Edednabrof

Część I

Podróż

 

1

 

Mikołaj odetchnął z ulgą kiedy ścienny zegar wskazał godzinę siedemnastą. Wreszcie do domu pomyślał. Schował wszystkie potrzebne dokumenty do topornego neseseru i żwawym krokiem ruszył ku drzwiom wyjściowym.

– Do widzenia Pani Agnieszko! Miłego weekendu! – krzyknął w kierunku młodej dziewczyny, która dopiero co zaczęła uczyć się podstaw panujących w firmie budowlanej. Dziewczyna wytrzeszczyła oczy z przerażenia, jednak szybko się zreflektowała i pomachała Mikołajowi na pożegnanie.

– Do widzenia. Życzę Panu udanego wypoczynku! – obdarzyła mężczyznę uroczym uśmiechem.

Ach te kobiety mruknął w głowie.

Na zewnątrz panował przyjemny chłód. Po ostatnich trzydziestostopniowych upałach, wiatr był bardzo kojący. Mężczyzna sięgnął do kieszeni spodni i wyjął z nich kluczyki do czarnego BMW X6 stojącego na parkingu. Pospiesznie wrzucił neseser na siedzenie pasażera i z piskiem opon odjechał spod firmy. Rozmyślał o minionym dniu. Jako prezes zarządu, a jednocześnie dyrektor filii w Krakowie, miał mnóstwo obowiązków. W jego trzydziestosiedmio letniej głowie kołatało się wiele spraw, zastanawiał się jakby mógł przekonać klienta, aby wybrał właśnie jego firmę a nie tej zakały Jankowskiego. Przecież to zwykły palant i oszust jest! Ja nie rozumiem co ten kretyn ma w sobie, że aż tak przyciąga klienta. Pewnie obiecuje cuda na patyku.

Aby oczyścić umysł włączył radio. Jak zwykle same smęty puszczają. Co za gówno.

Mężczyzna odłożył na bok czarne myśli i zaczął rozmyślać o wymarzonych wakacjach, które zbliżały się wielkimi krokami. Już jutro miał wybrać się na wyspę Nomad. Ten pomysł wydawał mu się idealny. Zero ludzi, zero hałasu. Tylko on i bezkresny ocean.

Droga do domu minęła mu o dziwo szybko. Żadnych korków, żadnego czerwonego światła na drodze, nawet żadnego pieszego na przejściach. Całe miasto jakby wymarło gdy ten opuścił zakład pracy. Mikołaj nacisnął odpowiedni guzik na pilocie, aby pobudzić do życia bramę automatyczną, która rozpostarła przed nim swe żelazne ramiona. Mężczyzna wdepnął gaz do dechy i koła potoczyły się po kostce brukowej. Zostawił wjechanie do garażu na później. Chęć szybkiego włączenia telewizora i napicia się kawy była silniejsza. Tak, Mikołaj miał w zwyczaju pić kawę po wejściu do firmy i do domu. Stało się to jego osobistą tradycją o której nikt, poza nim samym nie wiedział.

Wszedłszy do domu, rozbroił alarm wpisując unikatowy kod dostępu. Jego gosposia i ogrodnik mieli oddzielne kody, jednak nie rozbrajały systemu doszczętnie. Zazwyczaj działały kamery, aby Mikołaj w każdej chwili mógł mieć podgląd na to co wyprawiają pod jego nieobecność. Co prawda pomiędzy gosposią a ogrodnikiem nie było żadnej chemii i oboje byli lojalni swemu pracodawcy, ale jak to mówią strzeżonego Pan Bóg strzeże, a i przezornym warto być.

Mikołaj darował sobie ściąganie butów i prędko wszedł do kuchni aby zaparzyć mocną kawę. Aromat pobudzającego napoju rozniósł się po mieszkaniu wkradając się w najmniejsze zakamarki. Mężczyzna uwielbiał ten zapach i zawsze powtarzał, że gdyby powstały takie perfumy wykupiłby zapas na następnych dwadzieścia lat. Przelawszy kawę do swojego ulubionego czerwonego kubka, Mikołaj usiadł wygodnie na kanapie przed telewizorem i dopiero wtedy ściągnął buty, wpychając je niedbale pod stolik. Przed nim, na ekranie modelka z ogromnym biustem paradowała po wybiegu i prezentowała najnowszy trend – kolorowe kalosze.

– Też mi wynalazek. Moja babcia w takich gumiakach w polu robiła… – mruknął i przełączył na kanał który interesował go najbardziej – Manchester City i Manchester United walczyli o prym w mieście. Jego ulubiony piłkarz Wayne Rooney jak zwykle został niesprawiedliwie sfaulowany na korzyść przeciwnika i tylko dlatego Manchester United przegrywał mecz.

– W dupę słonia! – zaklął przez zaciśnięte zęby. Upił łyk czarnej jak smoła kawy. Nic dziwnego, że uchodził za lekko szurniętego. Kto „normalny” ogląda mecz piłki nożnej pijąc kawę zamiast piwa? Tak, to mógł być tylko Mikołaj Fabiański.

Mężczyzna miał pokrętny charakter i ciężko było mu dogodzić. Zawsze szukał dziury w całym i uważał, że cały naród spiskuje przeciw niemu. Kawa za słodka? To terroryzm na jego osobę! Zatłoczone ulice w godzinach szczytu? Siła wyższa chce, aby spóźnił się na spotkanie. Zgubiona skarpeta? Matka Ziemia zrobiła to celowo, aby wyszedł na kretyna przed nowo poznaną dziewczyną. Miał wiele przygód z kobietami, a i nie grzeszył urodą. Co prawda teraz jego brązowe włosy były poprzetykane białymi nitkami, ale przecież tutaj nie o fryzurę chodzi, prawda?

Jednym słowem cały świat sprzymierzył się by zrobić mu na złość.

Po skończonym meczu, mężczyzna wziął szybki prysznic i udał się powolnym krokiem w kierunku sypialni. Urządzał ją sam w przeciwieństwie do reszty domu, który był tylko i wyłącznie inwencją architekta. Sypialnia była w odcieniu szarości i turkusu. Na środku pomieszczenia znajdowało się olbrzymie łózko, które z łatwością mogłoby pomieścić czwórkę dorosłych ludzi, po lewej stronie wznosiła się masywna ciemna szafa z lustrem pośrodku, a pod łóżkiem Mikołaj położył dywan typu shaggy w kolorze szarym.

– Dobra, wypadałoby się spakować… – burknął do siebie i wyjął z szafy ogromną walizkę. Wszystkie potrzebne rzeczy segregował już od tygodnia. Doskonale to przemyślał, aby nie tracić czasu. Zwinnym ruchem wziął kilka par krótkich spodenek oraz kilka podkoszulków i włożył do wnętrza walizki. Później spakował kosmetyki i buty. Po chwili namysłu stwierdził, ze weźmie jedną parę długich spodni oraz sweter. Przecież nigdy nie wiadomo czy rzeczywiście pogoda będzie cały czas taka piękna, prawda?

– Ok, chyba mam wszystko. Mogę coś poczytać… – usiadł na łóżku i sięgnął po książkę Dana Browna zatytułowaną „Kod Leonarda DaVinci” leżącą na podłodze. Wyjął z niej zakładkę i pogrążył się w lekturze. Nim się obejrzał, książka wypadła mu z rąk, a on pogrążył się w głębokim śnie.

 

2

 

            – Ogólny model psychoterapii powstał na podstawie analizy około tysiąca stu wyników badań dotyczących… – profesor referował przygotowany materiał na zajęcia dotyczące psychoterapii.

Aula była wyposażona w rzutnik, dzięki czemu studenci mogli przepisywać to co wyświetlało się tuż pod ich nosem. Profesor zastanawiał się czasami, czy studenci w ogóle myślą o tym co przepisują. Chciał zrobić taki eksperyment w którym napisze jakąś brednię, następnie poprosi kogoś z sali, aby przeczytał notatki i voilà! Wówczas wyszłoby szydło z worka. Nie chciał jednak ryzykować. Kto wie na jakiego cwaniaka by trafił. Później mogłoby się to dla niego źle skończyć, zwłaszcza, że rektor był cholerykiem.

Chrystusie, co za nudy. Cholera, co ja tutaj robię… Blondynka kreśliła serduszka w zeszycie, coraz bardziej podtrzymując głowę, aby ta nie spadła jej na ławkę. Jeszcze tylko dwadzieścia minut… Wytrzymam. Lamentowała w myślach. Jej błękitne oczy lustrowały otoczenie. Była wysoką dziewczyną, dlatego też miała idealny pogląd na wszystkich zebranych studentów. Nie zauważyła jednak nikogo z kogo można by pożartować. Stwierdziła, że wejdzie na Facebooka, może tam będzie dostępna jedna z jej licznych psiapsiół z którymi nawiąże zawziętą konwersację na temat najnowszych trendów i kosmetyków opatrzone mianem „must have”. Już miała sięgnąć po IPhone ’a, gdy poczuła szturchnięcie po swojej prawej.

– Psst! Sandra! Ale jestem podekscytowana – wyszeptała konspiracyjnie Gabriela.

– Zamknij się idiotko bo jeszcze ktoś usłyszy! – ofuknęła ją blondynka, ale Gabryśka nie przejęła się tym zbytnio.

– Och, no dajże spokój! Już ci się nie podoba ten pomysł? – nie potrafiła zrozumieć, dlaczego jej najlepsza przyjaciółka nie cieszy się z wyjazdu, który bądź co bądź sama zorganizowała, ponieważ jak twierdziła uśmiechnęło się do niej szczęście i bilety spadły jej dosłownie z nieba.

Sandra rzuciła gniewne spojrzenie przyjaciółce jakby dowiedziała się, że przespała się z ekstra ciachem i nie powiedziała jej o tym, co uważała za zdradę najwyższej rangi. Gabryśka wzruszyła lekko wielkimi ramionami i wyszczerzyła się ukazując rząd śnieżnobiałych zębów, co przy jej okrągłej jak księżyc w pełni twarzy było wręcz urocze. Jej gruba dłoń zapełniała kartki papieru jakimiś bohomazami, które w przybliżeniu prawdopodobnie okażą się pomocnymi notatkami.

– Mili państwo, na tym zakończymy. Proszę przynieść za dwa tygodnie eseje na wybrany temat, który poruszaliśmy na zajęciach. – po tych słowach studenci ożyli. Wstąpiło w nich nowe życie, poczucie wolności. Wszyscy zaczęli chować zeszyty i długopisy. Jedni wymieniali się spostrzeżeniami na temat przedmiotu, inni zaś (m.in. Sandra i Gabriela) byli już w zupełnie innym świecie. Studia zaoczne miały swoje plusy i minusy. Co dwa tygodnie należało stawiać się na zajęciach, jednak cały tydzień (o ile się nie pracowało) był wolny i można go było poświęcić na co tylko się chciało. Imprezy, kino, galerie handlowe. Wszystko byleby nie myśleć o zaliczeniach i sesjach.

Gabriela podniosła opornie swój wielki tyłek z krzesła i zaświergoliła:

– Nie mogę się doczekać! Chwała Bogu, że urwiemy się z tych głupich zajęć. Perspektywa chodzenia na uczelnię w soboty mnie przeraża…

– To po kiego grzyba chciałaś iść na zaoczne?

– No jak to?! Dzięki temu mam wolny tydzień! Starzy kładą na mnie kasę, a ja mam się tylko dobrze uczyć! – posłała koleżance wymowne spojrzenie. Sandra przewróciła oczami.

Dziewczyny pomimo dzielących ich różnic charakteru przyjaźniły się od pięciu lat. Poznały się w (o zgrozo!) galerii handlowej, ponieważ chciały kupić tę samą sukienkę i pech chciał, że nie było ani rozmiaru S, ani XXL. Oburzone dziewczyny wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, które zrozumieć mogą jedynie kobiety. Wywiązała się między nimi pełna emocji dyskusja na temat dyskryminacji bardzo szczupłych i nieco większych kobiet i właśnie wtedy postanowiły pójść na kawę. Od tamtej pory ich życie wywróciło się do góry nogami. Stwierdziły, że są swoimi przeciwieństwami, ale mają ze sobą wiele wspólnego. Co z tego, że Sandra jako wysoka blondynka o błękitnych oczach miała duże powodzenie u płci przeciwnej, a Gabriela zaś tuszą przypominała małe słoniątko. W niczym jej to nie przeszkadzało. Stosowała wiele diet; począwszy od „Jutro przechodzę na dietę” przez „1200 kalorii plus jeden owoc”, skończywszy na „Jeszcze jedno ciastko i zaczynam ćwiczyć”.

Dziewczyny w każdej chwili mogły na siebie liczyć, wszędzie chodziły razem, nawet postanowiły zamieszkać ze sobą i wybrać ten sam kierunek studiów – psychologię. Wiele osób odradzało im ten pomysł, no bo pracy nie będzie, bo to głupie i nudne, ale obie się uparły i powiedziały sobie, że pokażą tym niedowiarkom, iż sobie poradzą. Od tamtej chwili minęły trzy lata, a dziewczyny nadal nie wiedziały jak ten plan zrealizować, gdyż nie interesowała ich ani psychologia kliniczna, ani sądowa, ani biznesu, ani inne odłamy tej dziedziny.

Ruszyły wolnym krokiem w kierunku przystanku autobusowego.

– Gabryśka, powinnyśmy zrobić prawko. Zobacz! Najbliższy autobus jest za 10min! – zrezygnowanym tonem rzuciła Sandra, opadając ciężko na ławkę.

– Wyluzuj się. Masz zajaraj! – Gabriela wyciągnęła z torebki paczkę mentolowych papierosów i poczęstowała koleżankę. – Już dawno powinnam rzucić to cholerstwo, ale jakoś tak… Zabijam nimi czas!

– Mhm i siebie przy okazji… – Sandra sięgnęła po papierosa i wyciągnęła długą szyję do stojącej nad nią przyjaciółki, aby ta mogła jej odpalić końcówkę papierosa. Wypuściła dym z ust i od razu się odprężyła.

Dziewczyny, jak to dziewczyny zaczęły plotkować i przy okazji obgadywać wszystkich kogo tylko znały. Baśka schudła, ale wygląda jak szczur; Michałowi wylazł ogromny pryszcz na nosie, zatem nie mają zielonego pojęcia jak on może całować się z tą swoją laską, której imienia nie pamiętają; Anka jest dziwna bo czyta książki a Natalia sypia z kim popadnie. Sandra zaniosła się śmiechem, Gabriela zawtórowała jej. Przyjemny wiaterek rozwiewał ich starannie uczesane włosy. Dopalając papierosy zauważyły, że na przystanek podjeżdża ich autobus. Wsiadły do pojazdu i znów zaczęły obgadywać, tym razem ludzi towarzyszących im w podróży.

Dwupokojowe mieszkanie, które wynajmowały było schludne acz surowe. Białe błyszczące meble w salonie aż biły po oczach.

Dziewczyny rzuciły torebki na ziemię i każda pobiegła do swojego pokoju, aby dokończyć pakowanie i wytaszczyć ogromne torby. Pakowały się dobrze znaną im metodą zwaną: „byleby się zmieściło”.

– Kuźwa Gabryśka, jakie to pieroństwo jest ciężkie! – sapała Sandra wlekąc za sobą wielką różową walizkę – A wzięłam tylko najpotrzebniejsze rzeczy!

– Myślisz, że moja jest lekka? Ledwo się zapięła! – Gabriela spojrzała na koleżankę i obie niemal jednocześnie wybuchły śmiechem. Stwierdziły, że zanim pójdą spać, zjedzą niedużą kolację. Następnie każda wzięła szybki prysznic i skierowała się do łóżka.

Sandra długo nie mogła zasnąć. Miała dziwne uczucie, że o czymś zapomniała, coś jej umyka. Jednak zaraz jej myśli wypełniły się wizją błękitnego nieba, piasku oraz oceanu.

Zamknęła oczy i zatopiła się w krainie marzeń.

 

3

 

Patryk stanął w progu mieszkania jak wryty. Z czterdziesto dwu calowego telewizora dochodziły przytłumione głosy. Tak! Jeszcze trochę! Wiem, że potrafisz! Dokładnie o tym mówię! Chłopak otwarł szeroko oczy, ponieważ doszły go również dźwięki jakby posapywania. Jego myśli wypełniły się najczarniejszym scenariuszem. Jego ukochana ogląda porno, zdradza go. Co za bezczelna dziewucha! On haruje jak wół, żeby miała kasę na swoje wydatki, kosmetyki, ciuchy i Bóg wie co jeszcze za badziewie, a ona zabawia się z jakimś fagasem! To zrządzenie losu, że szef akurat wypuścił go wcześniej do domu, dzięki temu w końcu mógł dowiedzieć się prawdy o swojej narzeczonej.

Nie czekając długo, zatrzasnął za sobą drzwi i wpadł do salonu.

– Marcela! Co tu… – to co ujrzał przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Oparł się o framugę drzwi i zaczął się śmiać sam z siebie. Śmiał się do tego stopnia, że łzy mimowolnie pociekły mu z oczu. Oparł dłonie o kolana i zgiął się w pół.  Jego narzeczona zastygła jak posąg w pozie która powinna przypominać wykrok, ale w jej wykonaniu wyglądało to raczej jakby coś strzeliło jej w kolanie i za cholerę nie chciało się wyprostować.

– Patryk?! Co tu robisz tak wcześnie?! Ja… Cholera, czemu się śmiejesz?!

– Jak Ci powiem sama się będziesz śmiać… Myślałem, że oglądasz film dla dorosłych, a ty zwyczajnie sobie ćwiczysz! – chłopak nie mógł powstrzymać śmiechu. Ogarnął się jednak i podszedł do narzeczonej, następnie ucałował ją czuje w policzek.

– To wcale nie jest śmieszne! – Marcelina była bliska płaczu. Nie chciała, aby jej przyszły mąż widział ją w starych dresach, ociekającą potem i w dodatku brzydko pachnącą. Od jakiegoś czasu trenowała w tajemnicy przed nim. Sama nie wiedziała dlaczego nie wyjawiła tej małej tajemnicy narzeczonemu. Może właśnie dlatego, aby uniknąć takiej kompromitującej sytuacji w której pot spływał z jej czoła strumieniami. Chciała pozbyć się kilku zbędnych kilogramów, które jej przeszkadzały, a których nikt poza nią nie widział. Była niską dziewczyną o kasztanowych kręconych włosach, których szczerze nienawidziła. Nie wiedziała co ludzie widzą w kudłach, które przypominały napuszonego pudla. Codziennie rano wstawała godzinę wcześniej, aby je starannie wyprostować. Teraz kosmyki wypadły jej z spiętego gumką koka, i zalały jej twarz poskręcanymi, mokrymi falami.

– Daj spokój. Jesteś piękna. Jarasz mnie taka spocona… – kokieteryjnie powiedział Patryk i namiętnie pocałował ją w usta. Dziewczyna jednak wyrwała mu się i lekko uderzyła go w ramię.

– Jesteś niepoważny… – Marcelina podeszła do telewizora i wcisnęła przycisk odcinając zasilanie, ucinając przy okazji wypowiedź trenera motywującego swoich podopiecznych.

– Chodź skarbie, mam dla ciebie niespodziankę – Patryk zignorował focha narzeczonej i pociągnął ją na kanapę gdzie posadził sobie na kolanach. – Jak wiesz, niebawem zbliża się nasza trzecia rocznica i właśnie z tego powodu… – chłopak sięgnął ręką do plecaka – zdobyłem to! – zamachał dziewczynie dwoma kartonikami papieru przed nosem.

– Co to? – spytała zaciekawiona. W jednej sekundzie jej zachmurzoną, gradową twarz pokrył pogodny i pełen ciepła uśmiech.

– Podróż naszego życia… – podał dziewczynie kawałek papieru, który okazał się biletem na wyspę Nomad. Marcelina zaniemówiła. – Cieszysz się?

– Tak! Patryk to najwspanialszy prezent jaki dostałam! Ale zaraz… Kochanie, jak to zdobyłeś go? – uniosła zawadiacko brew i czekała na wyjaśnienia.

– Ach… Szedłem sobie ulicą, gdy nagle pod moimi stopami wylądował kawałek papieru. Niby nic, ale coś kazało mi go podnieść. Zobaczyłem obrazek cudownej wyspy i stwierdziłem, że to jest to! – opowiadał dumny jak paw – Na ulotce widniał napis… Coś, że jak chcesz wybrać się na wakacje życia, to musisz zadzwonić i odpowiedzieć na jakieś durne pytanie. Zadzwoniłem no i jest. Na całe dwa tygodnie wyspa należy tylko do nas! – chłopak delikatnie pocałował Marcelinę w szyję.

– Jakie pytanie? I jak to wyspa należy do nas?

– Takie banalne, które znałem z podstawówki! Coś tam, że jest silniejsze od Boga, straszniejsze od Diabła, że biedni tego nie mają, a szczęśliwi potrzebują… Jak to zjesz to umrzesz czy jakoś tak. No banalne! Przecież wiadomo, że to „nic”… A koleś gadał, że tylko nieliczni dostają się na tę wyspę i póki co jesteśmy tylko my i nie zanosi się na to, że coś się zmieni.

– Mój ty mądralo… – Marcelina wpiła się w usta Patryka  – Musimy się spakować! Przecież wyjazd jest jutro!

– Zdążymy, najpierw zrobimy coś równie przyjemnego…

 

4

 

Sfatygowany Ford pędził autostradą pożerając kolejne kilometry. W samochodzie nie panowała jednak sielanka, a wszystko przez to, że…

– Czy my zawsze musimy być spóźnieni?! To wszystko wasza wina kretyni! Trzeba było wstać wcześniej! Nienawidzę was! – Amelia była bliska łez. Irytacja sięgała górnej granicy i była o krok, aby ją przekroczyć. Dziewczyna desperacko podświetlała ekran telefonu, aby upewnić się która jest godzina. Do wylotu zostało im nie całe piętnaście minut.

– Zamknij się wariatko. Robię co mogę! – wysapał Adrian i jeszcze bardziej docisnął pedał gazu. Samochód krztusił się lekko, ale w ostatniej chwili zrehabilitował siły i dał z siebie wszystko, jakby od niego zależało życie pasażerów.

