieś pomiędzy jawą a snem.

A o co chodzi z tytułem? Cała historia nacechowana jest dużą ilością symbolizmu i przesądów. Przez całą książkę towarzyszy nam kruk – początkowo pojawiający się tylko w snach, później już, kiedy chce. Jak wiadomo kruk jest symbolem nadchodzących nieszczęśliwych wydarzeń, co doskonale wplata się w konwencję przyjętą przez autorkę. Kruk jest złośliwy, dziobiący i przebiegły. Kruk poza swoją kluczową rolą, którą jest ukazywanie przyszłych wydarzeń, według mnie jest też urzeczywistnieniem istoty obłędu. Może nie tyle samo zwierzę, co jego relacja z osobą, której się ukazuje.

Czas na parę słów podsumowania.

Miałem okazję zamienić parę zdań z autorką i jestem w szoku, że tak otwarta, miła i empatyczna osoba była w stanie napisać tekst, który jest emocjonalną bombą atomową. Pani Mlek potrafiła wzbudzić we mnie wręcz fizyczny ból podczas czytania tej książki. Podobna historia zdarzyła mi się tylko w przypadku „Dziewczyny z sąsiedztwa”, ale jednak Ameryka jest daleko i choćby przez to, człowiek łatwiej dystansuje się do pewnych kwestii…

Atmosfera w książce jest jak powietrze w moim Krakowie – wszystkie normy stężenia pyłów przekroczone. Człowiek nie ma czym oddychać, a autorka co chwilę zrzuca kolejne imadło na płuca psychiki czytelnika. Właściwie to nie wiadomo, czy w przypływie gniewu i bezsilności wyrzucić książkę przez okno, czy samemu przez nie wyskoczyć. Bardzo mocna i bardzo dobra pozycja. Ostrzegam tylko czytelników o słabszej psychice, że mogą mieć problemy z emocjonalnym udźwignięciem tej historii.
Każdy musi sam zdecydować czy zechce tą książkę przeczytać. Ja uważam, że to fantastyczny kawał literatury, ale emocje podczas czytania są tak silne, że polecanie jej komuś może być „niedźwiedzią przysługą”.

I jeszcze słówko do Pani Katy Mlek – podejrzewam, że to przeczyta. Bardzo, bardzo Pani dziękuję za rzetelne i dosadne przedstawienie sytuacji w niektórych polskich rodzinach. To wciąż ma miejsce! Jestem pod wrażeniem Pani odwagi w tym, że usadowiła Pani agresora w kobiecie. Wszystkie media trąbią o przemocy mężczyzn wobec kobiet i rodzin, a mało kto zdaje sobie sprawę że w drugą stronę to też działa i wg badań z każdym rokiem sadystycznych i sfrustrowanych Pań jest więcej. Warto o tym pamiętać, szczególnie że faceci się nie skarżą, więc wiedza o tym problemie jest minimalna.

Wciąż mam wrażenie, że napisałem za mało…

Ocena końcowa:
4.7
  • Pomysł
  • Język
  • Akcja
  • Emocje