Podczas ostrej wymiany zdań, odezwał się głos rozsądku, który należał do chłopaka – najstarszego z rodzeństwa:

– Ludzie, nie kłóćcie się. Mamy jeszcze trochę czasu. Zdążymy. – Arkadiusz wygodniej ułożył się w fotelu i przeniósł wzrok na mijany krajobraz. Nie chciał jechać, ale… Jakby to powiedzieć, został zmuszony. Niedawno dowiedział się, że jego dziewczyna puściła go kantem z jakimś chłystkiem młodszym od niej o dobre pięć lat. Zabolało go to. Jego męska duma została urażona. Dusza rozpadła się na miliony kawałków. Kochał tę dziwkę miłością szczerą, a ona… Nie doceniała go. Nawet teraz gdy ból rozrywał go od środka był pewien, że gdyby zadzwoniła i prosiła o wybaczenie to pewnie by jej wybaczył. Przekonywał się jednak, że nie może tego zrobić. Nie może jej dać satysfakcji. Musi być silny.

Amelia zerknęła subtelnie w lusterko wsteczne i ujrzała zatroskaną twarz brata. Współczuła mu z całego serca, chociaż od razu gdy zobaczyła tą pożalsięboże Paulinę powiedziała mu, że będzie przez nią cierpiał. Ale on zawsze był mądrzejszy, no to teraz ma.

Chwała Bogu, że pewnego dnia idąc na zakupy, wstąpiła do kolektury i postawiła całe pięć złotych na zdrapkę. Okazało się, że wygrała bilet na wyspę, jedynym warunkiem było odpowiedzieć na zadane pytanie, które okazało się niezwykle łatwe, ponieważ w dzieciństwie uwielbiała zagadki.

Arkadiusz zauważył, że krajobraz zaczął się zmieniać. Zamiast drzew, które okalały autostradę, zaczęły przed nimi wyrastać najpierw pojedyncze budynki, zaraz jednak coraz gęstsze zabudowania. To znak, że lotnisko było już niedaleko.

 

5

 

Gmach lotniska był prostą konstrukcją, składającą się z licznych wejść. Przed budynkiem znajdował się parking przeznaczony dla osób, które chciały pozostawić tam swój samochód. Mikołaj wjechał na wskazane mu przez znak miejsce i znalazł wolne stanowisko. Zaparkował czarne BMW, upewniając się trzykrotnie czy wszystko zabrał oraz czy auto zostało prawidłowo zabezpieczone. Następnie, ciągnąc za sobą (równie czarną jak jego samochód) walizkę na kółkach powędrował ku najbliższemu wejściu.

Mikołaj, nienawidził takich obiektów. Gdzieby nie spojrzał tam widział tłum ludzi. Wszystkie wejścia były obstawione i ledwo przecisnął się do środka. Kultura nakazywała mu przepuszczać każdego, lecz zdrowy rozsądek miał to w głębokim poważaniu i kazał pchać się na chama.

Kurwa ile ludzi nasrało! Co oni tu do cholery robią? Zaraz, gdzie ja to… Aaa!

Jego wzrok padł na terminal, który opatrzony był napisem: WYSPA NOMAD. Kolejki praktycznie tam nie było, nie licząc dwóch dziewczyn. Mikołaj był nieco zdziwiony ponieważ był pewien, że sam będzie gościem wyspy – tak zapewniał go mężczyzna z którym rozmawiał przez telefon. Później jednak, doszedł do wniosku, że być może te dziewczyny to taka specjalna atrakcja tylko i wyłącznie dla niego. W głowie już fantazjował na temat wspólnych igraszek, kąpieli w oceanie przy wtórze zachodzącego słońca… Chociaż ta jedna dziewczyna jakaś taka gruba była zatem…

– Ej koleś, posuń się!

Usłyszał zniecierpliwiony głos za swoimi plecami. Wzdrygnął się automatycznie i prawie, że krzyknął ze strachu.

– Przepraszam, bar… – zaczął, ale mężczyzna uciął mu w pół zdania

– Nie, no nie gniewam się, tylko rusz dupę, bo się spóźnię, a moja siostra jest bardzo nerwowa i nie chcę…

– Czy ty możesz już się zamknąć?! Pomóż mi do cholery wnieść ten bagaż!

Mikołaj wpadł w chwilowy stan katatonii. Nie miał zielonego pojęcia kim są i co robią tutaj ci ludzie. Przecież miał być sam, a jak widać okazuje się, że będzie musiał użerać się z tymi półgłówkami przez cały lot. Tłumaczył sobie, że być może oni lecą tylko na najbliższe lotnisko.

– Jak ci opowiem dowcip to ci dosłownie cycki opadną. A nie… Widzę że już go znasz – Adrian z przekąsem rzucił w stronę Amelii i bez słowa zabrał jej walizkę. Dziewczyna otwarła usta z wrażenia chcąc zripostować, ale głos jej zamarł. Owszem, miała mały biust, który był zupełnie niewidoczny, ale to nie oznaczało, że go nie miała.

Podczas wymiany zdań między rodzeństwem, z głośników wydobył się uprzejmy damski głos poprzedzony charakterystycznym dźwiękiem obwieszczającym nadchodzący komunikat:

            Pasażerowie lotu 865 na wyspę Nomad proszeni są o udanie się do bramki numer 5.

Mikołaj otrząsnął się szybko i zgodnie z instrukcją ruszył w stronę bramki, ustawiając się za rodzeństwem, które bez pardonu wepchnęło się przed niego. Już miał coś powiedzieć, ale doszedł do wniosku, że nie będzie marnował czasu.

Gdy przyszła jego kolej, podał swój bilet kobiecie, która je sprawdzała. Wrzucił bagaż na taśmę i odebrał go po przejściu przez bramkę. Przez ułamek sekundy miał wrażenie, że bramka zacznie wyć i narobi sobie wstydu, jednakże nic takiego nie miało miejsca.

 

6

 

– Ty patrz! Macają się! – pisnęła Gabryśka. Wchodząc do samolotu wszystkiemu dokładnie się przyjrzała ponieważ nigdy nie podróżowała tego rodzaju środkiem transportu. Sandrze było wstyd za przyjaciółkę, nawet dala jej do zrozumienia, że zachowuje się jak idiotka, ale Gabryśka, jak to Gabryśka olała ją i robiła swoje.

Sandra kręcąc ponętnie biodrami ruszyła ku wyznaczonym wcześniej miejscom, obrzucając przy tym z wyższością dziewczynę o kasztanowych włosach. Gabriela ze względu na swoje gabaryty wykazała się kompletną niesubordynacją. Musiała iść bokiem, dodatkowo jej tuszę powiększała torebka którą ze sobą taszczyła. Na prośbę stewardessy, aby zostawiła ją wraz z bagażem, dziewczyna obrzuciła ją pochmurnym spojrzeniem krzycząc, że ta „ślicznotka” kosztowała kupę kasy i nie ma zamiaru jej zostawiać ponieważ to wręcz niehumanitarne.

Marcelina przeklinała w myślach swój lęk wysokości przez który nie mogła siedzieć przy oknie i przez który teraz jej policzka prawie dotykał wielki zad Gabryśki, powodując wzbierający w niej lęk, iż tyłek zaraz ożyje i pożre ją żywcem.

Kiedy w końcu pulchna dziewczyna wygodnie usiadła na miękkim fotelu, na pokład samolotu weszli pozostali pasażerowie.

Adrian niczym orangutan pędził ku wybranemu miejscu, co spotkało się z niezadowoleniem rodzeństwa. Wszędzie gdzie i Adrian tam i kłopoty. Modlili się w duszy, aby tylko nie wymyślił czegoś co skompromituje ich nazwisko, choć samo nazwisko było już nieco kompromitujące (szczególnie dla panów).

Arkadiusz jako gentelman puścił przodem swoją siostrę, Amelia zaś doszła do wniosku, że ma dość wszystkich i postanowiła usiąść sama. Miała duże pole do popisu ponieważ jak się później okazało w całym samolocie była tylko ich ósemka, zatem mogli wybierać i zmieniać siedzenie kiedy im się spodoba.

Wzrok Arkadiusza od razu padł na piękną blondynkę, która energicznie pisała coś na telefonie.

– Witam moje piękne panie. Nazywam się Arkadiusz Jelonek i prawdopodobnie spędzimy razem tę fascynującą podróż – uśmiechnął się dziarsko i oparł rękę o oparcie fotela – tamten idiota to mój młodszy brat Adrian. Ma dwadzieścia osiem lat, a zachowuje się jak nastolatek. Tamta smukła dziewczyna o rudych włosach, które na marginesie nie są naturalne, to Amelia, moja siostra.

Gabriela obrzuciła chłopaka szybkim spojrzeniem i szturchnęła przyjaciółkę pochłoniętą pisaniem komentarza do zdjęcia które zrobiła sobie minutę wcześniej.

– Sandra patrz jaki przystojny Bambi!

– Co przystojne? – Sandra podniosła wzrok na chłopaka. Analizowała jego twarz dłużej niż powinna. Zapamiętała każdy szczegół. Czarne włosy, ciemne oczy, nieco za duży nos i ten uśmiech… – Cześć! Sandra jestem, a to moja durna przyjaciółka Gabryśka. Przyzwyczaisz się do niej, ona już tak ma. – wyciągnęła swą chudą dłoń i podała ją chłopakowi. Ten uścisnął ją lekko.

– Nie wątpię Sandro – puścił dziewczynie oczko, następnie przywitał się z Gabrielą. Czynność tę wykonał ponownie względem Patryka i Marceliny. Odwrócił się chcąc przedstawić się również Mikołajowi, ale ten siedział już z samego tyłu i pogrążył się w lekturze. Arkadiusz wzruszył lekko ramionami i podszedł do Adriana.

– No bracie. Czeka nas fantastyczny lot!

Po zajęciu przez wszystkich miejsc, stewardessa poinstruowała ich krótko na temat bezpieczeństwa, upominając, że nie mogą korzystać z telefonów, dopóki nie usłyszą odpowiedniego komunikatu. Następnie poprosiła o zapięcie pasów.

Samolot odpalił silniki i wzniósł się w górę sięgając chmur.

 

7

 

Lot miał trwać dwie godziny. Pasażerowie zostali poinformowani o tym, że wylądują na lotnisku, z którego zostaną przetransportowani do portu, a stamtąd już prosto na wyspę.

Atmosfera na początku była nieco napięta, ponieważ każdy uważał, że będzie sam. Szybko jednak pogodzili się z faktem, że będą na siebie skazani i postanowili się poznać. W końcu lepiej wiedzieć z kim będzie się mieszkało dwa tygodnie.

Każdy z osobna opowiadał coś o sobie. O swoich zainteresowaniach, o tym co robią, gdzie pracują czy gdzie się uczą. Patryk prędko nawiązał kontakt z Arkadiuszem oraz Mikołajem. Mężczyźni bowiem pracowali w tej samej branży, jednak każdy wykonywał coś innego. Mikołaj dawał swoim młodszym kolegom rady o tym jak się wybić w firmie. Amelia polubiła Marcelinę. Wymieniły się nawet numerami telefonów, aby po wakacjach się spotkać i poplotkować. Adrian zaś nawiązał z Sandrą i Gabrielą żwawą dyskusję dotyczącą wysokich szpilek. Zawsze interesowało go to jak dziewczyny mogą w nich chodzić.

Po rudzie „dwudziestu pytań do…” Mikołaj pogrążył się w swoich myślach, ponieważ zaintrygowało go w jaki sposób pozostali pasażerowie otrzymali swoje bilety.

– Ja dostałam nim dosłownie w łeb! – wyrwała się Sandra – Szłam sobie na przystanek autobusowy, musiałam zejść do przejścia podziemnego i wyobraźcie sobie! Schodzę, a tu chlast! Na nosie zatrzymała mi się ulotka! Byłam wściekła jak osa, ale gdy tylko przeczytałam i zadzwoniłam na podany numer, od razu humor mi się poprawił na resztę dnia! Odpowiedziałam na zagadkę i wygrałam dwa bilety – założyła ręce na piersi i pełnym napięcia wzrokiem patrzyła na twarze zebranych, jakby czekała na oklaski.

– W moim przypadku to było tak, że… Dostałem ulotkę do skrzynki. Tylko się zdziwiłem ponieważ, facet z którym rozmawiałem zapewniał, że będę sam, a tu… Taka niespodzianka. Też musiałem odpowiedzieć na zagadkę, jednak wygrałem tylko jeden bilet. – perorował Mikołaj

Po jego zwierzeniach przyszła kolej na Amelię, która zawzięcie opowiadała jak to poszła do kolektury i wydała na zdrapkę pięć złotych, po czym okazało się, że zdobyła trzy bilety. Następnie Patryk podkoloryzował nieco swoją opowieść, aby była bardziej „spoko”, przez co wyszło, że swojej „wejściówki” nie znalazł na ulicy, a dostał od szefa.

Ogólnie rzecz ujmując, każdy zamienił ze sobą kilka zdań. Doszli do wniosku, że będą się razem świetnie bawić, a kto wie? Może po tych wakacjach przyjdą kolejne?

Podróż skończyła się zdecydowanie za szybko, jednak nikt nie rozpaczał z tego powodu. Czekała ich przecież jeszcze wyprawa jachtem co wydawało się o wiele bardziej ekscytujące.

Po opuszczeniu samolotu i zabraniu wszystkich bagaży, wsiedli do limuzyny która została specjalnie dla nich wynajęta. Walizki ledwo co weszły do bagażnika.

W samochodzie czekał na nich szampan. Dziewczyny nie próżnowały i od razu rozlały wszystkim dookoła. Sandra z Marceliną chichotały jak nastolatki. Okazało się bowiem, że obie marzyły o podróży takim ekskluzywnym samochodem. Chłopcy zaś, podziwiali dziewczyny i śmiali się razem z nimi (albo z nich). Szybko mijali kolejne uliczki, a po upływie piętnastu minut byli już na miejscu.

Dojechawszy do portu, ujrzeli przed sobą olbrzymi jacht. Gabriela zaniemówiła z wrażenia do tego stopnia, że upuściła swoją walizkę. Na odsiecz nie musiała długo czekać. Arkadiusz rzucił się na bagaż, jakby ujrzał na ziemi banknot o możliwie największym nominale.

– Dzięki Bambi – puściła do niego oczko i powędrowała przed siebie, gdzie kapitan statku czekał oparty o belkę.

– Cholera, zajarałbym jeszcze przed rejsem…. – rzucił pod nosem Adrian, ale nie na tyle cicho by nikt go nie usłyszał.

Gabriela momentalnie odwróciła się na pięcie.

– Też bym zajarała! Panie kapitan! Proszę czekać! My tylko puścimy dymka…

Kapitan pokręcił z rezygnacją głową, ale cóż chłop miał zrobić? W końcu za to mu płacą. Jego matka zawsze powtarzała, że grunt to cierpliwość do klienta.

Gdy Adrian i Gabriela wypuścili z ust pierwszy kłąb dymu, zaraz na papierosa miała ochotę Sandra, a za nią zaś Patryk. Summa summarum cała czwórka delektowała się dymem, podczas gdy reszta pasażerów weszła na statek.

Kapitan okazał się bardzo jowialnym acz surowym człowiekiem. Od razu kazał im się rozgościć, chociaż ostrzegł, że będą płynąć tylko parę godziny zatem długo tutaj nie pobędą.

Marcelina i Amelia zostawiły w kącie swoje bagaże i ruszyły na dziób statku, skąd podziwiały bezkresny ocean. Starały się wytężyć wzrok, aby coś ujrzeć, ale niczego prócz kilku żaglówek nie dostrzegły.

Zaraz do nich dołączyli chłopcy – Arkadiusz i Mikołaj. Bez słowa wpatrywali się w taflę wody snując w głowach marzenia. Po upływie kilku minut cała ósemka była w komplecie.

– Czas ruszać w drogę! – rzucił kapitan, wyciągając kotwicę i sprawnie odcumowując jacht, który powoli zaczął oddalać się od portu.

 

8

 

Dzień był upalny. W cieniu termometry wskazywały dwadzieścia siedem stopni.

Dziewczyny korzystając z świetnej okazji postanowiły przebrać się w stroje kąpielowe co spotkało się z aprobatą panów. Jedyną osobą, która się nie cieszyła była Marcelina. Miała kompleksy na punkcie swojego ciała, ale po namowie nowych koleżanek, a zwłaszcza Gabrieli, która nie przejmując się swoją tuszą ledwo wcisnęła się w bikini, postanowiła przezwyciężyć wewnętrzną barierę. Patryk był zachwycony. Zauważył, że narzeczona świetnie dogaduje się z dziewczynami. Bał się o jej zachowanie od chwili gdy zobaczył, że nie będą sami. Marcelina miała problemy z afiliacją, wręcz bała się ludzi. Bała się ich osądów co było bezsensowne, ponieważ była naprawdę ładną i mądrą dziewczyną.

Chłopcy podziwiali ocean. Niby nic, a jednak nie spotyka się tego na co dzień. Pogrążyli się w rozmowach na – jak to określiła Amelia – męskie tematy, które rozpoczynały się od sportu, a kończyły naprzemiennie na motoryzacji lub płci przeciwnej.

Wtem na horyzoncie Adrian dostrzegł zarys wyspy.

– Laski, dopływamy! Ubierajcie się, albo… Nie musicie w sumie…

Dziewczyny jak jeden mąż poderwały się szybko i podbiegły do chłopaków, aby zobaczyć to co oni. Z każdą minutą wyspa nabierała nowego kształtu. Najpierw była malutkim punkcikiem, aby zaraz stać się potężnym obiektem na widok którego Gabryśka pisnęła i zaczęła skakać niemal wywracając statek.

Kapitan uprzejmie poinformował ich, że będą musieli wysiąść w większej odległości od brzegu, na co Sandra zaprotestowała krzycząc przeraźliwie:

– A co z naszymi walizkami?! Mamy je wrzucić do wody? Pan chyba oszalał! Wie pan ile ta walizka kosztowała?! – dziewczyna cała czerwona od słońca, zaczerwieniła się jeszcze bardziej, barwą przypominając dojrzały pomidor.

– Sandra, daj spokój. Z chłopakami przetransportujemy jakoś wasze rzeczy. Nie denerwuj się – uspokajał Mikołaj.

Dziewczyna rozluźniła się nieco. Chłopcy wskoczyli do wody. Czuli piasek pod stopami, a to już był plus. Tafla przykrywała ich aż po szyję. Każdy z nich najpierw wziął swój bagaż, trzymając go wysoko nad głową, aby nie zamoczyć wyposażenia (do którego należały m.in. telefony komórkowe). Dopłynąwszy (chociaż trafniejsze byłoby stwierdzenie: doszedłszy) do plaży odłożyli go w bezpiecznej odległości od wody i wrócili po ekwipunki dziewczyn. Oczywiście musieli wracać dwa razy, gdyż każda oprócz walizki zabrała także „podręczną” torbę, która swymi rozmiarami przypominała bernardyna.

Po całym zamieszaniu, dziewczyny również wskoczyły do krystalicznego oceanu. Ochlapywały się nawzajem, wydając dźwięki, które prawdopodobnie były śmiechem. Czuły na swoich ciałach przyjemne orzeźwienie które koiło ich rozgrzane słońcem skóry.

Gabriela wychodząc z wody otrzepała się niczym mokry pies. Nie spodobało się to Mikołajowi. Uważał, że dziewczyna jest na poziomie intelektualnym banana. Jednak obiecał sobie już w samolocie że będzie ją tolerował.

W końcu przecież, udało im się dotrzeć na wyspę.

 

 

Część II

Wyspa

 

1

 

Towarzysze rozglądnęli się wokół. Wyspa porośnięta była wielkimi palmami. Niemal na każdym kawałku ziemi dostrzec można było wiele egzotycznych roślin, których nazw nie potrafili odgadnąć, ponieważ widzieli je po raz pierwszy w życiu.

Mężczyzna z którym rozmawiali przez telefon po podaniu poprawnej odpowiedzi na zadane im pytanie, poinstruował, że powinni odnaleźć schronienie. Po krótkiej, acz intensywnej wymianie zdań, postanowili ruszyć przed siebie szukając ów schronienia. Nie napotkali po drodze żadnego zwierzęcia, ale nie wykluczali możliwości, że takie tutaj żyją.

Dziewczyny postanowiły założyć na stroje kąpielowe szorty i podkoszulki. Nie chciały bowiem paradować w samym bikini. Z wielkim trudem ciągnęły za sobą walizki, których koła co chwilę grzęzły w piasku. Chłopcy musieli się zatrzymywać i ratować bagaże. W końcu po morderczym marszu zobaczyli coś, w czym prawdopodobnie mieli się zatrzymać. W samym środku malowniczej wyspy wznosił się olbrzymi zamek z kilkoma pokaźnymi wieżyczkami. Architektura budynku przywodziła Mikołajowi na myśl czasy średniowiecza lub bardzo wczesnego renesansu. Z samego przodu ulokowana była wysoka kolumna, wznosząca się na kwadratowej podstawie. Na jej szczycie znajdowała się zaokrąglona wieżyczka. Z każdej strony patrzyły na nich liczne okna, których na tę chwilę nie sposób było zliczyć. Konstrukcja zupełnie nie pasowała do tego miejsca.

Ośmioro ludzi, którzy wcześniej nie mieli pojęcia o swoim istnieniu, którzy nie chcieli ze sobą przebywać, teraz stali się sobie najbliższymi przyjaciółmi. Każdy z nich w głębi duszy miał złe przeczucia, ale umiejętnie stłumił strach.

– Ale czad! – niczym egzaltowana dziewczynka pisnęła Gabryśka i pognała przed siebie.

Towarzysze niepewnie poszli w jej ślady.

Stanęli przed ogromnymi drzwiami, pokrytymi koślawymi napisami, których nie rozumieli. Spojrzeli po sobie, ale wtem drzwi otwarły się przed nimi. Marcelina schowała się za plecami Patryka. Szybko jednak zorientowała się, że zachowuje się jak dziecko i udała, że nic się nie wydarzyło.

W progu stał starszy mężczyzna odziały w elegancki frak.

– Czekaliśmy na państwa. Zapraszam. – skłonił się lekko i ruchem ręki zaprosił do środka.

Przyjaciele z duszą na ramieniu przekroczyli próg zamku. Pomieszczenie w którym się znaleźli przypominało wielką okrągłą aulę. Dookoła piętrzyły się obrazy i piękne stare meble. Sandra otwarła usta ze zdziwienia – zawsze lubiła starocie. Nad ich głowami wisiał przepiękny żyrandol z mnóstwem świateł.

Mężczyzna poprowadził ich do drewnianych drzwi, znajdujących się zaraz naprzeciwko tych którymi weszli. Drzwi posiadały dwa skrzydła, które teraz otwarł lokaj. Stanął po boku z rękami złożonymi z tyłu. Czekał, aż goście wejdą do jadalni.

Przed nimi rozpościerał się stół tak długi, że wypełniał niemal całą powierzchnię pomieszczenia. Śmiało mógł pomieścić co najmniej pięćdziesiąt osób. Na stole starannie położono biały obrus, kilka świeczników, sztućce oraz kieliszki wypełnione jakimś płynem.

– Proszę, usiądźcie. – ściszonym głosem odezwał się odźwierny. Gdy wszyscy zasiedli klasnął dwa razy w dłonie i do pomieszczenia weszło osiem kobiet. Każda z nich miała na sobie staromodny fartuszek, a na ręku tacę z posiłkiem. – Ucztę czas zacząć! – zakomenderował lokaj i uśmiechnął się lekko. Kobiety podeszły do każdego z osobna i położyły przed nimi tacę, następnie uniosły pokrywki i prędko opuściły salon.

– Obłędnie pachnie! Czy to dziczyzna? – spytał Adrian, ale nie czekał na odpowiedź tylko zabrał się do jedzenia. Nie, nie można tego nazwać jedzeniem. Chłopak pochłaniał wszystko lak leci. Marcelina patrząc na to, myślała, że zaraz zje sztućce. Amelia zaś zastanawiała się czy jej brat w ogóle gryzie czy połyka w całości każdy kęs.

Wszyscy byli w wyśmienitych humorach. Nawet Mikołaj, któremu nie podobało się towarzystwo rozluźnił się i zaczął opowiadać anegdoty. Wysokie kieliszki zrobione z ozdobnego szkła, szybko zostały opróżnione. Talerze zostały całkowicie wyczyszczone, co oznaczało, że goście byli głodni jak wilki. Ostatni posiłek zjedli przecież w domach, przed wyjazdem, a w samolocie dostali tylko orzeszki.

– Mili państwo. Pozwólcie, że pokażę wam wasze pokoje. Zapraszam – powiedział stanowczo lokaj, co spotkało się z dezaprobatą zebranych. Chcieli jeszcze pobyć razem, ale nieuchronnie zbliżał się wieczór. Z niesmakiem na ustach wstali od stołu i ruszyli za mężczyzną, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia i gesty ( złączony kciuk oraz palec wskazujący przy wyciągniętych pozostałych trzech palcach) oznaczające, iż jest „zajebiście”.

Mężczyzna prowadził ich długim korytarzem, który ozdobiony był na przemian obrazami i pochodniami. Stąpali po miękkim dywanie, przez co Marcelina miała wrażenie, jakby szła po puchu.

– Pięknie tu, ale mam jakieś dziwne uczucie… – wyszeptała Amelia do Mikołaja, który zbył ją machnięciem ręki.

Po długim marszu, który trwał zdecydowanie za wiele, mężczyzna wskazał pokoje w których mieli spać. Lokaj pożegnał się z towarzyszami i szybkim krokiem zniknął w głębi korytarza. Korzystnie rozlokowano ich bardzo blisko siebie. Mikołaj spał w ostatnim pokoju po lewej, obok niego para narzeczonych, dalej obok Sandra i Gabriela. Po przeciwnej stronie zaś rodzeństwo.

– No dobra ludziska. W sumie nie jest źle, każdy pokój mamy obok siebie. Proponuję, abyśmy się nie rozdzielali, bo nie wiem jak wy, ale ja za cholerę nie pamiętam jak stąd wyjść. – rzekł Adrian

– Mam naprawdę złe przeczucia… – lamentowała Amelia

– Laska, wyluzuj. Okres masz czy co? – ofuknęła ją Sandra

Amelia zignorowała dziewczynę i nacisnęła klamkę pokoju. Weszła do środka. Ku jej zdziwieniu, ich bagaże już były w środku. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że zostały przy drzwiach wejściowych. Wow, obsługa pierwsza klasa pomyślała i usiadła na pojedynczym łóżku, nakrytym idealną jedwabną pościelą. Obok niego znajdowały się jeszcze dwa dla jej braci. Co prawda liczyła na to, że chociaż tutaj będzie miała nieco prywatności, ale nie przeszkadzało jej to. Wiedziała o nich wszystko i vice versa.

Wnętrze pokoju było minimalistyczne. Trzy łóżka, jedno okno wychodzące na plażę, oraz masywne biurko ze starego dębu. Całości dopełniał ogromny obraz przedstawiający pasące się konie na łące, znajdujący się na wprost łózek. W każdym pokoju była łazienka, aby goście czuli się komfortowo.

Podczas gdy Amelia zgłębiała tajniki pokoju, Arek stwierdził, że musi dotrzymać towarzystwa Sandrze i Gabrieli ponieważ jego męskość nie pozwoli mu zostawić kobiet samych. Pieprzyć te dziwkę Paulinę, jestem młody, mam prawo szaleć! – zakodował w głowie.

Dziewczyny zaczęły się głupkowato śmiać, ale nie protestowały. Mikołaj pożegnał wszystkich i zamknął za sobą drzwi swojego tymczasowego pokoju. Patryk i Marcelina z uśmiechami na twarzach weszli do pomieszczenia w którym mieli spędzić najbliższy czas. Ucieszyli się na widok wielkiego dwuosobowego łoża.

Adrian zaś zaraz po wejściu do sypialni skierował się do łazienki.

Amelia siedziała nieruchomo na łóżku. Cały czas miała złe przeczucie, którego nie potrafiła zignorować. Doszła do wniosku, że musi się przewietrzyć. Wyjęła z torby zeszyt i długopis, następnie napisała na nim notkę do Adriana i wyszła z pokoju.

Stanęła przed drzwiami powtarzając sobie w głowie, że musi zapamiętać drogę powrotną. Najwyżej poproszę odźwiernego, aby mi pomógł pomyślała i ruszyła przed siebie. Co jakiś czas zatrzymywała się przed obrazami dokładnie im się przyglądając. Każdy był inny, wyjątkowy. Miało się wrażenie, że pejzaże i ludzie zostali zamknięci w ramach i tylko czekają, aż ktoś ich wypuści. Dziewczyna podziwiała niezwykłą konstrukcję zamku zastanawiając się kto mógł wpaść na taki pomysł, aby na słonecznej wyspie wybudować ten budynek. Pewnie chodzi o klimat uspakajała się w myśli. Idąc przed siebie w końcu zauważyła drzwi przez które wchodzili. Nareszcie pomyślała i przyspieszyła kroku. Znalazłszy się przed nimi popchnęła je mocno, a te odpowiedziały upiornym zgrzytem i otwarły się na oścież. Amelię owiał lodowaty wiatr. Odruchowo chwyciła się za ramiona.

– Kurde jak ciemno.. – wyszeptała sama do siebie.

Dziewczyna rozglądała się wokół. Nie przypominała sobie, aby wcześniej krajobraz wyglądał tak samo. Drzewa były zbyt gęste, iglaste, plaża była niewidoczna, ponadto nie słyszała szumu wody.

– Jesteś przewrażliwiona kretynko – skarciła się i pozwoliła, aby nogi same ją prowadziły.

Im dalej szła tym bardziej zaczął ogarniać ją strach. Nie wydawało jej się, aby od plaży do dworku było tak daleko. Zaczęła biec przed siebie. Ogarniał ją coraz większy i gęstszy las oraz ciemność. Była przerażona. Chciała krzyczeć, ale z jej ust wyrwał się jedynie obłok pary i nieartykułowany dźwięk. Zdała sobie sprawę z tego jak jest zimno. Biegła coraz szybciej. Gałęzie dziwnych krzaków boleśnie raniły jej nagie ramiona i nogi. Ponieważ oczywiście nie miała powodu, aby założyć długie spodnie. W konsekwencji biegała teraz w szortach i podkoszulku. Z przeciętych ran zaczęła płynąć krew. Dziewczyna z impetem zatrzymała się, aby nieco uspokoić rozkołatane serce i oddech. Nogi paliły żywym ogniem. Ponownie rozglądnęła się dookoła, ale nic nie widziała. Cieszyła się, że zostawiła kartkę na stoliku. Modliła się, aby Adrian ją przeczytał i zaczął jej szukać, chociaż znając brata zanim zorientuje się o co chodzi miną wieki. Dlaczego Arek poszedł do tych lasek! On jest rozsądniejszy! Łzy mimowolnie zaczęły płynąć z jej oczu. Usiadła na mokrej ziemi i podkuliła kolana. Nie wiedziała ile czasu minęło, miała wrażenie że milion lat.

Nagle po swojej lewej stronie usłyszała szelest. Szybko podniosła się i schowała za drzewem. Miała nadzieję, że cokolwiek to jest, nie zrobi jej krzywdy.

Jej oczom ukazał się pies, buldog francuski. Jego wielki jęzor był wywieszony w groteskowy sposób, pies wyglądał jakby nie jadł od roku. Tuż za nim podążał mężczyzna, a raczej coś co kiedyś być może było mężczyzną. Istota powłóczyła nogami, charcząc przeraźliwie. Jego zapadnięta twarz, poznaczona była wszelkiego rodzaju bliznami. Na miejscu jednego oka widniała wielka czarna dziura, drugie świdrowało na lewo i prawo jakby sam nie wiedział na co patrzeć. To zombie! To pieprzone zombie! Myślała Amelia i odruchowo zasłoniła usta, aby przypadkiem nie krzyknąć. Pies stanął jak wcięty, jego pan także. Dziewczyna myślała, że to jej koniec. Padnie ofiarą jakiegoś typka z głupim psem. Zaczęła wypowiadać modlitwę, którą powtarzała jej babcia. Aniele, który zstąpiłeś z nieba i rozświetliłeś mrok… Gdzie jesteś? Pomóż mi proszę. Ufam Ci. Poddaję się Tobie. Odnajdź mnie… Wtem wydarzyło się coś niespotykanego. Żywy trup jak i pies odeszli. Poszli w zupełnie przeciwnym kierunku. Amelia dziękowała w duchu babci i Stwórcy, że udało jej się ujść z życiem. Upewniwszy się, że nieprzyjaciele odeszli, wyszła zza drzewa. Rozglądnęła się wokół, ale zupełnie nie wiedziała dokąd pójść. Postanowiła iść dalej przed siebie, w końcu gdzieś musi dojść. Przedzierała się przez gęsty las, nasłuchując czy przypadkiem mężczyzna z psem nie wracają. Tuż przed dziewczyną pojawiła się droga. Najzwyklejsza droga. Kamień spadł dziewczynie z serca. Nie myślała, że to co najmniej dziwne, aby na wyspie, którą otacza ocean była asfaltowa droga. Zaczęła biec i już miała postawić nogę na jezdni gdy…

Znów znalazła się w pokoju. Siedziała na łóżku. Słyszała szum wody dochodzący z łazienki – znak że Adrian nadal brał prysznic. Otwarła szeroko oczy. Ale dziwny sen… Pomyślała. Musiałam zasnąć ze zmęczenia… Ostrożnie wstała z łóżka, chciała rozprostować kości, jednak jej wzrok padł na kartkę papieru. Drżącą dłonią uniosła ją i przeczytała: „Adi, poszłam na spacer. Mam nadzieję, że się nie zgubię. Buziaki. <3”. Kartka wypadła jej z rąk. Spojrzała na swoje ręce następnie na nogi. Były pokryte ranami, krew zdążyła już zaschnąć. Zakręciło jej się w głowie.

Nim Adrian zdążył wyjść z łazienki, Amelia osunęła się na ziemie.

 

 

 

 

2

 

Drzwi delikatnie się uchyliły. Marcelina była w wyśmienitym nastroju, chichotała cały czas jakby się naćpała. Przez szparę drzwi widziała tylko oddalającą się Amelię. Prawdopodobnie wpadła na ten sam pomysł co Patryk – spacer w świetle księżyca. Jednak narzeczeni chcieli uwinąć sobie prywatne gniazdko w którym mogliby oddać się namiętności. Przecież nigdy nie przeżywali tych chwil na rozgrzanej słońcem plaży.

Marcelina czekała, aż Amelia zniknie jej z oczy i już po upłynie minuty chwyciła Patryka za rękę. Razem wybiegli w głąb korytarza.

Nie zwracali na nic uwagi, nawet gdyby tuż obok nich przeszedł sam Elvis Presley pewnie by tego nie zauważyli. W powietrzu unosił się zapach czystej miłości z domieszką pożądania. Hormony sięgały zenitu. W mroku, nawet ciemne ściany nie wydawały się już takie upiorne. Wszystko jakby ożyło.

Po pełnym żywiołowości biegu dotarli do mosiężnych drzwi, Patryk całym swoim ciężarem naparł na nie, otworzywszy się przed nimi ukazały plażę, a dalej za nią ocean, który odbijał okrągły księżyc.

Narzeczeni pognali przed siebie, jak dzieci biegnące do parku rozrywki. Ich obute w trampki stopu grzęzły w piasku, rozsypując go na każdą stronę. W końcu dotarli na skraj wybrzeża. Odwrócili się do siebie, ich twarze poznaczone były odbijającymi się od wody refleksami.

– Kocham Cię… – wyszeptał Patryk wprost do ucha Marceliny. Poczuła jego rozgrzany oddech rozlewający się po całej szyi. Pragnęła go. Wpiła się mocno ustami w jego usta, tańcząc językiem w namiętnym pocałunku. Jego zachłanne palce wędrowały po jej ciele, badając jakby po raz pierwszy jej kształty. Chwycił ją za pierś i ścisnął. Z jej ust wydobył się syk. Na chwilę oderwała się od niego, aby posłać mu najpiękniejszy uśmiech na jaki mogła się zdobyć. Patrząc uwodzicielskim wzrokiem, sięgnęła do swojej koszuli i zaczęła powoli rozpinać guziki. Patryk nie przejął się swoją koszulką i od razu sięgnął do spodni.

Marcelina nagle zamarła.

– Słyszałeś to…? – szepnęła

– Mhm… To mój rozporek…

– Nie. Coś jakby… – Marcelina szeroko otworzyła przerażone oczy. Wpatrywała się tępo w punkt umiejscowiony za plecami narzeczonego. Chłopak myślał, że nabija go w butelkę i chciał coś powiedzieć, jednak dziewczyna szybko zasłoniła mu usta ręką, odwracając go powoli i on też to ujrzał.

Kilka metrów od nich, zobaczyli dwójkę ludzi – kobietę i mężczyznę, stojących do nich plecami. Przed nimi rozpościerała się jakby ulica. Przecież to niemożliwe pomyślała naprędce Marcelina. Kobieta lekko odwróciła się w stronę narzeczonych i pod Marceliną ugięły się nogi. Kobieta do złudzenia przypominała ją samą. Teraz już wiedziała, że mężczyzna będący  z kobietą to bez wątpienia Patryk. Narzeczeni zaniemówili. Chcieli podejść do swoich bliźniaków, ale coś ich powstrzymało. Nie mogli się ruszyć. Nawet najmniejszy krok lub skinienie powodowało potworny ból. Mogli tylko stać i obserwować bieg wydarzeń.

Nagle przed dwójką ludzi, stojących przy ulicy pojawiła się czarna postać. Nie byli w stanie odgadnąć jej płci. Postać wyciągnęła swe kościste ręce do kobiety, chwyciła ją za głowę i zwinnym ruchem wyrwała ją razem z kręgosłupem. Ciało osunęło się bezwładnie na ziemię. Marcelina chciała zamknąć oczy, ale nie potrafiła. Postać uczyniła to samo z mężczyzną pozbawiając go pionu. Szyderczo zaśmiała się i wycofała w mrok.

Dopiero wtedy para narzeczonych odzyskała kontrolę nad swoim ciałem. Nie czekając ani chwili dłużej podbiegli do ludzi, a raczej do tego co z nich zostało. Gdy pochylili się nad nimi pozbyli się wszelkich złudzeń. To byli oni, pozbawieni teraz głów leżeli martwo na ziemi. Piasek zaczął chłonąć czarną posokę. Księżyc zmienił swą barwę na ciemną czerwień.

Patryk chwycił Marcelinę za rękę i brutalnie pociągnął ją w kierunku drogi.

Nim stanęli na niej znów znaleźni się w swoim pokoju.

 

3

 

Ciemność przeniknęła ją do szpiku kości. Całe ciało było zimne wręcz lodowate. Czuła jak zimna krew płynie w jej żyłach.

Jednak najbardziej absorbowało ją serce.

Bum, bum.

Jego mocne uderzenia o klatkę piersiową.

Bum, bum.

Wola życia…

Bum, bum.

Bije, acz zwalnia…

Bum…

Wtopiła się w mrok przez co sama na chwilę się nim stała. Przez chwilę była tym, czego boją się ludzie – najgorszym koszmarem, który można spotkać w ciemności.

Nagle serce przyspieszyło, jakby chciało wyrwać się z jej ciała i wznieść się ponad chmury. Poczuła palący ból na policzku i otwarła szeroko przerażone oczy łapiąc chciwie powietrze. Z początku obraz był zamazany, jakby patrzyła przez zaparowane okno, jednak zamrugała kilka razy i ujrzała pochylającą się nad nią pulchną twarz kobiety.

– Mówiłam wam, ze wystarczy jej porządnie przywalić żeby się obudziła! – ukontentowana Gabryśka zadarła wysoko głowę i odsunęła się, robiąc miejsce Adrianowi. Chłopak podał rękę siostrze i pomógł jej wstać. Dziewczyna złapała się za głowę, jednak chwilę później jej dłoń dotknęła rozgrzanego policzka.

– Co… Co się stało?

– Zemdlałaś. Gdy wyszedłem z łazienki leżałaś na ziemi jak długa.

– Chwała Bogu, że nie uderzyłaś głową o biurko! Tak się martwiłam! – Sandra zaniosła się spazmatycznym płaczem.

– Ami, powiedz mi gdzie byłaś? Skąd masz te ślady? – Arkadiusz „odebrał” rękę siostry z uścisku Adriana i posadził ją na łóżku, następnie usiadł obok niej i skinieniem głowy wskazał na pionowe, ciągnące się przez całą długość nóg i rąk rany.

Zaraz po tym jak Adrian podniósł alarm, najstarszy bart wbiegł do pokoju i w mgnieniu oka doskoczył do siostry próbując ją ocucić. Szukał w głowie schematu którego uczyli go w wypadku omdlenia, jednak mózg odmówił posłuszeństwa i w zwojach panowała pustka, ale na szczęście nie był sam. Do pokoju zaraz wbiegły dziewczyny a za nimi Mikołaj. Przyjaciele dziwili się, że nie ma z nimi Marceliny i Patryka, ale teraz najważniejsze było życie Amelii.

Na początku Mikołaj chciał wykonać zabieg zwany potocznie „usta-usta”, ale Adrian (nie wiedząc czemu) powiedział, że to wykluczone. Później przyszła kolej na pomysł Gabryśki, który wydawał się idiotyczny, ale dziewczyna uparła się i zdzieliła Amelię po twarzy malując krwawy odcisk dłoni na policzku. Jak widać zadziałało.

Arkadiusz był pewien, że siostrę zaatakowało jakieś zwierzę. Przecież tutaj nie rosną rośliny, które mogłyby spowodować takie obrażenia.

– Ja… Chciałam się przejść i… Napisałam kartkę… – jej wzrok padł na kartkę papieru leżącą teraz pod biurkiem. Nikt wcześniej nie zwrócił na nią uwagi. Sandra podniosła ją ostrożnie, jakby pełzały po niej obrzydliwe owady, przeczytała notkę i podała innym – Później szukałam wyjścia, wyszłam na zewnątrz i… zgubiłam się w lesie. – kontynuowała Amelia

– W lesie? Ami, nie przesadzaj. Kilka palm nie robi znowu z wyspy lasu… – zaczął spokojnie Arkadiusz, ale dziewczyna spiorunowała go wzrokiem.

– Tam był las! Przysięgam! Widziałam wielkie iglaste drzewa i jakieś krzaki! To one mnie poraniły! A potem wyszedł zombie z psem! Myślałam, że mnie zabije. Modliłam się modlitwą której nauczyła nas babcia. Pamiętasz? – Arek skinął głową – I wtedy oni odeszli. Pobiegłam przed siebie i zobaczyłam drogę… Najzwyklejszą drogę. Chciałam na nią wejść i wtedy… obudziłam się tutaj. Później pamiętam tylko, że wydawało mi się że to sen, ale zobaczyłam tą kartkę i zrozumiałam, że to było prawdą – Amelia ukryła twarz w dłoniach i zaczęła płakać. Arkadiusz przytulił siostrę, patrząc na Gabrielę, która kręciła palcem wokół ucha dając do zrozumienia, że Amelia jest wariatką. – Nie wierzycie mi, co? – wyrwała się z objęć brata i podeszła do okna. Na niebie wisiał wielki księżyc. Miało się wrażenie, że wyciągając odpowiednio daleko rękę będzie można poczuć jego teksturę pod palcami. Arek podszedł do siostry.

– Nie, to nie chodzi o to, tylko…

– Nie wierzycie mi – zrezygnowanym tonem rzuciła Amelia. Sama zaczęła powątpiewać w prawdziwość swojej historii, ale przecież nie uroiła sobie tego. Była pewna, że dzieje się tu coś dziwnego. Poczucie nie spokoju i lęku odkąd przekroczyli próg zamku było wręcz namacalne.

– My ci wierzymy… – do pokoju wpadli przerażeni narzeczeni. Ich twarze były całe spocone. Gabriela już miała puścić w ich stronę jakaś aluzję dotyczącą seksu, ale ugryzła się w język. Nawet ona (istota o niewielkiej inteligencji) doszła do wniosku, że coś jest nie tak.

Przyjaciele usiedli na podłodze tworząc krąg. Arkadiusz usiadł obok Amelii i delikatnie przemywał jej wszystkie rany. Marcelina kurczowo trzymała się ręki Patryka, jakby bała się, że zaraz ją opuści. Każdy patrzył po sobie z autentycznym przerażeniem w oczach. Wyglądali jak dzieciaki otaczające wielkie ognisko na obozie.

Marcelina wciągając powietrze do ust przerwała ciszę i zaczęła opowiadać co ich spotkało na plaży. Gdy doszła do fragmentu ujrzenia własnej śmierci łzy strumieniami popłynęły z jej oczu, żłobiąc bruzdy na policzkach.

 

4

           

Wszyscy patrzyli na siebie z powątpiewaniem. Mieli wrażenie jakby brali udział w jakiejś okrutnej produkcji niskobudżetowego horroru. Powietrze wypełniło się ich oddechami przez co zaczęło być duszno.  Nikt jednak nie miał odwagi, aby podejść do okna i wpuścić nieco powietrza. Za oknem panowała ciemność, jedynie księżyc oświetlał mrok. Nie mogło się to jednak okazać pocieszeniem, bowiem narzeczeni przekonali się, że nawet ten piękny srebrzysty glob, może być przerażającą krwawą luną.

Gdy Marcelina skończyła opowiadać, zgodnie podjęli decyzję, że odnajdą odźwiernego i zapytają o co chodzi. Adrian rzucił pomysłem, aby razem poszli na zewnątrz i zobaczyli czy doświadczą tego samego co narzeczeni i jego własna siostra. Miał podejrzenia, że dosypano im czegoś do napoju, który pili przy obiedzie. Napój ten być może powodował halucynacje, ale w sumie dlaczego tylko na zewnątrz?

Amelii, Marcelinie i Patrykowi nie podobała się ta myśl, bowiem nie chcieli przeżyć jeszcze raz tego samego. Po chwili niepewności, stwierdzili, że ze względu na wszystko od tego momentu muszą trzymać się razem.

Chwilę później cała ósemka stała przed zamkiem. Na wszelki wypadek Arek zdjął but i podparł nim drzwi. Owiewał ich przyjemny i rześki wiaterek. Marcelina z Amelią stały najbliżej wejścia, trzymając się za ręce. Tuż przed nimi stał Patryk, który nieufnie przyglądał się krajobrazowi, nerwowo kręcąc głową to w prawo to w lewo. Niby wszystko było normalne, ale gdy wtedy wychodzili też było normalnie…

Gabriela nie mogła dłużej znieść ogarniającej jej paranoi.

– Dobra, ktoś widzi jakieś zombie, albo swoją podobiznę? – Spojrzała po przyjaciołach lecz każdy pokręcił głową. Wszystko było w najlepszym porządku. – Może to rzeczywiście zwykła halucynacja…

– A czy halucynacja zrobiłaby mi to?! – Amelia wystrzeliła do przodu wyciągając przed sobą rękę ukazującą zaschnięte i opatrzone już rany.

Gabriela wzruszyła tłustymi ramionami i cofnęła się o krok.

Arkadiusz chciał przejść się kawałek, ponieważ z opowieści Marceliny wynikało, że scena której wraz z narzeczonym byli świadkami wydarzyła się na wybrzeżu. Amelia powiedziała, że w jej przypadku zaczęło się od samego wyjścia i raczej nie ma co kusić losu. Podsunęła bratu wcześniejszy plan, aby poszukać lokaja i zwyczajnie zapytać. Co prawda mogą wyjść na czubków, ale może to po prostu jakaś ekstra atrakcja „nawiedzonego dworu” o której nie mają zielonego pojęcia. W końcu ostatnimi czasy zombie są bardzo popularne, czego nie można powiedzieć o brutalnym wyrywaniu głów, ale kto wie. Może w tej części świata to jest teraz w modzie.

Arkadiusz wziął swój but, założył go a następnie przytrzymał ciężkie wrota, aż każdy bezpiecznie znalazł się w środku. Odwrócił się przez ramię i wydawało mu się, że coś usłyszał. Coś jakby… Śmiech. Rozglądnął się nerwowo po najbliższych roślinach, ale nikogo ani niczego nie widział. Tłumaczył sobie, że to pewnie mózg płata mi figla.

Dopiero wtedy pozwolił, aby drzwi się zamknęły.

 

5

 

Wolnym krokiem przemierzali kolejne centymetry pogrążonego w mroku korytarza. Zamek oświetlony był jedynie pochodniami co przyprawiało dziewczyny o ciarki na plecach. Chłopcy mężnie szli przed siebie, ale nie ma co ukrywać – srali w portki. Adrian był pewien, że gdyby teraz coś wyskoczyło z tych egipskich ciemności… Z jego spodni wydobyłby się ohydny fetor. Odsunął na bok tę upokarzającą myśl i szybko podszedł do Sandry, łapiąc ją za rękę.

– Dziękuję… – wyszeptała dziewczyna i uśmiechnęła się blado. Nie była pewna czy chłopak był w stanie to widzieć.

Uformowali zwarty szyk. Z przodu szli najodważniejsi: Mikołaj i Arkadiusz, tuż za nimi szła Amelia z Gabrielą (uzbrojone w tipsy), następnie Marcelina z Patrykiem. Sandra i Adrian zamykali ten ciąg.

Korytarz wydawał się nie mieć końca. Cholernie długi jest… Pomyślał Mikołaj i szepnął do Arkadiusza, że może powinni zawrócić i skręcić w mijaną wcześniej przecznicę. Mężczyźni porozumiewali się bez słów. Zatrzymali się i Amelia uderzyła głową o plecy brata. Gabryśka krzyknęła, Sandra jej zawtórowała.

– Nie drzyjcie się idiotki! Nic się do cholery nie stało! – zaklął Arek i zawrócił. Teraz To Sandra z Patrykiem prowadzili. Arek nie miał zaufania do tej dwójki, a w szczególności do swojego brata, który teraz na pewno nie myślał głową, a tym co ma pomiędzy nogami.

Przyjaciele dotarli do skrzyżowania korytarzy. Próbowali sobie przypomnieć czy gdy odźwierny prowadził ich do pokoju, to czy widzieli coś podobnego, ale byli prawie pewni, że nie. Gdyby tego było mało, Amelia zaczęła myśleć (słusznie z resztą), że przecież po drodze do ich pokoi nie było tego rozdwojenia. Przerażona pomyślała, że zamek się w jakiś sposób zmienia, że korytarze mieszają się ze sobą. Już miała wypowiedzieć tę myśl, gdy usłyszała przed sobą cichutki głos Marceliny.

– Zobaczcie na ten zegar… – drżącym palcem wskazała zegar wiszący na ścianie tuż naprzeciwko nich. – Czy nie wydaje wam się…

– Jego sekundnik porusza się w przeciwną stronę, w lewo… – Patryk dokończył za nią myśl. – A wskazówki… Chwila czy one też poruszają się do tyłu? – zadał pytanie sam sobie. Zauważył, że zegar wskazuje dziesięć minut po dwunastej.

– Może powinniśmy po prostu zawołać? Myślicie, że nas ktoś usłyszy? – spytała nieśmiało Gabriela, której strach sparaliżował wszystkie mięśnie, nawet te o których nie miała pojęcia.

– Możemy spróbować – zgodziła się Amelia i razem jednocześnie zaczęły krzyczeć – Pomocy!!! – Zaraz zawtórowali im pozostali uczestnicy tej dziwnej sytuacji i wszyscy razem darli się wniebogłosy. Po kilku minutach nawoływania, ich głosy zostały ucięte jak nożem. Nasłuchiwali. Ktoś musiał ich usłyszeć. Ten krzyk obudziłby nawet umarłego.

Cisza. Nic się nie wydarzyło. Słychać było tylko ich oddechy które w nerwowym spazmie zaczęły przyspieszać.

– Wiecie co… Nie chcę nic mówić, ale wydaje mi się, że jesteśmy tutaj sami… – niespokojnym głosem stwierdziła Sandra

– Chodźmy, musimy gdzieś dojść, co nie? – nerwowo zaśmiała się Amelia i cała ósemka ponownie zaczęła marsz.

Nim Mikołaj dołączył do przyjaciół zerknął raz jeszcze na zegar. Jego wskazówki nie przesunęły się nawet o milimetr, a przecież spędzili tutaj już dobrych parę minut. Sekundnik jak zaczarowany cały czas tykał do tyłu…

Idąc szykiem nazwanym przez Adriana „od najpiękniejszych do najodważniejszych” ruszyli powoli przez siebie. Mikołaj wymienił się swoim spostrzeżeniem dotyczącym zegara z Arkiem, ale ten uspokoił go mówiąc, że najpewniej zegar się zepsuł i nie ma co panikować. Arkadiusz miał również świetne wyjaśnienie na brak obecności lokaja bądź służby. Otóż, najprawdopodobniej poszli spać do swoich pokoi, które nie znajdują się w zamku.

Amelia nabrała wielkich obaw co do tłumaczenia brata, ale dało jej to nadzieję, na wydostanie się z tego zwariowanego labiryntu.

Adrian zatrzymał się z impetem, gdyż przed nim wyrosły drzwi pokryte licznymi wyżłobieniami. Na samym środku znajdowały się dziwnie ułożone litery. Gabriela przecisnęła się do samego przodu i przeczytała napis na topornych drzwiach.

– Edednabrof… Co to jest do cholery? – Literowała i smakowała to słowo, ale za nic w świecie nie wiedziała co ono oznacza, ponadto z niczym jej się nie kojarzyło. – Edednabrof. Po jakiemu to, jak myślicie? – nim pytanie nabrało sensu, drzwi otworzyły się przed nimi ukazując niewielkie, oświetlone pochodniami pomieszczenie.

Nie myśląc, ani nie czekając długo przyjaciele weszli do środka.

 

 

 

Część III

edednabrof

 

1

 

Stali niczym żołnierze przygotowujący się do defilady. Ramię przy ramieniu. Utworzyli długą poziomą linę ze swoich ciał. Trzymali się za ręce.

W ciemnym lochu czuć było wilgoć. Ściany pokryte były czymś co przypominało czarny, gęsty śluz. Sandra poczuła zapach gnijącego mięsa, który w małym pomieszczeniu gwałtownie zaatakował jej nozdrza. Była bliska zwrócenia wszystkiego co jej żołądek przyjął przez ostatni tydzień, ale ostatecznie przełknęła ślinę i mdłości ustąpiły.

Arkadiusz rozglądał się po pomieszczeniu, ale nie dostrzegł niczego nadzwyczajnego. Cztery czarne ściany. Za ich plecami drzwi, przed nimi coś jakby… tron? W każdym razie wielkie krzesło przyozdobione różnego rodzaju świecidełkami. Po lewej stronie widać było tylko ten paskudny śluz pożerający ściankę, prawej strony zaś niebyło widać. W miejscu ściany zionęła czarna otchłań.

– Witajcie w mym królestwie! – usłyszeli głos należący do mężczyzny z którym niektórzy rozmawiali przez telefon. Wszystkie głowy przekręciły się jak na komendę w prawo, skąd wyłoniła się postać: mężczyzna w długiej czarnej szacie. Miał niewielką jasną brodę, modną fryzurę (po obu stronach wygolona głowa, po środku zaś szedł pas włosów, które związane były w kucyk). Jego nieziemsko błękitne oczy od razy przykuły uwagę Gabrieli, która na jego widok otwarła usta. Sandra widząc reakcję przyjaciółki puściła jej kuksańca w bok. – Tak, tak. Jestem przystojny wiem… – niedbale rzucił w stronę Gabryśki i podszedł do ozdobionego krzesła. Usiadł na nim i przyjrzał się każdemu z osobna. – Proszę, proszę. Całkiem nieźle towarzystwo. – oparł łokcie na podpórkach fotela a z dłoni utworzył wieżyczkę. Przeszywał ich spojrzeniem.

– To już wiem, dlaczego te bilety były takie tanie – mruknął pod nosem Adrian

– Prze… Przepraszam pana, ale szukaliśmy właśnie…

– Wiem Amelio. Ale prócz mnie i was nikogo tutaj nie ma… – nonszalancko odparł mężczyzna – chcecie się dowiedzieć co spotkało was przed zamkiem, tak? – przyjaciele zgodnie przytaknęli głowami – Otóż pokazałem wam czego najbardziej się boicie. Pokazałem wam Amelio, Marcelino i Patryku wasz strach w najczystszej postaci. To samo chciałem pokazać reszcie, ale… Cóż, znudziło mi się to i postanowiłem zaprosić was do siebie. Amelia zobaczyła zombie ponieważ boi się, że umrze podczas inwazji. Haha, doprawdy moja droga, wierzysz w te całe brednie, „The Walking Dead?” – nie czekał nawet na odpowiedź. Zauważył tylko, że dziewczyna nagle spąsowiała. Zwrócił się do pary narzeczonych – A wy… miłość was zaślepiła! Boicie się cierpienia, bolesnej śmierci! Czy nie mam racji? – popatrzył głęboko w oczy Marceliny, dziewczyna nie wytrzymała presji i rozpłakała się jak dziecko. – Nie wyj! Uszy mnie od tego bolą! – zagrzmiał mężczyzna i gwałtownie wstał. Podszedł do dziewczyny na tyle blisko, że niemal dotykał swoim nosem jej nos. Patryk wzdrygnął się nieco, chciał odciągnąć napastnika, ale ten po chwili odszedł. Znalazł się na środku pomieszczenia i chodził w kółko jakby się nad czymś zastanawiał.

Przyjaciele chcieli przerwać ciszę, ale nie wiedzieli co powinni powiedzieć, aby uniknąć ewentualnej katastrofy. W końcu mężczyzna usiadł i przemówił gardłowym tonem:

– Chcieliście spędzić niezapomniane wakacje to je spędzicie. Musicie tylko odpowiedzieć na moje jakże proste pytanie…

– Zaraz, zaraz… Może najpierw łaskawie powiesz nam kim jesteś i co to wszystko ma znaczyć?! – Gabriela wystąpiła przed szereg wyrzucając swe tłuste ręce ku sufitowi.

Mężczyzna zaśmiał się szyderczo. Na ten dźwięk Arkadiusza przeszły ciarki. Uświadomił sobie, że dokładnie ten śmiech usłyszał gdy wchodzili do zamku tuż po sprawdzeniu otoczenia. Marcelina z narzeczonym wymieniła porozumiewawcze spojrzenia, oni także rozpoznali śmiech.

– Na to pytanie sami odpowiecie… Jeśli odpowiecie poprawnie będziecie mogli odejść, jeśli zaś nie… Cóż, będę ukontentowany, wy natomiast… Jakby to powiedzieć, nie bardzo – mężczyzna uśmiechnął się tak szeroko jakby był dzieckiem, które po raz pierwszy wsiada na karuzelę (oczywiście o ile nie cierpi na chorobę lokomocyjną). – Ułatwię wam to. Podpowiem nieco… Skupcie się. Nie będę powtarzał dwa razy.

Nastała grobowa cisza. Mężczyzna przeskakiwał wzrokiem z jednej twarzy na drugą badając ich reakcję. W gęstej jak las ciszy, jego głos zabrzmiał dosłownie jak wystrzał z armaty.

– Bez kości z niego zrodzony, ten, który będąc martwym żywych ograbił, wąż po jego

ciele pełza, a on dopełnia wszystkiego. – chwila zastanowienia – I w tym miejscu pada wasza odpowiedź. Odgadnijcie moje imię.

– Szatan, kurwa! – wyrwał się Adrian. Jego słowa rozśmieszyły mężczyznę do tego stopnia, że prawie się popłakał. Teatralnym gestem otarł nieistniejącą łzę.

– Mylisz się Adrianie. Nie jestem Szatanem. Twoja odpowiedź jest zła. Nie możesz już odpowiedzieć ponownie. – mężczyzna zauważył, że jako drugi pchał się do odpowiedzi Arkadiusz, który już otwierał usta. Mężczyzna jednak uciszył go gestem ręki, podbiegł następnie do niego i zimną jak lód dłonią zakrył usta – Ciii… Pomyśl o tym co chcesz powiedzieć. – zagrzmiał przeraźliwie wpatrując się w ciemne oczy Arka jakby chciał je pożreć. – Wszyscy pomyślcie, gdyż drugiej szansy nie będzie! Idźcie już. Idźcie do swoich pokoi. Jutro wezwę jednego z was. I pamiętajcie! Pomyślcie o swojej odpowiedzi! – mężczyzna już miał odejść, gdy jeszcze na moment stanął przed Adrianem. – Ty nie musisz już myśleć. – wyszeptał mu do ucha i dopiero teraz rozpłynął się jak we mgle. Zebrani nie wiedzieli, że właśnie zostali bezlitośnie złapani w sidła pułapki.

 

2

 

Siedzieli na dywanie w pokoju Mikołaja. Adrian pomyślał, że to cholernie niesprawiedliwe, że ten człowiek dostał najbardziej wypasiony pokój. Jego łóżko pokryte jedwabną, jasną pościelą zajmowało całą ścianę. Chłopakowi trafiła się nawet wielka antyczna szafa (ustawiona na wprost łóżka), jednak Mikołaj stwierdził, że niczego do niej nie włożył ponieważ miał wrażenie jakby pod dotykiem miała się rozlecieć. Musiała liczyć ze sto lat. Po lewej stronie znajdowało się ogromne, półkoliste okno. Przeciwna ściana zaś ubrana była w wielki obraz, na którym znajdował się przystojny młody mężczyzna. Był ubrany w lamelkową zbroję. Jego chłopięca twarz uśmiechała się, jednak oczy przepełnione były smutkiem. Cały pokój wyścielony był równie starym jak szafa, dywanem.

Podobnie jak wcześniej w pokoju rodzeństwa, przyjaciele usiedli w ciasnym kole. Milczeli przez dobrych kilka minut. W końcu głos zabrał Patryk.

– Powiem wam, że ten koleś jest dziwny. Jest w nim coś…

– Mrocznego – dokończyła Sandra, wpatrując się w niego pustym wzrokiem.

Marcelina przytaknęła głową i zaplotła na palec długi lok.

– Musimy wymyślić jakaś odpowiedź na to głupie pytanie – zakomenderował Arkadiusz.

– Owszem, musimy, ale nie rozumiem dlaczego zostałem zdyskwalifikowany! – oburzył się Adrian. Uważał, że dotknęła go kolejna niesprawiedliwość. – Jak leciała ta zagadka?

– Coś, że jakieś kości zostały z niego zrodzone i był martwy jak kogoś okradł… – Patryk usilnie próbował przypomnieć sobie zagadkę, ale w jego głowie panowała pustka, jakby mózg wraz z pamięcią wybrały się na podróż poślubną.

– Nie, to jakoś inaczej szło… – zamyślił się Mikołaj i podparł się obiema rękami z tyłu – Bez kości z niego zrodzony, ten który będąc martwym żywych ograbił, wąż pełza po jego ciele, a on dopełnia wszystkiego – wyrecytował jakby czytał z książki.

– Ktoś ma pomysł o co chodzi? Wiemy już, ze to nie Szatan – Gabriela posłała Adrianowi pełne życzliwości spojrzenie i lekko wzruszyła ramieniem, jakby pocieszała go, że nic się nie stało.

– Jesteśmy durni! Mamy przecież telefony! – rzuciła Sandra wybiegając z pokoju. Wróciła szybciej niż zakładali. Trzymała w ręku IPhone ’a. – No tak… Szlag trafił zasięg…

– Mam dość – rzekła Amelia – proponuję, abyśmy już poszli spać. Rano spotkamy się tu znowu. Niech każdy zastanowi się nad swoją odpowiedzią.

Gabriela już miała wstać, kiedy przypomniała sobie o jeszcze jednej ważnej kwestii:

– Ej, a o co mu chodziło z tym, że jutro kogoś wezwie? Jak niby to zrobi?

– Nie wiem – Sandra wzruszyła ramionami – pewnie po nas przyjdzie.

Amelia przytaknęła koleżance i ciężko podniosła się z miejsca. Zaraz za nią ruszyła Gabriela z Arkadiuszem, który postanowił spać dziś z dziewczynami. Para narzeczonych kurczowo trzymała się za ręce, chcieli zaproponować, aby jednak wszyscy zostali razem, ale pomysł wydawał się idiotyczny. Adrian jako ostatni wyszedł z pokoju życząc Mikołajowi dobrej nocy.

Mikołaj jednak długo nie mógł zasnąć. W głowie ciągle słyszał przeraźliwy głos mężczyzny wypowiadający zagadkę. Zdziwił się również jego postawą, kiedy ten chciał odpowiedzieć. Ta myśl kompletnie go rozstroiła był pewien, że tej nocy nie zaśnie.

 

3

 

Na wyspie Nomed nastał nowy dzień. Słońce zawisło wysoko na niebie ogrzewając złocisty piasek. Amelia przeciągnęła się radośnie, strzepując ostatnie resztki o dziwo, spokojnego snu. Otwarła oczy. Pokój wypełnił się jasnością przez co nie wydawał się już taki ponury. Nie przeszkadzał jej nawet wystrój, który w jej mniemaniu powinien być bardziej wyszukany. Ociężale podniosła się do pozycji pionowej rzucając ukradkowe spojrzenie na łóżko brata, które było pościelone. Zdziwił ją ten widok, ponieważ Adrian nigdy, przenigdy nie ścielił łózka. Dziewczyna zignorowała to spostrzeżenie i opuściła nogi na zimną posadzkę. Powłócząc nogami poszła do łazienki, gdzie szybko wykonała poranną toaletę. Zaczęła się zastanawiać, gdzie mógł podziać się brat. Może nie chciał jej budzić i poszedł do Mikołaja? Kto jak kto, ale Adrian był typem człowieka, który wręcz uwielbiał wcześnie wstawać co przeczyło wszelkim prawom logiki, zwłaszcza dlatego, że to właśnie on zaspał w dzień, kiedy mieli tu przyjechać. Amelia założyła pośpiesznie szorty i świeży podkoszulek. Dopiero wtedy postanowiła wyjść z pokoju. Delikatnie pociągnęła za klamkę, jakby bała się, że drzwi wypadną z zawiasów. Stanęła na samym progu. Jej oczy przybrały kształt pięciozłotówek. Patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem.

Zaczęła przeraźliwie krzyczeć.

 

4

 

Marcelina była zawiedziona, ponieważ w łazience nie było ani jednego gniazdka, znak, że zamek nie był wyposażony w elektryczność. To by tłumaczyło dlaczego wszędzie były pochodnie, nawet w głupim żyrandolu wstawili świeczki. Przeklinała w duchu architekta, który zaprojektował to miejsce. Jak mógł dopuścić się tej okrutnej zbrodni? Czy nie pomyślał o takich dziewczynach jak ona, która nie wyobrażała sobie życia bez prostownicy? Z naburmuszoną miną dwunastolatki sięgnęła po gumkę do włosów, związując je w niedbały kok. Patryk jeszcze słodko spał, nie miała sumienia go budzić, jednak obudzić miało go coś innego. Przeraźliwy wrzask dochodzący z korytarza.

 

5

 

Przyjaciółki już od dobrych piętnastu minut były na nogach i plotkowały w łazience. Po gorącej i pełnej uniesień nocy z nowo poznanym kolegą były w świetnych nastrojach. Sandra miała obawy, że chłopak nie trafi pomiędzy grube nogi koleżanki, ale ten spisał się na medal.

– Niezły aparat z tego Bambi, co nie? – Gabriela czesała swoje krótkie włosy rzucając co chwilę spojrzenia na przyjaciółkę, która próbowała założyć nową bluzkę kupioną specjalnie na ten wyjazd. Koszulka miała wiele cienkich jak pajęczyna ramiączek przez co dziewczyna nie miała pojęcia jak ją włożyć – Daj pomogę ci.

– Cholerna bluzka! – rzuciła poddenerwowana blondynka – A co do Bambi… No powiem ci, że zaspokoił mnie jak mało kto!

Gabriela uśmiechnęła się lekko i jakimś cudem ubrała koleżankę. Zazdrościła jej figury modelki. Przysięgła sobie, że po tych wakacjach postara się (podkreślając to słowo) wziąć za siebie i schudnąć.

– Wyglądasz seksownie – puściła oczko do koleżanki.

Dziewczyny wyszły z łazienki i zobaczyły stojącego przy oknie Arkadiusza. Wyglądał obłędnie w krótkich dżinsowych spodenkach. Pominął zakładanie koszulki, co dziewczyny skwitowały przeciągłym „och”.

Arkadiusz wpatrywał się w dal myśląc o mężczyźnie w czarnej szacie. Zastanawiał się nad odpowiedzią. Jego myśli zostały gwałtownie przecięte krzykiem, który ranił jego uszy jak nóż.

6

 

Mikołaj siedział na jedwabnej pościeli trzymając przed sobą kartkę na której zapisał pytanie zadane przez mężczyznę. Nie miał zielonego pojęcia o co mogło chodzić. Próbował do czegoś dopasować zagadkę, z czymś ją powiązać, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Przyczajona cząstka umysłu podsuwała mu odpowiedź, ale chłopak nie potrafił jej poprawnie zinterpretować. Myślał, że może jest tu ukryte jakieś drugie dno. Poprzedzielał słowa, próbował ułożyć z nich coś innego, ale wyszły jakieś brednie. Zrezygnowany opadł na łóżko. Miał szczerą nadzieję, że jego nowym znajomym bardziej się poszczęściło i może oni wpadli na jakiś genialny pomysł.

Gdy wpatrywał się w sufit usłyszał krzyk i wszystkie myśli zatopiły się we mgle. Poderwał się szybko i wybiegł na korytarz, skąd dochodził dźwięk.

Stanął jak wryty. Jego towarzysze również wyszli już z pokoi.

Z początku nie wiedział na co patrzy, później jednak dopasował wszystkie elementy układanki. Mikołaj stracił grunt pod nogami i gdyby nie złapał się ściany runąłby jak długi. Zebrało mu się na mdłości. Jego oczy przypominały teraz ocean podczas burzy.

Korytarz aż do przesady był pokryty krwią. Obrazy, pochodnie i ściany zabarwione były ciemną czerwienią. Jego wzrok automatycznie padł na ziemię, na której dostrzegł oderwane nogi ułożone w groteskowy sposób, jakby chciały biec. Przeszło mu przez myśl, jak one same mogą się utrzymać. Nieco dalej porzucony został korpus, przez co miało się wrażenie, jakby jedna z nóg go kopnęła. Jednak nie to było najbardziej przerażające.

Na ścianie tuż obok pokoju Sandry i Gabrieli wisiała głowa Adriana.

Mikołaj musiał odwrócić wzrok od tej makabry. Spojrzał na Amelię, która teraz na klęczkach skryła twarz w dłoniach. Zanosiła się histerycznym płaczem. Sandra była blada jak prześcieradło, pociągnęła Gabrielę i wycofała się do pokoju. Arkadiusz, półnagi wyglądał jak posąg. Szok po tym co zobaczył sparaliżował mięśnie. Najrozsądniejszą osobą okazała się Marcelina, która w trymiga doskoczyła do Amelii i podnosząc ją, podprowadziła do pokoju w którym siedziała Sandra z przyjaciółką. Mikołaj obserwował całą sytuację jakby nie rozgrywała się naprawdę, tylko była filmem. W całym rozgardiaszu zauważył Patryka wpatrującego się tępo w punkt na wprost niego. Chłopak miał lekko otwarte usta, miało się wrażenie jakby stracił oddech. Wydawało się to co najmniej dziwne, jednak nie czekając długo, Mikołaj podszedł do kolegi przemierzając dzielącą ich odległość w zaledwie trzech krokach.

– Stary, chodź stąd. To jakaś rzeź… – tłumaczył, jednak Patryk odepchnął stojącego przed nim przyjaciela i podszedł do ściany. Dopiero teraz Mikołaj zobaczył czym chłopak był tak zaabsorbowany.

Oderwane ręce krzyżowały się jakby na piersi, a pod nimi widniał krwawy napis: PATRYK.

7

 

Sandra otworzyła okno, aby wpuścić do środa nieco świeżego powietrza. Marcelina siedziała z Amelią na łóżku przytulając koleżankę. Gabriela chodziła w kółko jakby chciała wyryć swym wielkim ciałem tunel w podłodze. Arkadiusz nadal oszołomiony stał w drzwiach. Wiedział już, że konsekwencją za złą odpowiedź jest życie.

– Kurwa! – wrzasnął okrutnie – Ty chory sukinsynu! – dał upust swoim emocjom, które wzbierały w nim niczym woda – Ty posrany draniu! – łzy strumieniami zaczęły ściekać z jego oczu. Nie widział niczego prócz rozczłonkowanego ciała brata. W napadzie adrenaliny, wystrzelił z progu jak skoczek narciarki i stanął na wprost odciętej głowy – Braciszku… – drżącą dłonią dotknął zimnego policzka Adriana i czułym gestem pogładził go. Spojrzał w puste, ciemne oczy. – Przepraszam… – tyle rzeczy chciał powiedzieć, tyle przygód chciał z nim przeżyć. Obiecali sobie, że jeszcze skoczą razem na bungee, że pojadą do Japonii. Wszystkie plany rozwiały się jak jesienne liście na wietrze. Chłopak nabrał kilka potężnych haustów gnijącego powietrza, nie wytrzymał. Oddalił się o zaledwie dwa kroki i zwymiotował żółcią. Otarł wierzchem dłoni usta i powoli odwrócił się. Przed nim zszokowani stali Michał, podtrzymujący za rękę Patryka. Arkadiusz myślał, że chłopaka również przeraził ten makabryczny obraz martwych członków, ale on stał wpatrzony w przeciwną ścianę i oddychał ciężko. Arek podszedł do nich i jego wzrok padł na odcięte ręce, pod którymi widniało imię. – Kurwa! – zaklął i złapał się za głowę. Pomimo rozdzierającego bólu w środku serca, pomógł Mikołajowi odciągnąć zszokowanego przyjaciela od upiornego napisu. Siłą zaciągnęli go do pokoju w którym zostały dziewczyny i z hukiem zatrzasnęli drzwi.

Do pomieszczenia wdarł się przyjemny zapach znad oceanu. Świeża bryza była jak deszcz w upalne dni. Wszystkie dziewczyny siedziały teraz z Amelią, pocieszając ją, dodając słów otuchy, chociaż żadne słowa nie mogły oddać tego co każdy z nich czuł. Znali się raptem jeden dzień, jednak związani byli niewidzialną więzią. Zostali połączeni. Wiedzieli o tym. Gdy cierpiało jedno, cierpiało i drugie. Niszcząca otchłań raniła jak ostry miecz, rozlewała się po całym ciele wyrywając kawałek duszy, który już nigdy miał nie powrócić na swoje miejsce.

– Ciiii… – szeptała Marcelina do roztrzęsionej Amelii. Przycisnęła jej głowę do piersi jak matka pocieszająca nastolatkę po zerwaniu z chłopakiem. Amelia w jednej chwili wyrwała się i stanęła dęba.

– Musimy coś zrobić inaczej ten chory psychopata nas pozabija tak jak… – nie była w stanie wypowiedzieć imienia brata. Przebiegła wzrokiem po przyjaciołach.

– Mamy jeszcze jeden problem – rzekł Mikołaj, który w dalszym ciągu podtrzymywał Patryka – Ten zasraniec wybrał kolejnego z nas…

Nim Mikołaj zdążył skończyć, Marcelina wiedziała co chce powiedzieć. Wyskoczyła z łózka jak poparzona i wtuliła się mocno w Patryka, który zbladł do tego stopnia, iż Gabriela myślała, że chłopak już dawno umarł.

– Kochanie, spójrz na mnie – poprosiła Marcelina – razem rozwiążemy tą chorą zagadkę, słyszysz? – tłumaczyła pokrzepiająco. Narzeczony skinął niemal niewidocznie głową, następnie wtulił się w Marcelinę.

– Nie pójdziesz do niego sam, to na bank – rzuciła Gabryśka, co spotkało się z aprobatą pozostałych.

Patryk po chwili doszedł do siebie i wręcz błagał przyjaciół, aby pomogli mu wymyślić jakaś odpowiedź, która będzie poprawna. Nie chciał, (nikt nie chciał) aby podzielił los Adriana.

 

8

 

Kolejne minuty ginęły w czasoprzestrzeni. Widok za oknem zaczął się zmieniać. Niebo przybrało ciemniejszy odcień. Sandra zastanawiała się czy to możliwe, że spędzili w tym pomieszczeniu, aż cały dzień. Owszem, było to możliwe. Przyjaciele zapomnieli o Bożym świecie, zapomnieli nawet o potrzebach fizjologicznych oraz o głodzie, który, aż dziw, nie dawał o sobie znać. Stres zżerał ich od środka. Nie byli w stanie myśleć o niczym innym, jak o odpowiedzi na zagadkę. Zgodnie doszli do wniosku, że najlepszą metodą będzie popularna burza mózgów. Każdy rzuca to co ślina na język przyniesie, a reszta pochwala bądź odrzuca ten pomysł. Mikołaj pochwalił się, że zrobił kilka notatek, ale kartka została w jego pokoju. Bał się wyjść na korytarz, bał się znów patrzeć na zwłoki. Arkadiusz podjął męską decyzję. Teraz stał przed drzwiami wraz z Mikołajem.

– Dobra, idziemy od razu do twojego pokoju, pod żadnym pozorem nie patrzymy na… – chciał powiedzieć „na rozczłonkowanego Adriana”, ale ugryzł się w język ze względu na siostrę oraz resztę towarzystwa. Mikołaj skinął głową. Arek szybko pociągnął za klamkę i wypadł na korytarz, tuż za nim podążał jego nowy kolega, który nie mógł się powstrzymać i zerknął kontem oka na hol. Jednak coś go zaintrygowało. Stanął zatem i teraz pewnym ruchem odwrócił się. Jego usta przybrały kształt dorodnego i dużego „O”. Tam gdzie wcześniej wisiała głowa, nie było nic. Podobnie rzecz się miała z rękami, nogami i korpusem. Korytarz był pusty. Wyglądał dokładnie tak jak zapamiętali go gdy tutaj przybyli. Arkadiuszowi spadł kamień z serca. Gdzieś z tyłu głowy miał nadzieję, że sprzątaczki, czy Bóg wie kto, sprzątnie ciało jego brata, aby Amelia, jak i pozostali nie musieli oglądać już tego widoku. Jego modlitwy zostały wysłuchane jednak…

– Stary, pospieszmy się. Obawiam się, że nie mamy wiele czasu… – chłopcy weszli do pokoju, Mikołaj podniósł z łóżka zmiętoloną kartkę papieru i szybko wrócili tam skąd przyszli. Mężczyzna przeczytał pospiesznie to co zdołał napisać, przeczytał również proponowane odpowiedzi, ale dodał szczerze, że nie sądzi, aby którakolwiek była poprawna.

– Muszę iść… – wyrwał się Patryk – On mnie wzywa, czuję to – powiedział machinalnym tonem. Marcelina uwiesiła się na jego szyi, jakby nie wiedzieli się milion lat. Płakała, starała się go zatrzymać, ale chłopaka prowadziły jego nogi, a raczej mężczyzna który nimi zawładnął. Już mieli nadzieję, że gdy nie pójdą do tego paskudnego lochu to nic się nie stanie, ale jednak mężczyzna władał nadprzyrodzoną mocą. Prawdopodobnie tak samo zmusił Adriana, aby ten wyszedł z pokoju, albo co gorsza… Kazał mu się samemu okaleczyć. Patryk powłócząc nogami, taszczył na sobie Marcelinę, która teraz oplotła go nogami w pasie. Przyjaciele popatrzyli po sobie z nietęgimi minami i wszyscy razem ruszyli na spotkanie.

Tym razem podróż minęła im zaskakująco szybko. Tuż za rogiem biegł korytarz, na którego końcu  dostrzegli wielkie drzwi z tym dziwnym napisem. Gdy stanęli przed nimi, Patryk odwrócił się do przyjaciół i z każdym wymienił pełen emocji uścisk. Wiedział, że nie ma szans na przeżycie, wiedział, że wchodząc tam już nigdy ich nie zobaczy. Pocałował namiętnie Marcelinę, szepcąc jej do ucha, że ma być silna i że bardzo ją kocha.

Drzwi otwarły się. Patryk niepewnie wszedł do środka. Marcelina chciała wbiec za nim, ale wtedy wrota zamknęły się z hukiem.

9

 

– No wreszcie! Ileż można czekać! – rzekł mężczyzna, który siedział na fotelu dokładnie w takiej samej pozie jak wtedy gdy Patryk widział go ostatnim razem.

Pomieszczenie również nie uległo zmianie. W dalszym ciągu pachniało wilgocią, na ścianach wciąż znajdował się śluz. Powietrze przesycone było zgnilizną.

– Nie stój jak widły w gnoju! Mówże już! – zniecierpliwionym tonem odparł mężczyzna. Przeszywał spojrzeniem Patryka, który miał wrażenie, że mężczyzna wszedł do jego umysłu i wydobywa z niego najmroczniejsze sekrety. Chciał zająć myśli czymś miłym i przyjemnym. Przypominał sobie jak po raz pierwszy ujrzał Marcelinę, jak pierwszy raz poszli na randkę do parku gdzie pocałował ją tak niezdarnie jak to tylko możliwe. Poszedł pamięcią dalej, wizualizując ich pierwszy raz pełen miłości i namiętności. Przypomniał sobie jak pierwszy raz zaprosił ją do domu, aby poznała jego rodziców. Pamiętał każdy szczegół z jej twarzy, każdy nawet maleńki pieg. Umierając chciał ją mieć pod powiekami, aby śmierć wydała się łaskawsza.

– Moja odpowiedź to… – zawahał się chwilę. Spojrzał w oczy mężczyzny, które nie były już błękitne, a czarne jak otchłań, czarne jak… – Śmierć. – Patryk zobaczył jak na twarz mężczyzny wpełza szeroki uśmiech. Chłopak zamknął oczy.

 

10

 

– Nieeeee! – Marcelina wrzeszczała jak opętana. Waliła pięściami w drzwi, ale te nie chciały puścić. Dziewczyna osunęła się na kolana. Przyłożyła ucho do zimnego jak lód mosiądzu, ale niczego nie była w stanie usłyszeć. Do jej uszu wdzierał się jedynie dźwięk tłukącego się o klatkę piersiową serca i przyspieszonych oddechów przyjaciół.

Wtem drzwi uchyliły się lekko, przez co Marcelina wpadła do środka. W ułamku sekundy podniosła się z pozycji leżącej.

– Patryk? – wypowiedziała cichutko – Patryk!!! – teraz darła się jak kobieta na porodówce. Tuż za nią stali przyjaciele. Nie wierzyli własnym oczom.

Pomieszczenie było puste.

 

11

 

Marcelina z zapuchniętymi oczami ledwo trzymała się na nogach. Wiedziała, że prędzej czy później zobaczy ciało swojego ukochanego. Bała się tego, bała się że nie wytrzyma tego widoku i sama umrze z rozpaczy. Domyśliła się, że mężczyzna, który na nich poluje zabija zadając potworne cierpienie. W jej umyśle zamajaczył obraz, który obserwowała będąc na plaży. Bała się, że zastanie widok swojego narzeczonego pozbawionego głowy, wraz z wyrwanym kręgosłupem.

Amelia prowadziła teraz Marcelinę pod rękę z jednej strony, z drugiej zaś podtrzymywała ją Sandra. Dziewczyny zachowały zimną krew, chociaż w głębi siebie były przekonane, że kolejne ciało rozwali je na cząsteczki elementarne. Podobnie jak Marcelina nie chciały przeżywać podobnych odczuć jak przy znalezieniu rozczłonkowanego Adriana, jednak wiedziały również, że mężczyzna nie zaoszczędzi im tego widoku. Nie wiedziały kiedy to się stanie. W przypadku brata Amelii, jego śmierć nastąpiła na drugi dzień, albo w nocy kiedy wszyscy spali. Nie były w stanie określić dokładnej godziny śmierci.

Chłopcy wraz z Gabrielą szli daleko z tyłu za dziewczynami, aby te nie słyszały ich rozmowy.

– Ludzie do cholery, musimy wymyślić tą zasraną odpowiedź na to chore pytanie! Inaczej wszystkich nas pozabija! – histeryzowała Gabriela, która była cała roztrzęsiona. Mikołaj spojrzał na nią z autentyczną litością w oczach. Zastanawiał się kogo tym razem wezwie do siebie mężczyzna.

– Tak, musimy… – zachowywał kamienną twarz, ale myślami był daleko stąd.

– Nie daruje mu tego! – wykrzyknął Arkadiusz, co spotkało się z zainteresowaniem dziewczyn z przodu i jeszcze głośniejszym płaczem Marceliny. Chłopak przepraszająco skinął głową w jej stronę. Domyślał się co dziewczyna musiała przeżywać.

Powolnym krokiem doszli do pokoju Mikołaja w którym wszyscy postanowili, spać z racji jego rozmiarów. Mikołaj zaproponował, aby dziewczyny położyły się na łóżku, na którym bez problemu się zmieszczą. Nabrał później wątpliwości co do gabarytów Gabrieli, ale ta stwierdziła, że zadowoli się podłogą, ponieważ jak stwierdziła „nie interesują jej lesbijskie macanki w nocy”.

Przyjaciele odczuwali głód, ale bali się wyjść z pokoju. Postanowili podzielić się krakersami, które Gabriela trzymała w swojej torbie. O dziwo, znalazły się w niej jeszcze batony, cukierki i (O Panie Boże Dzięki Ci) dwa litry wody mineralnej. Mikołaj zastanawiał się, kiedy dziewczyna zdążyła przynieść jedzenie, ale zignorował tę myśl.

Zajadając słodycze, przyjaciele wymieniali porozumiewawcze spojrzenia. Marcelina uspokoiła się nieco. Każdy rzucał pomysłem na imię mężczyzny.

– Może to zwyczajny demon jest… – zastanawiała się Sandra

– Albo to imię jakiegoś demona… – kontynuował jej wątek Arkadiusz

– Kurde, nie znam żadnych imion demonów! Nie interesowało mnie to nigdy! – zrezygnowanym tonem odparła Amelia

– Jeśli chodzi o mnie to uważam, że… Fakt, na bank ten koleś jest demonem, ale co kultura to inne imię. Wiecie ile nazw wymyślono?! Nie zdajecie sobie z tego sprawy… Każdy demon czymś się charakteryzował, każde imię pochodziło od tego czym zasłynął, a tego jest do diabła i trochę! – perorował Mikołaj

Amelia podrapała się po głowie

– Może on po prostu nazywa się demon, albo… – spojrzała na Mikołaja – diabeł właśnie.

– Myślisz, że to jest takie proste?

– A może właśnie jest takie proste! Skąd mam wiedzieć?! Po cholerę w ogóle szłam do tej głupiej kolektury! Gdyby nie ja… Nic z tego by się nie wydarzyło! Adrian by żył! – głos się jej załamał i łzy spływały po jej bladych policzkach.

– Bez kości z niego zrodzony, ten który będąc martwym żywych ograbił, wąż pełza po jego ciele, a on dopełnia wszystkiego… – wyrecytował Arkadiusz – Jakoś nie pasuje mi to do diabła tudzież demona…

– Ale do cholery musimy coś wymyślić!

Jak na zawołanie przy oknie zmaterializował się mężczyzna, który teraz zanosił się śmiechem. Gabriela wrzasnęła przerażona, zakrywając usta dłonią. Mężczyzna stał z założonymi rękami na szerokiej piersi. Był ubrany zwyczajnie, nie miał na sobie już czarnej szaty, a zwykłe spodnie dżinsowe i jasną koszulkę polo. Na stopach miał modne Air Maxy, które zupełnie do niego nie pasowały. Z politowaniem patrzył na przerażone twarze.

– I jak wam idzie, moi mili kompani? Wiecie już kim jestem? – uniósł brew ku górze.

– Ja ci kurwa zaraz powiem kim jesteś! – Arkadiusz przemierzył w dwóch susach pomieszczenie i stał teraz naprzeciw mężczyzny. Chciał rzucić się na niego, sprać go na kwaśne jabłko, ale nie mógł. Czuł, że został sparaliżowany.

– Och, błagam! – rzucił mężczyzna, przechodząc koło niego – Myślicie, że możecie mnie pokonać tak po prostu? To ja tutaj panuję! Jesteście nic nieznaczącymi śmieciami, które mogę przerzucać i wyrzucać jak mi się podoba. Władam mocą o której nie macie pojęcia! Być może widzieliście takie czary mary w telewizji, ponieważ wątpię, że czytacie książki – to zdanie skierował do przestraszonej Sandry i jeszcze bardziej przerażonej Gabrieli, która nadal trzymała dłonie na ustach. – Następną osobą, która do mnie przyjdzie będzie… – mężczyzna popatrzył na dziewczyny, następnie na chłopców. Sandra miała wrażenie jakby mężczyzna bawił się teraz w wyliczankę. Nie pomyliła się – Gabriela! Tłusta, arogancka Gabriela! – ponownie zaśmiał się co przypominało krakanie kruka. – Tradycyjnie macie czas do następnego wieczora. A tymczasem mam dla was wspaniałą niespodziankę! Czeka na korytarzu! Dobrej nocy i spokojnych snów! – rzucił z uśmiechem na twarzy i zniknął.

Arkadiusz „ocknął się” z paraliżu. Impet wcześniejszego pobudzenia mięśniowego był zbyt silny i chłopak z całej siły uderzył głową w szybę, która huknęła głośno. Odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku drzwi. Nie chciał tego robić, ale jakaś siła zapanowała nad nim, podobnie jak nad jego przyjaciółmi. Marcelina chciała zasłonić oczy ręką, ale nie potrafiła. Czuła się dokładnie tak samo jak wtedy na plaży. Teraz już wiedziała, że mężczyzna potrafił zapanować nad ich umysłem i ciałem. Przyjaciele poruszali się jak w letargu. Nie mogli nic powiedzieć. Szli po prostu przed siebie. Arkadiusz otworzył ciężkie drzwi i wyszedł na korytarz, który teraz świecił jak choinka bożonarodzeniowa. Przesunął się w bok robiąc miejsce pozostałym. Marcelina płakała bezgłośnie. Ujrzała nagie ciało leżące na ziemi. Dziewczyna nie była w stanie rozpoznać narzeczonego, ponieważ skóra twarzy „rozlała się”, Mikołaj domyślał się, że została polana kwasem, bowiem była wręcz wypalona. Całe ciało pokryte było bąblami. Ręce ułożone wzdłuż ciała nie przypominały rąk, raczej dwie spalone gałązki, nogi zaś obdarte zostały do kości. Marcelina nie chciała nawet wyobrażać sobie jakie katusze musiał przejść chłopak zanim umarł.

Wszyscy wpatrywali się w zmasakrowane ciało jakby było jakimś zaginionym obrazem, który każdy chce zobaczyć. Mijały kolejne minuty, nikt nie mógł się poruszyć. Mogli tylko stać i patrzeć. W powietrzu unosił się zapach rozkładającego się ciała.

Korytarz nagle pogrążył się w ciemności. Amelia wrzasnęła, Gabriela i Sandra zawtórowały jej. Marcelina zaniosła się spazmatycznym płaczem. Chłopcy niepewnie poruszyli rękoma. Po upływie kilku sekund korytarz znów się rozjaśnił, jednak teraz ciało zniknęło.

Koszmar dobiegł końca.

 

12

 

– To nie może się dziać naprawdę! – Gabriela nerwowo machała rękami i chodziła w kółko po pokoju, który teraz wydawał się zbyt mały i duszny. Marcelina, która wypłakała morze łez siedziała w kącie z podkulonymi nogami i rękami niedbale trzymanymi na kolanach. Na niczym już jej nie zależało. Chciała jak najszybciej umrzeć i żałowała, że to właśnie Gabryśka musi teraz iść do mężczyzny. Chciała zająć jej miejsce, ale zauważyła, że nieznajomy nie lubił arogancji. Bała się, że później zemści się to na niej.

– Kurwa! – krzyknęła Sandra – Co za pojebana akcja! – dziewczyna siedziała na łóżku i wpatrywała się w obraz przedstawiający przystojnego młodzieńca. – Błagam was, wymyślmy coś! Nie chcę stracić już nikogo z was!

Gabriela była blada jak kartka papieru. Powoli dopuszczała do siebie myśl, że może umrzeć i najprawdopodobniej tak się stanie. Zastanawiała się co dzieje się z ciałami. Przez ułamek sekundy myślała, że Adrian i Patryk żyją. W końcu ciała nie pojawiają się i nie znikają ot tak, ponadto mężczyzna potrafił manipulować ich umysłami. Jeśli jednak żyją to gdzie są? Już miała o to zapytać gdy jej myśli przerwał Arkadiusz.

– Pamiętam taką historię… Opowiadał mi ją kumpel z pracy. Krąży taka legenda o kolesiu, który był opisany w Apokalipsie Świętego Jana… Był aniołem zagłady, który wyłaniał się z otchłani i niósł cierpienie tym, którzy nie mieli pieczęci Boga. Nazywał się Abaddon.

– Myślisz, że to o to chodzi? Uwziął się na nas bo nie chodzimy do kościoła? – pytała Gabryśka

– Nie mam pojęcia…

– Przepraszam, ale ja… No ja chodzę do kościoła – nieco zawstydzony wyznał Mikołaj, który teraz oblał się krwistym rumieńcem.

Przyjaciele spojrzeli na niego jakby zdradził im największą tajemnicę świata.

– Kurwa, czyli to nie Abaddon! – Gabriela była bliska płaczu. Opadła zrezygnowana na podłogę tak, że aż zatrzęsła się szyba – Zginę. Ten gnój mnie zabije! – Chciała wybuchnąć płaczem, ale nie umiała się na to zdobyć. Tłumiła wszystko w sobie. Chciała wyjść na osobę, która ma wszystko w głębokim poważaniu.

– Gabi… Coś wymyślimy. Mamy całą noc i jeszcze dzień – pocieszała ją Sandra, która teraz subtelnie usiadła obok przyjaciółki i objęła ją szczupłym ramieniem.

– W dupie to mam! Ja mu zaraz powiem kim on jest! – Gabriela zerwała się szybko z miejsca i wybiegła na korytarz. Arkadiusz chciał stanąć w drzwiach, zagradzając dziewczynie drogę, ale ta pomimo swojej otyłości była szybsza. Biegnąc przed siebie starała się oczyścić umysł. Szybko pokonała odległość od pokoju Mikołaja do ogromnych drzwi z tajemniczym napisem edednabrof.

– Jestem Ty durniu! Otwieraj te cholerne drzwi! – wykrzyknęła Gabriela.

Nim przyjaciele zdążyli do niej dobiec i ją powstrzymać, ta zniknęła w ciemności pomieszczenia. Drzwi z hukiem zatrzasnęły się za nią, pozostawiając osłupiałych towarzyszy samych sobie.

 

13

 

Pomieszczenie do którego weszła nic się nie zmieniło. Nadal było upiorne, na ścianach nadal pełzał czarny śluz, w powietrzu unosił się smród zgnilizny i wilgoci. Przez chwilę Gabriela pożałowała swojej decyzji, jednak wypięła pierś do przodu, powtarzając sobie, że da radę. Musi być pewna siebie, musi wyglądać na osobę, która wie co robi.

Pomimo ciemności, dziewczyna czuła, że nie jest sama. Wiedziała, że mężczyzna patrzy na nią, obserwuje ją. Loch zaczął się powoli rozjaśniać, jak w kinie po zakończonym seansie. Gabrielę zabolały oczy i odruchowo je zamknęła na moment. Ten moment jednak wystarczył, aby mężczyzna doskoczył do niej. Patrzył jej prosto w oczy z nieukrywaną pogardą. Dziewczyna chciała napluć mu w twarz, ale powstrzymała się. Nie chciała pogarszać, swojej już i tak beznadziejnej sytuacji.

– Czego ode mnie chcesz? – zdenerwowanym głosem odparł mężczyzna – Tak ci się spieszy do śmierci?

– Chciałam ci powiedzieć kim jesteś!

– Czekam zatem – mężczyzna odwrócił się do niej plecami i zwinnym krokiem podszedł do swojego tronu na którym zasiadł. Wyglądał na nim komicznie w stroju, w którym wcześniej zdążył się zaprezentować. Jego związane w kucyk włosy opadały nieco na twarz. Dłonie ułożył w wieżyczkę i przystawił sobie do ust.

– Jesteś zasranym psychopatą! Głupim, skretyniałym debilem, który nie ma co robić więc zabija sobie ludzi! Nienawidzę cię! Z całego serca cię nienawidzę! Przyjemność sprawia ci patrzenie jak cierpimy? Tylko wtedy ci staje?! A może w ogóle nic nie masz pomiędzy nogami, co?! – Gabriela poczerwieniała ze złości. Wpatrywała się w błękitne oczy mężczyzny, ale nie dojrzała w nich żadnej zmiany. Jej przekleństwa nie robiły na nim żadnego wrażenia.

– Skończyłaś już, czy masz coś jeszcze do dodania?

– Jesteś pojebem, który powinien dawno zgnić! Jesteś tutaj sam i pewnie dlatego ci odwala! Smutno tak nie mieć przyjaciół, co? Musisz ich sobie szukać tak jak nas! Przywołujesz ich do siebie i bawisz się nimi! A może jednak Adrian i Patryk żyją! Może trzymasz ich gdzieś dla siebie, żeby sobie z nimi porozmawiać?! Może tak ich zmanipulowałeś, że pijecie sobie razem piwo! Drań z ciebie!

– Droga Gabrielo… Podoba mi się twoje zawzięcie. Może nawet przekonasz się na własnej skórze, czy posiadam coś między nogami. Chciałem cię jednak zapewnić, że twoi koledzy nie żyją i jest to tak pewne, jak to że i ty zginiesz, jeśli nie odpowiesz na moje pytanie.

– Moja odpowiedź to skurwiel. Jesteś skurwielem i to jest twoje imię!

– Czy jesteś pewna swych słów? Daję ci ostatnią szansę, pomyśl.

– Mam cię w dupie! I tak! To moja odpowiedź! – Gabriela krzyczała tak głośno, że sama nie wiedziała, iż to potrafi. A może to tylko akustyka tego pomieszczenia sprawiała, że jej głos tak grzmiał?

Mężczyzna przyglądał się jej uważnie obmyślając w jaki sposób ją zabije. Postanowił, że dziewczyna będzie cierpieć, o tak. To pewne. Podszedł do niej pewnym krokiem i chwycił za szyję.

– Klękaj przed swoim panem! – z łatwością oderwał jej stopy od podłogi, a następnie rzucił ją na kolana. Dziewczyna była zbita z tropu, nie wiedziała co się dzieje. Czyżby mężczyzna miał ochotę na małe co nieco?

– Jeśli myślisz, że ci obciągnę to się mylisz! – rzuciła patrząc mu prosto w oczy. Jej słowa spotkały się z szczerym śmiechem, przez co dziewczyna myślała, że ten mężczyzna jest zdolny do jakichkolwiek uczuć. Pomyliła się jednak. To co zobaczyła później pozbawiło ją wszelkich złudzeń. Na jej oczach mężczyzna zaczął się zmieniać. Zaczęła przeraźliwie krzyczeć.

 

14

 

Przyjaciele słyszeli każde słowo, które wydobywało się zza drzwi, dzięki donośnemu głosowi Gabrieli. Amelia co chwilę łapała się za głowę. Nie mogła uwierzyć w to co słyszy. Jak Gabryśka mogła być taką idiotką? Chociaż może był to jakiś sposób na przetrwanie? Skoro mężczyzna nie chciał po dobroci, to może arogancja jest bronią? Szybko okazało się, że nie ponieważ zza drzwi dobiegł ją przeraźliwy krzyk. Wiedziała, że już nigdy nie zobaczy Gabrieli.

Sandra zaczęła płakać. Robiła to jednak z gracją. Nie wyła w niebogłosy jak jej koleżanki. Płakała w ciszy, pozwalając aby jej łzy leciały dokąd chcą. Arkadiusz wziął ją w ramiona i ucałował delikatnie w czoło, dodając otuchy. Dziewczyna była zła na siebie, że nie zdążyła powstrzymać przyjaciółki. Czuła się odpowiedzialna za jej śmierć. To przez nią tutaj się znalazły. To ona zdobyła te wstrętne bilety. Brzydziła się sobą. Chciała umrzeć jak najszybciej. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że dokładnie takie same myśli błąkają się po głowie Marceliny i Amelii.

Wstrząśnięci całym zajściem postanowili wrócić do pokoju.

– Ludzie… A może po prostu spróbujemy stąd wyjść? Cały czas siedzimy w tym koszmarnym zamku. Nie próbowaliśmy wychodzić… Może… – rzucił pomysłem Arkadiusz.

Amelia szybko go podchwyciła

– Spróbujemy, chociaż nie sądzę, aby ten koleś nas stąd tak po prostu wypuścił.

– Tęsknię za oceanem – powiedziała zapłakana Sandra

Przyjaciele postanowili wyjść na zewnątrz. Zastanawiali się czy odnajdą drogę do drzwi przez które kilka dni temu wchodzili, jednak nie było to problemem. Już po skręceniu w pierwszy korytarz dostrzegli wielkie mosiężne drzwi. Nadzieja rozpromieniła twarz Sandry, która starała się nie myśleć o przyjaciółce. Amelia jako pierwsza dostrzegła, że drzwi są uchylone, jakby zachęcały do wyjścia. Mikołaj uważał, że to pułapka, jednak nie chciał niczego mówić. Domyślał się, że to jest zbyt piękne, aby było prawdziwe. Amelia zaczęła biec przed siebie, szybko dotarła do drzwi ciągnąc je do siebie, jakby się bała, że te zatrzasną się przed jej małym nosem. Owiał ją przyjemny wiatr znad oceanu. Księżyc wisiał wysoko na niebie, rozświetlając plażę. Woda szumiała kojąco.

Sandra wpatrywała się w piękne otoczenie i nie mogła uwierzyć, że na tej cudownej wyspie dzieją się takie makabryczne rzeczy. Zastanawiała się tylko czy piloci samolotu oraz kapitan statku o wszystkim wiedzieli. Dziewczyna usiadła na piasku, nabierając do dłoni piasku. Przesypywała go pomiędzy palcami. Amelia podeszła do koleżanki i usiadła obok niej. Nie chciała nic mówić. Chciała w jakiś sposób cieszyć się tą chwilą.

Marcelina wraz z Arkadiuszem oddalili się od nich. Podeszli do wody. Dziewczyna ściągnęła sandały i weszła do oceanu. Arek podążał tuż za nią. Dopiero teraz zorientował się, że już dawno nie brał prysznica. Jednak w dobie takich okoliczności nie mógł myśleć o higienie osobistej. Pływał obok Marceliny, jakby bał się że dziewczyna postanowi się utopić. Traktował ją jak swoją drugą siostrę, którą musi się opiekować.

Mikołaj usiadł pod dużą palmą mając na oku wszystkich przyjaciół. Poniekąd dziękował Bogu, że zdobył tylko jeden bilet. Gdyby musiał zabrać kogoś ze sobą… Co prawda nie miał jakiejś bliskiej osoby, ale prawdopodobnie zaprosiłby Agnieszkę, dziewczynę, która niedawno zatrudniła się w jego firmie. Gdyby ona umarła, byłaby to jego wina. Nie chciał przeżywać tego co przyjaciele, chociaż każda śmierć wbijała mu sztylet w serce. Chciał temu zapobiec, ale nie potrafił. Czuł, że wszyscy zostaną pozbawieni życia. Chłopak dostrzegł, że Marcelina z Arkadiuszem wychodzą z wody. Przypomniał sobie Gabrielę, która w sposób podobny do psa, strząsnęła z siebie ostatnie krople chłodnego oceanu. Pamiętał wtedy swoją myśl, która mówiła mu, że jej nie polubi. Jakże się pomylił! Dziewczyna pomimo swojej niesubordynacji była urocza. Jeśli coś jej się nie podobało mówiła o tym wprost, żartowała z wszystkiego z czego można żartować. Jednak gdy znalazła się w trudnej sytuacji potrafiła zachować zimną krew.

Marcelina podeszła do dziewczyn, Arkadiusz zaś do Mikołaja. Chciał z nim porozmawiać.

– Dawno się tak dobrze nie czułem – powiedział

– Aha – mruknął pod nosem Mikołaj

– Jak myślisz, przeżyjemy?

– Jeśli mam być szczery to nie. Jeśli mam myśleć pozytywnie to chcę wierzyć, że nam się uda. Chcę utrzymać tę nadzieję przy sobie.

Chłopcy nie odezwali się już słowem. Wpatrywali się w ciemną taflę wody. Księżyc leniwie przesuwał się po niebie. Mikołaj dostrzegł, że dziewczyny zasnęły. Chciał poprosić Arka o pomoc w przeniesieniu ich do pokoju, jednak ten również zapadł w sen.

Chłopak westchnął cicho i oparł głowę o palmę. Przyglądał się niebu, dzięki któremu popłynął do swoich marzeń.

 

15

 

Promienie słońca przedzierały się przez chmury, ogrzewając zaspane twarze. Sandra nerwowo oderwała się z miejsca, budząc przy tym koleżanki. Była zdezorientowana, nie wiedziała gdzie się znajduje. Przypomniała sobie, że przecież w nocy wyszli na plażę. Piasek przykleił się do jej skóry. Przez chwilę, dosłownie przez ułamek sekundy dziewczyna była pewna, że cały cień ubiegłych wydarzeń, których była świadkiem był tylko sennym koszmarem. Uprzytomniła sobie jednak, że to zdarzyło się naprawdę. Niewiele myśląc, rozebrała się do naga i wbiegła do oceanu, jakby chciała pozbyć się tego brzemienia z ramion. Chłód oceanu orzeźwił jej ciało. Nabrała nowej siły do walki. Miała nadzieję, że dzięki temu prowizorycznemu prysznicowi jej mózg zacznie poprawnie działać i podsunie jej jakąś racjonalną odpowiedź.

Dziewczyny wciąż siedzące na plaży popatrzyły na siebie wymownie i poszły w ślady Sandry. Zrzuciły z siebie wszystkie ubrania i wbiegły do wody. Chciały choć przez chwilę skorzystać z dobrodziejstw tego miejsca. Pierwszy raz od znalezienia ciała Adriana, na ich twarzach wystąpił pełen radości uśmiech. Smutek wybrał się na spacer, jednak miał z niego szybko wrócić.

Mikołaj otworzył zaspane oczy i dostrzegł roześmiane nagie koleżanki. Szturchnął Arka w ramię próbując go obudzić. Udało mu się dopiero po kilku solidnych uderzeniach w rękę.

– Co do chu… – zaczął, ale Mikołaj sprawnie zakrył mu usta dłonią, co wyglądało nieco dziwnie. Arkadiusz powiódł wzrokiem za palcem, który wystawił kolega i dostrzegł swoją siostrę, golusieńką jak ją Pan Bóg stworzył. Już miał na nią nawrzeszczeć, kiedy zobaczył Sandrę. Jej piękne szczupłe ramiona skrzyły się teraz jakby była zrobiona z diamentów. Od razu przypomniał sobie „Zmierzch”, książkę w której wampiry błyszczały w słońcu. Uśmiechnął się na tę myśl. Chłopcy patrzyli z pożądaniem na dziewczyny, zapominając o cierpieniu. Chcieli do nich iść, zatopić się z nimi w falach oceanu, przeżyć niezapomniane chwile, łącząc ich ciała w jedno.

Dziewczyny ochlapywały się wodą. Wzrok Amelii powędrował ku palmie, pod którą skrył się Mikołaj z jej bratem. Dziewczyna pisnęła i zasłoniła piersi rękami. Nie chciała, aby jej rodzony brat widział ją bez biustonosza. Marcelina spojrzała w tym samym kierunku co koleżanka i również zasłoniła biust. Jedynie Sandra nie przejęła się chłopakami. Na potwierdzenie jeszcze bardziej wypięła klatkę piersiową do przodu i potrząsnęła piersiami, które zabawnie zafalowały.

Arkadiusz myślał, że zaraz wybuchnie. Miał ochotę podejść do Sandry i kochać się z nią w wodzie aż do utraty tchu. Z całego serca żałował, że nie poznał jej wcześniej.

Mikołaj zauważywszy, że dziewczyny zorientowały się, iż są podglądane, odwrócił się speszony. Nie wyobrażał sobie, że będą później siedzieć razem w pokoju jak gdyby nigdy nic.

Amelia wraz z Marceliną wybiegły z wody, chwytając swoje ubrania i zakładając na mokre ciało. Ciuchy przykleiły się do nich, ale wolały być mokre niż nagie. Amelia przysięgła sobie, że walnie później swojego brata. Sandra powolnym krokiem wychodziła z wody niczym nimfa. Fale odbijały się od jej ciała. Kiedy dziewczyna wyszła z wody, odwróciła się plecami do chłopców. Schyliła się po ubrania. Leniwie zaczęła się ubierać.

Chłopcy patrzyli na nią z otwartymi ustami.

– Nie gapcie się tak! – rzuciła poddenerwowana całym zajściem Amelia. – Chodźcie tu już! – zamachała do nich ręką.

Wstali z miejsc, otrzepali pokryte piaskiem spodnie i podeszli do dziewczyn. Arkadiusz nie mógł oderwać wzroku od pięknej blondynki, która teraz uśmiechała się do niego zalotnie.

– Dobra, popatrzyliście sobie, my się trochę rozluźniłyśmy. Czas wracać do rzeczywistości… – rzuciła Amelia. Bała się wchodzić do zamku, ponieważ była pewna, że zobaczą kolejne zmasakrowane zwłoki.

– Możemy tu zostać? – nieśmiało zapytała Marcelina

– Kochana… Gdy sami tam nie wrócimy, on znowu nas do tego zmusi, a ja nie chcę żeby ponownie wszedł do mojej głowy – odparła Amelia. Marcelina smutno przytaknęła głową i całą piątką wrócili do zamku.

Zaraz po przekroczeniu progu do ich nozdrzy doleciał cudowny zapach jedzenia. Jak na zawołanie ich brzuchy zaczęły burczeć. Popatrzyli po sobie niepewnie, ale głód zwyciężył. Wolnym i ostrożnym krokiem poszli do przeciwnych drzwi, przez które wcześniej wprowadzał ich lokaj, który jak się okazało nie istnieje.

Otworzyli podwójne wrota i weszli do jadalni, która nie różniła się niczym od ich ostatniego pobytu tutaj. Przyjaciele od razu zajęli miejsca i zaczęli jeść to co zostało przygotowane. Wypili sok pomarańczowy. Arkadiusz beknął głośno co Amelia skomentowała przewróceniem oczu. Marcelina niepewnie zaproponowała, aby wrócili na plażę. Tam było o wiele przyjemniej niż w środku. Przyjaciele zgodnie skinęli głowami i zaraz po tym ponownie wyszli na zewnątrz.

Na plaży panował upał, przez co wszyscy schowali się pod palmą, dającą mnóstwo cienia. Wpatrywali się w bezkresny ocean, gdy nagle Amelia kątem oka dostrzegła jakiś kształt. Już myślała, że to mężczyzna po nich przyszedł, ale nie. Dziewczyna odwróciła głowę w tamtym kierunku, co zainteresowało przyjaciół. Sandra zaczęła płakać. Od razu rozpoznała przyjaciółkę. Zerwała się z miejsca i pobiegła w kierunku ciała. Sandra dostrzegła wyrwę w ogromnym brzuchu przyjaciółki, z której wystawał pal. Z ust Gabrieli wypływała krew. Sandra przytuliła martwe ciało, nie przejmując się ubrudzeniem. Łzy spływały z jej oczu. Przypominała sobie wspólnie spędzone chwile z przyjaciółką, przypomniała sobie ich spotkanie, ich każdą „grubszą akcję”. Podniosła głowę znad ciała i popatrzyła w puste oczy przyjaciółki. Piasek chłonął krew jakby była jego pożywieniem. Sandra spojrzała w dół i zauważyła napis. Kolejne imię. Ucałowała delikatnie jej policzek i odwróciła się na pięcie.

Minęła przyjaciół i weszła wprost do zamku. Arkadiusz pobiegł za nią.

– Sandra! Sandra, zaczekaj!

Dziewczyna odwróciła się szybko i spojrzała w twarz Arka. Dostrzegła jego ciemne włosy i oczy. Te piękne brązowe oczy. Niewiele myśląc wspięła się na palcach i namiętnie pocałowała chłopaka, który po chwilowym stanie stuporu oddał pocałunek. Trwali w tej chwili całą wieczność. Wszystko odeszło w zapomnienie, zostali tylko oni. Sandra oderwała na chwilę usta od ust chłopaka i chwyciła go za rękę ciągnąc w stronę pokoju. Chłopak nie chciał wykorzystywać okazji, pytał kilkukrotnie czy dziewczyna tego chce, ale ta nie zwracała na niego uwagi. Powiedziała tylko, że przed śmiercią chciałaby jeszcze raz się z nim kochać. Arkadiusz spełnił jej i przy okazji swoje marzenie.

 

16

 

Amelia, Marcelina i Mikołaj siedzieli w jego pokoju. Starali się ignorować jęki dochodzące zza ściany. Byli trochę zdziwieni sytuacją w której Sandra opłakując swoją koleżankę przeżywa teraz kurację odstresowania.

– Ekhm – odchrząknął skrępowany Mikołaj – Może zastanówmy się czy jest jakaś analogia, chronologia czy cokolwiek, co bierze pod uwagę mężczyzna…

– Chodzi ci o to czy ma jakiś wzór za pomocą którego zabija? – dopytywała Amelia

– Tak, dokładnie o to mi chodzi – pewniej odpowiedział chłopak

– Jest analogia. Zauważyłam ją i jestem prawie pewna, że jest słuszna. – zaczęła Marcelina, prostując nogi na łóżku – Najpierw umarł Adrian, został odebrany tobie – spojrzała na zdenerwowaną Amelię – i Arkowi, później umarł Patryk – wypowiadając jego imię Marcelina zacisnęła mocno szczękę powstrzymując płacz – został odebrany mi… Później Gabrysia, przyjaciółka Sandry…

– O kurwa! On odbiera nam najważniejsze osoby! – Amelia dostała olśnienia. Marcelina przytaknęła. Była przerażona. Jeszcze nie tak dawno chciała, aby było już po wszystkim, aby umarła, a teraz gdy śmierć zbliżała się wielkimi krokami chciała żyć.

– Mam wrażenie, że on karmi się naszym cierpieniem, dlatego zabija w tak okrutny sposób i dlatego odbiera nam osoby które kochamy z tym, że teraz cała analogia idzie w pizdu – włączył się Mikołaj.

Amelia chciała coś powiedzieć, ale wtedy do pokoju weszli Sandra z Arkiem. Dziewczyna była cała czerwona, nie wiadomo czy była to oznaka upojnego popołudnia czy upału panującego na zewnątrz. Może jedno i drugie?

– Przepraszamy… – zaczął Arek

– Siadaj, musimy wam coś powiedzieć – stanowczo rzuciła Amelia. Opowiedziała im krótką wymianę zdań, która nastąpiła zaledwie chwilę temu. Powiedziała o tym, że jak Arek pobiegł za Sandrą, pozostali podeszli do ciała Gabrieli i przeczytali imię, które aż krzyczało z ziemi „Marcelina”. Na twarzy Arkadiusza malowało się współczucie.

– Może jeszcze z czymś się zdradzi i będzie nam łatwiej dojść do odpowiedzi…

– Dobra, tylko co ja mam mu powiedzieć? Przecież nie mam pojęcia kim jest! – Marcelina wpadła w histerię

– Adriana rozczłonkował, Patryka oblał kwasem, spalił mu ręce, a nogi obdarł ze skóry aż do kości, Gabriela została nabita na pal – zamyślił się na chwilę Mikołaj – kurde, nie widzę związku ze śmierciami. Wygląda na to, że zabija sposobem jaki akurat wpadnie mu do głowy…

– No to poczekamy, aż zabije kolejnego z nas. Może wtedy coś zauważymy – opierając się o ścianę i zakładając ręce na piersi powiedziała Sandra. Dziewczyna miała już w nosie to co się wydarzy. Czym nie omieszkała podzielić się z przyjaciółmi. Marcelina była na nią wściekła. To ona idzie na spotkanie ze śmiercią, którą prawdopodobnie pozna bardzo dokładnie i blisko, a koleżanka nie wykazywała żadnych oznak współczucia.

– Małpa z ciebie! – wykrzyczała jej w twarz

Sandra zaczęła się śmiać. Sama nie wiedziała dlaczego tak jest. Po prostu jej uczucia odeszły, stała się zimna. Zastanawiała się czy gdyby na jej oczach mężczyzna zabił kogoś, czy w jakiś sposób by ją to poruszyło. Doszła do wniosku, że prawdopodobnie nie. Widok martwej przyjaciółki całkowicie pozbawił ją człowieczeństwa.

– Odwal się! Idź już lepiej do tego całego demona, niech skróci twoje i tak nędzne życie. Nie wiem co ten Patryk w tobie widział. Chyba tylko to co masz między tymi krótkimi girami! Jak umrzesz nikt nie będzie tęsknił, ani płakał! Jakbyś znikła i tak nikt by nie zauważył! – Sandra pluła jadem na koleżankę, która stała przed nią ze łzami w oczach.

Marcelina była introwertyczką, zamiast imprezować czy szwendać się po mieście wolała zostać w domu i przeczytać książkę. Nie ma co ukrywać, dziewczyna po prostu bała się ludzi. Bała się tego, że mogą zrobić jej krzywdę. Tylko dzięki Patrykowi mogła w miarę normalnie funkcjonować, tylko przy nim czuła się sobą i nie wstydziła się tego kim jest. Jednak gdy trafiała do nowego otoczenia strach chwytał ją w swoje ramiona, a ta nie potrafiła się z nich uwolnić chociaż bardzo się starała. Zabolały ją słowa nowej koleżanki. Myślała, że ta choć trochę ją polubiła, srodze się przeliczyła.

– Sandra! – przez zaciśnięte zęby sapnął Arkadiusz, który był pod wrażeniem zmiany jaka zaszła w jego kochance.

– A ty co? Teraz będziesz jej bronił? A może ją też przelecisz przed śmiercią, co? Przyda jej się.

– Dziewczyno co się z tobą stało? – Arek próbował podejść do Sandry, ale ta odsunęła się od niego jakby chłopak był trędowaty

– Walcie się wszyscy! Mam was dość! – wyrzuciła z siebie, omijając Marcelinę potrąciła ją ramieniem i wyszła z pokoju.

Przyjaciele osłupieni nie wierzyli w to co się stało, Amelia przez ułamek sekundy myślała, że mężczyzna zawładnął umysłem koleżanki, ale jak dotąd tego nie robił po to by ich skłócić, zatem odrzuciła tę ideę.

– Sandra ma rację – Marcelina odwróciła się do przyjaciół i na chwilę nawiązała z każdym z nich kontakt wzrokowy. – Nikt za mną nie będzie płakał, nie znacie mnie tak dobrze jak innych. Gdyby nie Patryk to pewnie siedziałabym cały dzień w swoim pokoju i słowem bym się nie odezwała. Taka już jestem… Zawsze taka byłam – zrezygnowała podeszła do łóżka i ponownie na nim usiadła, chowając twarz za swoimi kasztanowymi włosami, które pod wpływem wody były poskręcanymi lokami. Amelia podeszła do dziewczyny i objęła ją ramieniem.

– Hej, nie smuć się. Sandra nie ma racji. Jesteś dla nas równie ważna co pozostali. To prawda, jesteś troszkę cicha i nieśmiała, ale nie jest źle, przecież normalnie z nami rozmawiasz, śmiałaś się, nawet razem z nami nago wskoczyłaś do oceanu! Czy tak robi osoba która się boi ludzi? – Amelia odgarnęła koleżance włosy i ujęła jej twarz w dłonie, patrząc prosto w oczy – Jesteś ważna, jesteś kimś i nigdy nie myśl, że jest inaczej.  – dziewczyna utuliła koleżankę do siebie i pogładziła po włosach.

– Chyba już czas się pożegnać… – powiedziała Marcelina przez zatkany nos, spowodowany płaczem. Dziewczyna podziękowała Amelii za wszystko co ta dla niej zrobiła, podziękowała za tę chwilę dzięki której nabrała nowej odwagi i pewności siebie. Powiedziała jej, że ma nadzieję, iż jeszcze się spotkają, tam po drugiej stronie. Dziewczyna pożegnała chłopców również dziękując im za wsparcie. Prosiła, aby zaopiekowali się Amelią oraz Sandrą. Marcelina zastanawiała się czy pójść do dziewczyny, ale suma summarum zrezygnowała. Nie chciała znów płakać, a wiedziała, że tak się stanie gdy tylko Sandra powie o dwa słowa za dużo. Marcelina wierzchem dłoni otarła ostanie spływające łzy i podeszła do drzwi pokoju. Poprosiła przyjaciół, aby nie szli z nią. Chciała sama pójść na spotkanie śmierci i chciała oszczędzić im swego cierpienia. Przyjaciele wykłócali się chwilę, ale w końcu przystali na jej prośbę. Marcelina po raz ostatni spojrzała na ich twarze, pogrążone teraz w pełnym i szczerym smutku. Pomachała jakby odchodziła tylko na chwilę i wyszła zamykając za sobą drzwi. Przyjaciele usiedli na łóżku, chłopcy po bokach, Amelia w środku. Przytulili się do siebie i pogrążyli w ciszy.

 

17

 

Szczęście to drobiazg, komplement, niezapomniana chwila czy pocałunek. Szczęście to niezwykły „towar” – im więcej go dajesz, tym więcej zdobywasz. Wieczorową porą człowiek analizuje cały swój dzień, a może nawet swoje życie. Zastanawia się co powiedział, czego mógł nie mówić, albo co zrobił nie tak jak powinien, żałując pewnych decyzji, które później ciągną się za nim przez kolejne dnie nie dając o sobie zapomnieć. Wielu chciałoby cofnąć czas, coś powtórzyć lub zrobić zupełnie inaczej. Dlaczego nie robimy tego na co mamy akurat ochotę? Co nas powstrzymuje? Co mamy do stracenia? Czy nie warto choć przez chwilę być egoistą i zawalczyć o swoje marzenia? Nic nie dzieje się bez przyczyny. Ludzie, którzy pojawiają się na naszej drodze znaleźli się tam ponieważ tak chciał los. To od nas zależy czy damy im szansę i zaprosimy do swojego życia. Jednak co zrobić gdy ktoś chce do niego wejść, a my zwyczajnie zamykamy mu drzwi przed nosem, żałując później i błagając los, aby jeszcze raz spotkać tę osobę. Niestety czasami nie jest to takie proste. Czasami taka osoba pojawia się raz w życiu, a my odcinając się od niej tracimy szansę na lepsze jutro. Możemy błagać na kolanach, ale nic z tego. Nie wykorzystaliśmy okazji, która odeszła być może do kogoś innego.

Marcelina idąc ciemnym korytarzem, słyszała głos Sandy, który huczał, że jest nic nie znaczącą osobą. Być może miała rację. Teraz gdy nie było już Patryka została sama. Już wielokrotnie próbowała zmienić swoje nastawienie do życia i do świata, ale zwyczajnie nie potrafiła. Gdy już była o krok do przodu, zawsze wydarzyło się coś przez co się cofała i tak w kółko.

Dziewczyna zatrzymała się na chwilę przed ogromnym obrazem na którym namalowany był mały chłopiec. Biegał za kaczkami, zupełnie nie przejmując się swoim ubrudzonym ubraniem, które nawet po wypraniu już nie będzie takie jak wcześniej. Marcelina chciała żyć tak jak ten chłopiec. Nie chciała przejmować się tym jak ocenią ją ludzie, którzy w ogóle jej nie znają. Gdyby tylko dostała jeszcze jedną szansę… Dziewczyna westchnęła przeciągle pod nosem i leniwym krokiem ruszyła przed siebie, doskonale znając już drogę. Po niespełna ośmiu krokach przed nią wyrosły ciężkie wrota. Dziewczyna zamknęła oczy, przywołując w myślach swojego narzeczonego. Wierzyła w to, że nadal przy niej jest. Drzwi stanęły przed nią otworem. Niepewnie przestąpiła próg.

– Witaj gołąbeczko! – radośnie powiedział mężczyzna – Nie spodziewałem się ciebie tak wcześnie – zmarszczył czoło i popatrzył na dziewczynę, która spąsowiała. Trzymała ręce wzdłuż ciała z całej siły zaciskając dłonie w pięści. Redukowała tym napięcie, które z każdą chwilą narastało. Dziewczyna nie czuła już nawet smrodu, który ją otaczał. Wpatrywała się cały czas w podłogę. Nie miała odwagi spojrzeć na mężczyznę.

– Och, jesteś doprawdy urocza gdy się denerwujesz. Ten rumieniec ci pasuje! – mężczyzna zaśmiał się głośno – Przejdźmy do konkretów. Jaka jest twoja odpowiedź? – jego twarz w sekundzie spoważniała. Z rękami opartymi na poręczach fotela lustrował dziewczynę.

Marcelina nie do końca przemyślała swoją odpowiedź, pamiętała jedynie, że ktoś z jej nowych znajomych wypowiedział jakieś imię, które chciała wykorzystać. Tylko jak ono leciało… Usilnie starała je sobie przypomnieć, ale strach zżerał ją od środka. Jej mózg odjechał na białym koniu w siną dal pozostawiając ją na pastwę losu.

– No weźże się pospiesz! Nie mam czasu! – mężczyzna tracił powoli cierpliwość. Teraz on zacisnął dłonie w pięści

– Abaddon – nieśmiało wypluła Marcelina

– Coś ty powiedziała? – tym razem na twarzy mężczyzny malował się autentyczny podziw i zaskoczenie

– Abaddon – pewniej powtórzyła Marcelina. Odważyła się podnieść głowę i spojrzała w błękitne oczy prześladowcy, które teraz jakby się zmieniały.

Mężczyzna odczekał pełną minutę, pozostawiając dziewczynę w niepewności. Jej serce tłukło się w klatce piersiowej. Nagle mężczyzna zaczął się obrzydliwie śmiać. Z ociąganiem uniósł się z fotela i podszedł do dziewczyny, która dzielnie nie odrywała od niego wzroku.

– Gołąbeczko, muszę cię rozczarować. Chociaż bardzo dobrze znam Abaddona, równy z niego gość… – mężczyzna zamyślił się na chwilę – Przykro mi – dziewczyna prawie była skłonna do uwierzenia w te słowa, ale później zobaczyła prawdziwą twarz mężczyzny. Tłumiła w sobie emocje, wiedziała, że nie będzie krzyczeć. Introwersja jej na to nie pozwoli. Wpatrywała się w oblicze potwora, który chwycił ją za szyję i uniósł prawie pod sufit.

Dziewczyna zamknęła oczy.

 

18

 

Księżyc znów oświetlał plażę, malując swym blaskiem po bezdennych głębiach wody. Kolejną noc był okrąglutki jak piłka.

Sandra od dobrej godziny leżała w łóżku wpatrując się tępo w sufit. Chciała pójść do przyjaciół i przeprosić za swoje zachowanie, szczególnie Marcelinę, ale wiedziała, że jest już za późno. Czuła, że dziewczyna nie żyje. Opuściła zgrabne nogi na zimną podłogę i wolnym krokiem weszła do łazienki. Przeglądała się w lustrze. Jej blond włosy były całe w kołtunach. Dziewczyna sięgnęła po szczotkę i zaczęła je powoli rozczesywać. Przypomniała sobie jak ostatnim razem była tutaj z Gabrielą, jak wspominały trójkąt z Arkadiuszem, jak żartowały i śmiały się. Sandra odłożyła szczotkę i chwyciła gumkę do włosów, wiążąc je w staranny kok. Przemyła twarz zimną wodą i dopiero teraz odważyła się pójść do przyjaciół.

Ostrożnie nacisnęła na klamkę pokoju Mikołaja i uchyliła je. Najpierw zobaczyła zapłakaną Amelię, tulącą się do swojego brata. Następnie Mikołaja, który siedział na podłodze z porozrzucanymi kartkami papieru. Chłopak trzymał w ustach końcówkę długopisu, przez co wyglądał jak student uczący się do sesji. Sandra uśmiechnęła się nieznacznie.

– Ty suko!

Dziewczyna nie zdążyła nic zrobić, ponieważ Amelia doskoczyła do niej i zaczęła ją szarpać za włosy. Sandra nie pozostała jej dłużna i oddała koleżance tym samym. Chwilę później dziewczyna poczuła za sobą silne męskie ręce, które podniosły ją do góry odciągając na bezpieczną odległość od Amelii. Dziewczyna była cała czerwona ze złości.

– O co ci chodzi debilko?!

– O co mi chodzi?! Jesteś suką! Jak mogłaś mówić takie okropne rzeczy do Marceliny?! To, że laska nie była taka hop siup do przodu jak ty nie dyskryminuje jej! Jesteś wredną cipą! – Amelia wrzeszczała wijąc się w ramionach brata, który z trudem ją utrzymywał.

– Uspokójcie się do jasnej kurwy! – wrzasnął doniośle Mikołaj. W ułamku sekundy w pomieszczeniu zrobiło się cicho. Było to spowodowane tym, że to właśnie Mikołaj; miły, spokojny mężczyzna krzyknął tak doniośle. Chłopak odstawił Sandrę na ziemię. Nie puścił jej jednak, cały czas przytrzymywał za ramiona, gdyby ta postanowiła przystąpić do ataku. Arkadiusz uczynił to samo ze swoją siostrą. – Spokój ma być.

– Jak mam być spokojna, skoro ta cizia zachowuje się jak rozwydrzona nastolatka? – spytała złośliwie Amelia

– Przepraszam… – powiedziała Sandra – Jestem suką ale nic na to nie poradzę. Po prostu śmierć Gabryśki… Ten gnój zabrał mi coś…

– A nam niby nie?

– Tak wiem, zdałam sobie z tego sprawę gdy już było za późno. Przepraszam.

– Twoje przepraszam już nic dla mnie nie znaczy. Wsadź je sobie w dupę.

– Amelia, cholera daj już spokój! – wypalił Arek

– Bo co? Bo to twoja nowa panna do posuwania? Gówno mnie to obchodzi! – dziewczyna wyrwała się z uścisku brata, który na moment się poluźnił. Podeszła do okna i spojrzała na księżyc. Łzy na jej zaróżowionych policzkach zdążyły już wyschnąć. Zagubiła się w kamiennych uliczkach swojego umysłu. Czuła się samotna jak nigdy wcześniej. Nie umiała sobie poradzić ze śmiercią najbliższych osób. Nie wierzyła, że wszystkie wydarzenia miały miejsce w ciągu kilku dni. Kilku koszmarnych dni. Chciała być silna, ale nie potrafiła. Widok martwych przyjaciół wyrył w jej psychice wielką dziurę, której nic nie mogło załatać.

– Dziewczyny, błagam. W takich okolicznościach musimy trzymać się razem. Nic innego nam nie pozostało. – Arkadiusz próbował załagodzić sytuację. Był rozdarty pomiędzy siostrą, a dziewczyną na której mu zależało.

– Dobra, ale pamiętaj… – Amelia odwracając się spojrzała wprost w błękitne oczy Sandry – Nie wybaczę ci tego co zrobiłaś.

Sandra skinęła głową i rozsiadła się wygodnie na łóżku. Amelia niepewnie podeszła do dziewczyny, jakby bała się, że ta zaraz na nią wskoczy, i usiadła obok niej. Arkadiusz wypuścił głośno powietrze, które wstrzymywał już od dłuższego czasu. Usiadł pomiędzy dziewczynami odcinając im drogę do wydrapania sobie oczu. Tylko Mikołaj stał nadal w tej samej pozycji W jego ciemnych oczach widać było mnóstwo emocji; począwszy od zakłopotania na współczuciu skończywszy. Postanowił oprzeć się o parapet i patrzeć na wszystkich z góry. Jego wzrok powędrował w stronę obrazu z przystojnym młodzieńcem. Przyglądał mu się z uwagą. Miał wrażenie, że skądś zna tę twarz, kogoś mu przypomina, jednak nawet przyczajona cząstka umysłu nie była w stanie podsunąć mu racjonalnej odpowiedzi.

Sandra sięgnęła po krakersy, które Gabriela zostawiła wcześniej na łóżku. Wzięła jednego i zaczęła jeść powoli bojąc się, że zwymiotuje.

– Zauważyliście, że kolejną noc z rzędu księżyc jest w pełni? – Amelia patrzyła na srebrny talerz wiszący na niebie.

– Rzeczywiście… – z zamyśleniem odparł Mikołaj, który teraz również wpatrywał się w ciemne niebo. Nie było na nim żadnej gwiazdy, tylko samotny glob.

– Może to również coś znaczy?

– A może po prostu cały czas powtarzamy tę samą noc, tylko po prostu umiera ktoś inny… – rzuciła Sandra. Amelia skwitowała ją piorunującym spojrzeniem chociaż ten pomysł nie był głupi

– Jesteśmy w czarnej głębokiej dupie – rzekł Arkadiusz i opadł na łóżko zasłaniając twarz. – Nadal nic nie wiemy. Wszystko co ułożyło się w jakaś całość poszło do śmieci. Jeśli mam być szczery to uważam, że nie ma stąd ucieczki. Jedyną drogą jest śmierć. – Jego słowa zawisły w powietrzu szybując gdzieś wysoko. Każdy myślał o tym samym, jednak nie miał odwagi tego przyznać.

Mikołaj jeszcze przez chwilę spoglądał na obraz po czym usiadł na podłodze biorąc do ręki kartki papieru.

– Wypisałem kilka imion, które być może w jakiś sposób będą pasować do zagadki, ale nie mam pewności czy są poprawne. – Na potwierdzenie swych słów odwrócił kartkę trzymaną w ręku, tak aby przyjaciele mogli ją zobaczyć – Wąż jest prawdopodobnie odniesieniem do Biblii, jednak Adrian powiedział o Szatanie i zmarł, więc wiemy że to na pewno nie Szatan. Zatem może Arakiba? Jest aniołem, który ma sprowadzić na Ziemię grzech, obecnie pełni rolę dziesiętnika armii Szatana. – spojrzał po przyjaciołach, ale nic z nich nie potrafił wyczytać. Stwierdził, że przeczyta kolejne imię, które napisał – Mefistofeles, nazywany sługą Szatana lub samym Szatanem. Jest symbolem wartości negatywnej. – zaczerpnął głęboki oddech – Regent jeden z potężniejszych aniołów, który zbuntował się przeciw Bogu.

– W zagadce jest powiedziane, że wąż po nim pełza a on dopełnia wszystkiego… – zamyślił się Arkadiusz

– Jednak może zagadka nie jest dosłowna? Może trzeba ją poprawnie zinterpretować? – powiedziała Amelia

– Zaraz te dwie szare komórki, które mam jeszcze w głowie mi się przegrzeją – rzuciła Sandra i kokieteryjnie uśmiechnęła się do Arkadiusza, który teraz patrzył na nią kątem oka

Mikołaj uśmiechnął się nieznacznie i kontynuował monolog:

– Eblis. On nieco pasuje do węża ponieważ strącono go za odmowę oddania pokłonu nowo stworzonemu Adamowi. Może o to chodzi?

– Może coś w tym jest… Rzeczywiście – zasępił się Arkadiusz – dobra, mamy kilka imion. Podejrzewam, że żadne z nich nie będzie pasować, ale warto spróbować, co nie?

– Zasrany pesymista – zaklęła pod nosem Amelia

– Co wy na to, aby uzgodnić, które imię kto wypowie? Żeby później się nie powtarzać. Może akurat któreś pasuje… – zaczęła Sandra.

Przyjaciele zgodnie doszli do wniosku, że dziewczyna ma rację.

Po kilku minutach każdy już wiedział jakie imię wypowie. Byli przygotowani na spotkanie ze śmiercią.

 

19

 

Nad wyspą Nomad zebrały się ciemne chmury zwiastujące deszcz. Dla przyjaciół była to nowość, ponieważ odkąd tutaj przybyli panował potworny upał. W ciszy wykonali poranną toaletę doprowadzając się do porządku. Każdy po kolei wziął szybki prysznic, następnie umył zęby. Amelia podała sobie rękę na zgodę z Sandrą, która to zaproponowała. Mężczyźni ucieszyli się z tego faktu, jednak zaraz ich twarze przybrały maskę obojętności. Gdy dziewczyny poświęcały nieco uwagi swoim włosom, które układały sobie nawzajem, Arkadiusz z Mikołajem przenieśli ich walizki do sypialni, aby mogły bez obaw zabrać jakieś ubrania. Arkadiusz stał chwilę i wpatrywał się w bagaż swojego brata. Chciał go wziąć, jednak szybko przeszła mu ta ochota ze względu na siostrę.

Wspólnie postanowili, że zejdą na śniadanie. Dość już przesiedzieli w pokoju. Chcieli nacieszyć się każdą chwilą razem. Wychodząc z sypialni złapali się za ręce, dziewczyny zamknęły oczy w obawie zobaczenia zwłok Marceliny.

Korytarz był pusty. Obrazy pozostały na swoich miejscach, pochodnie płonęły tym samym ogniem, który nie zgasł ani odrobinę. Sandra głośno wypuściła powietrze z ust. Bała się, że znajdą Marceliną na stole z którego będą musieli jeść. Nic podobnego nie miało miejsca. Jadalnia wyglądała dokładnie tak samo jak ją pamiętali z tym wyjątkiem, że na stole było jedzenie. Arkadiusz zastanawiał się czy było ono tutaj cały czas, jednak szybko odepchnął od siebie tę myśl. Nałożył solidną porcję sałatki jarzynowej oraz wędliny. Do szklanki nalał sok pomarańczowy, który w mig opróżnił.

Mikołaj wyjątkowo nie miał apetytu. Nie umiał pogodzić się z faktem, że prawdopodobnie niebawem umrze i był pełen podziwu dla towarzyszy, którzy zachowywali się jak gdyby nigdy nic.

Na niebie pojawiła się długa, jasna wstęga, która rozcięła je na pół. Następnie niebo wydało pomruk, roznoszący się echem po jadalni.

Przyjaciele milczeli. Machinalnie wykonywali czynności, jakby grali w niemym kinie. Próbowali przyzwyczaić się do myśli o kolejnym ciele. Amelia wiedziała, że znowu zacznie płakać. Ciągle powtarzała sobie w głowie, że może nie będzie tak źle, że chciałaby mieć to już za sobą.

Po skończonym śniadaniu wyszli dokładnie tak samo jak weszli; trzymając się za ręce. Powolnym krokiem zbliżali się do pokoju Mikołaja. Niczego niezwykłego nie zaobserwowali. Wszystko było na swoim miejscu.

– A co jeśli Marcelinie się udało? – zapytała niepewnie Amelia

Przyjaciele spojrzeli na nią i zaczęli się nad tym zastanawiać. Przecież nie mieli pewności, że dziewczyna nie żyje. Nie znaleźli jej ciała.

– Właściwie to skąd mamy wiedzieć jaka odpowiedź jest prawdziwa? Jeśli Marcelinie rzeczywiście się udało to prawdopodobnie jest już w Polsce. Aby dotrzeć na wyspę potrzebowałaby biletu. Jakoś wątpię w to, że każde biuro podróży ma ta cholerstwo w swoim katalogu, poza tym ten koleś nie pozwoliłby jej tu z nami zostać… – zasępił się Arkadiusz

– Nawet jeśli chciałaby tu wrócić to obawiam się, że może już być za późno – dodał Mikołaj.

Sandra podeszła do okna i wpatrywała się w burzowe niebo, które malowało błyskawice na swym płótnie. Grzmoty były cichymi pomrukami, jednak miała upiorne wrażenie, że coś zaraz się wydarzy i nie pomyliła się. Spojrzała w kierunku palmy pod którą niedawno siedziała z dziewczynami i zakryła usta dłonią. Nie chciała krzyczeć. Z jej oczu popłynęły słone łzy rozmazując wcześniej zrobiony makijaż. Odwróciła głowę.

Amelia zerwała się z miejsca i szybko podbiegła do okna.

– Nie wróci… Nie udało się jej – powiedziała cichuteńko po czym przytuliła się do Sandry. Kobiety to skomplikowana instytucja. Najpierw rzucają się sobie do gardeł, ale gdy przyjdzie co do czego to potrafią zapomnieć o niesnaskach i wyciągnąć pomocną dłoń. Co prawda opis bardziej pasuje w tej chwili do mężczyzn, ale w zaistniałej sytuacji, kiedy masz przez oczami zwłoki bliskiej osoby, nawet kobieta wykazuje człowieczeństwo.

Blondynka wtuliła się w drobne ciało rudowłosej i razem osunęły się na ziemie płacząc.

Arkadiusz wraz z Mikołajem na miękkich nogach podeszli do okna. Z początku wydawało się im, że widzą dziewczynę zwyczajnie leżącą pod palmą, która była na tyle zmęczona, że zasnęła w kojącym cieniu. Jednak później dostrzegli, że ciało zostało pozbawione skóry. Mięso ujrzało światło dzienne. Twarz dodatkowo została zmasakrowana, jakby ktoś po niej przejechał i zmiażdżył. Szczątki mózgu wylewały się na piasek. Gdyby nie burza poskręcanych loków, ciało byłoby nie do zidentyfikowania. Z klatki piersiowej martwej dziewczyny wyrwano serce, które teraz trzymała w oskórowanej dłoni jakby sama je sobie wyrwała. Mikołaj zastanawiał się czy właśnie tak się nie stało, ale uważał, że przecież to niemożliwe, aby człowiek sam „wyciągnął” sobie ten ważny narząd bez udziału osób trzecich. Pod zwłokami tradycyjnie już, widniał napis „AMELIA”, który z łatwością dało się odczytać.

Arkadiusz odsunął się od okna i podszedł do płaczących przyjaciółek, klękając obok nich. Jego postura była na tyle szeroka, że zdołał objąć obie zamykając je w uścisku swoich ramion. Delikatnie pocałował siostrę w czubek głowy. Nie mógł pogodzić się z faktem, że prawdopodobnie ją straci. Serce rozpadało mu się na dwie całości. Był pewien, że nigdy nie uda mu się go posklejać. Wolał umrzeć niż przeżywać katusze spowodowane utratą kolejnego członka rodziny. Nie chciał jej puszczać, chciał trwać w tej chwili przez wieki.

Mikołaj ciężko opadł naprzeciw Arkadiusza przesyłając mu pełen współczucia uśmiech, który przypominał grymas.

Przyjaciele pogrążyli się we wspólnej rozpaczy i żałobie.

 

20

 

Nim księżyc pojawił się na niebie, Amelia czekała pod drzwiami z napisem „edednabrof”. Chwilę wcześniej pożegnała się z przyjaciółmi oraz bratem, któremu powtarzała, że ma być dzielny i silny. Podobnie jak Marcelina, dziewczyna nie chciała, aby przyjaciele z nią poszli. Poprosiła, aby zostali w pokoju i nie przejmowali się nią. Arkadiusz wpadł w furię wrzeszcząc na nią, że co ona sobie wyobraża, że to nienormalne, żeby się nie przejmować. Amelia ze spokojem odparła, że nie wiadomo ile życia im jeszcze zostało i powinni cieszyć się każdą chwilą. Zakomenderowała, że mają wyjść na plażę, łapać promienie słońca, kąpać się w oceanie, jakby to miał być ich ostatni dzień. Oczywiście po tych słowach została niemal zrównana z błotem.

Sekundy mijały w zastraszającym tempie. Wrota powoli zaczęły się uchylać i dopiero teraz Amelia zaczęła panikować. Na szczęście pamiętała jakiej odpowiedzi na udzielić.

– Amelka! Jak cudownie cię widzieć! – mężczyzna stał oparty o ścianę, która była pokryta śluzem. Maź spływająca po jego ramieniu w niczym mu nie przeszkadzała. Zmienił ubranie na czarną koszulę i ciemne jeansy z dziurami, stopy obute były w buty za kostkę. – Podejdź do mnie!

Amelia przełknęła gulę tworzącą się w jej gardle i posłusznie podeszła do mężczyzny. Modliła się tylko, aby nie dotknął jej tym obrzydliwym śluzem. Nieprzyjaciel ujął delikatnie w dłoń jej rudy kosmyk włosów i przyłożył sobie do nosa wdychając aromat.

– Piękna z ciebie dziewczyna Amelko, ale nie zwlekajmy… Powiedz co masz do powiedzenia. Zastanów się nad tym dobrze, ponieważ kogo jak kogo, ale ciebie wyjątkowo chciałbym oszczędzić.

– W takim razie mnie nie zabijaj. Skończmy tę głupią zabawę.

– Moja miła, nic nie rozumiesz. Muszę zabijać. – mężczyzna założył pasmo włosów dziewczyny za jej ucho i wolnym krokiem podszedł do fotela na którym usiadł, zakładając nogę na nogę. Ręce złożył na podołku. – Słucham cię.

Dziewczyna przełknęła głośno ślinę, zaczerpnęła głęboko tchu i prawie zwymiotowała. Smród pomieszczenia był dławiący i przyprawiający o zawrót głowy.

– Jesteś ojcem wszystkich diabłów, a imię twe to Eblis. – odparła szybko i wstrzymała oddech. Patrzyła na mężczyznę, na jego cudownie błękitne oczy. Nic nie umiała z nich wyczytać. Usilnie starała się, aby emocje nią nie zawładnęły, aby strach nie odebrał jej zdolności umysłowych.

Demon uśmiechnął się półgębkiem i cmoknął głośno, następnie przecząco pokręcił głową. Amelia wpadła w rozpacz. Wiedziała, że i jej się nie powiodło. Mężczyzna subtelnie i zwinnie wstał, szybko dopadł dziewczynę chwytając brutalnie za włosy.

– Co prawda podobało mi się to jak mnie nazwałaś… Ojciec wszystkich diabłów. Wylałaś miód na moje serce, którego już od dawna nie mam. Jednak Eblis to nie moje imię. Muszę Cię ukarać. Pokłoń się przed swoim panem! – zagrzmiał głośno. Jego głos odbił się od ścian. Dziewczyna uklęknęła przed demonem patrząc uparcie w jego buty. Analizowała każdy szczegół. Chciała zająć czymś myśli, a obuwie wydawało się w tej chwili najbardziej odpowiednie.

– Spójrz na mnie! – mężczyzna ujął dziewczynę za szyję i podniósł jej głowę tak, aby ta spojrzała wprost w jego oczy. Amelia przymknęła powieki, ale to jej nie pomogło. Zanim ciemność ją pojmała, dziewczyna doskonale widziała twarz potwora.

 

21

 

Sandra leżała na łóżku z rękoma skrzyżowanymi pod głową. Zastanawiała się co teraz zrobić. Chciała jakoś umilić sobie czas, ale doszła do wniosku, że raczej nie powinna tego robić, ponieważ gdy wiesz, że twoi przyjaciele giną, nie myślisz o niczym innym jak o nich i o tym, aby samemu uratować tyłek. Myślała o tym ilu ludzi zginęło przed nimi, jak oni spędzali czas pomiędzy jednym a drugim morderstwem. Czy również całe dnie przesiadywali w pokoju, czy może nie przejmowali się niczym i korzystali z uroków wyspy bawiąc się i śmiejąc. W tej chwili nie pragnęła niczego bardziej jak papierosa. Wiedziała, że jej martwa przyjaciółka Gabriela na bank wzięła ze sobą zapas fajek i trzymała je w walizce, która została w ich pokoju. Nie myśląc już o niczym, zwinnie zeskoczyła z łóżka i podeszła do drzwi. Koledzy spojrzeli na nią z wyrzutem, co skwitowała lekkim wzruszeniem ramion. Następnie szybko weszła do swojego dawnego pokoju i przeszukała walizkę przyjaciółki. Wyrzuciła z niej większość ubrań, na moment chwyciła ulubioną bluzkę Gabrieli i wdychała jej zapach. Zachciało jej się płakać, więc odrzuciła ubranie i szperała dalej. W końcu jej oczom ukazał się cały wagon mentolowych papierosów. Dziewczyna uśmiechnęła się triumfalnie i zabrała je ze sobą. Następnie otworzyła torebkę przyjaciółki i na samym wierzchu ujrzała różową zapalniczkę, którą schowała teraz do kieszeni obcisłych spodenek. Omiotła pomieszczenie wzrokiem i zdecydowała się wrócić do chłopców. Gwałtownie szarpnęła klamkę, wyszła na korytarz.

Korytarz przypominał pobojowisko. Na samym jego środku klęczała Amelia. Sandra przez chwilę zastanawiała się jak to możliwe, aby martwe ciało przybrało taki kształt przypominający marionetkę, jakby ktoś miał zaraz pociągnąć za odpowiedni sznurek i pobudzić kukiełkę do życia.

Głowa martwej dziewczyny została oskalpowana. Krew spływała na twarz. Cała reszta wyglądała w miarę normalnie, nie licząc rozprutego brzucha, z którego wyjęto jelita i obwiązano nimi tułów. Sandra upuściła na ziemię papierosy i zakryła usta ręką. Zamknęła na chwilę oczy. Drżącymi rękoma pozbierała to co jej wypadło, nie odwracając wzroku od ciała, jakby bała się, że dziewczyna rzeczywiście zaraz ożyje. Jej wzrok padł na wyraz, który znajdował się przed nogami martwej, jakby ta modliła się właśnie do niego. Układał się w imię żeńskie. Sandra w pośpiechu rzuciła się do drzwi pokoju Mikołaja, waląc w nie z całej siły. Przez ogarniającą panikę, nie była w stanie samodzielnie ich otworzyć. W progu stanął przerażony Arkadiusz. Dziewczyna wepchnęła go do środka, ciągnąc za sobą drzwi.

– Co się stało?!

– Twoja siostra…

Sandra nie zdążyła nic więcej powiedzieć. Arkadiusz odsunął ją na bok i wypadł wraz z drzwiami. Stanął jak wryty gdy zobaczył łysą głowę siostry i rozpruty brzuch. Krople krwi skapywały z jej twarzy jakby dziewczyna płakała czerwonymi łzami. Mężczyzna osunął się na ziemię, stracił panowanie nad sobą. Nie mógł nic zrobić tylko wpatrywać się w siostrę.

Mikołaj obserwował dramat przyjaciela, kiedy dostrzegł imię kolejnej ofiary. Podszedł do Arkadiusza, podniósł go i z wysiłkiem wprowadził do pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi. Posadził przyjaciela na łóżku i podał mu butelkę wody mineralnej, która jeszcze została z zapasów Gabrieli. Arkadiusz wypił prawie całą butelkę. Następnie niewidzącym wzrokiem spojrzał na Sandrę, która blada jak śnieg siedziała w kącie pokoju z podkulonymi nogami i wagonem papierosów w dłoni. Wyglądała nawet zabawnie, ale nie było im teraz do śmiechu. Mężczyzna podszedł do dziewczyny i przytulił do siebie z całej siły. Czule gładził ją po blond włosach, całował jej czoło, następnie łzy. Ujął jej twarz w dłonie i zmusił, aby na niego spojrzała.

– Tak cholernie mi przykro…

– Mnie również. Ale jak widać ten kutas chce nas wszystkich wyrżnąć.

– Straciłem rodzeństwo, nie chcę stracić i ciebie – zdruzgotany nadal przed oczami miał ciało swojego brata i siostry.

– Nie dam się tak łatwo, uwierz… – dziewczyna przytuliła się do przyjaciela. Trwali w tej intymnej dla nich chwili niecałą minutę. Następnie jak gdyby nigdy nic oboje wstali. Sandra otworzyła paczkę papierosów i wyjęła jednego. Podała kolegom, którzy na co dzień nie palili, ale stwierdzili, że dotrzymają dziewczynie kroku. Każdy wyjął po jednym dla siebie, następnie zaciągnęli się dymem, który wypuścili jednocześnie.

Mikołaj otworzył okno, aby dym nie unosił się w powietrzu tylko wylatywał na zewnątrz. Nie odezwał się słowem. Był zły sam na siebie. W jakimś stopniu czuł się odpowiedzialny za to co tutaj się dzieje, ponownie poczuł że coś mu umyka. Widział ciało Amelii i zobaczył sekundowy przebłysk w swoim umyśle, ale nie umiał zinterpretować tej idei.

– Wiecie co? Mam już to wszystko w dupie! – wykrzyczała Sandra, wyrzucając niedopałek przez okno. Nim przyjaciele zorientowali się w sytuacji dziewczyna wybiegła z pokoju. Przebiegła obok ciała Amelii. Jej serce łomotało w klatce piersiowej, w jej krwi buzowała teraz adrenalina, która dodawała jej odwagi. Nie odwracała się za siebie, wiedziała co chce zrobić.

Zatrzymała się przed ogromnymi drzwiami opatrzonymi wciąż niezrozumiałym słowem i zaczęła się do nich dobijać wyjąc, aby demon je otworzył. Jej modły zostały po chwili wysłuchane i wrota otwarły się. Dziewczyna wpadła do środka. Nie widziała niczego, pomieszczenie nie było teraz oświetlone. Adrenalina połączyła się ze strachem tworząc nowy nieznany związek, który zawładnął ciałem i umysłem Sandry.

– Gdzie jesteś sukinsynu?! – krzyknęła w ciemność. – Wyłaź ty nędzna karykaturo! – tupnęła mocno nogą, przez co zabolała ją głowa.

Nagle pomieszczenie rozjarzyło się jasnymi światłami, które wywołały kolejną falę bólu w głowie. Dziewczyna zmrużyła powieki, zaraz jednak jej wzrok przyzwyczaił się do jasności i teraz stała z szeroko otwartymi oczami. Dłonie zwinęła w pięści, klatka piersiowa unosiła się szybko do góry, jej piesi falowały.

– Czy ty musisz się tak wydzierać? Mówiłem już chyba, że tego nie lubię. Nie wiem dlaczego zostałyście obdarzone takimi skrzekliwymi głosami. Chyba tylko po to, aby nas wkurzać! – sapnął mężczyzna, który siedział na fotelu.

– Wezwałeś mnie do siebie ty bucu więc jestem! Chcesz mnie zabić to zabij! Mam to głęboko w dupie!

– Wiesz, że to tak nie działa. Musisz odpowiedzieć, ponadto dziś umarła Amelia i uważam, że to wystarczy.

– To też mam w dupie! Chcę odpowiedzieć dziś! – Sandra krzyczała coraz głośniej, bała się, że za chwilę zedrze sobie głos. – Arakiba! To moja pieprzona odpowiedź! – podbiegła szybko do mężczyzny i stanęła tak blisko, że ich nosy prawie się dotykały. Mężczyzna chwilowo zgłupiał co łatwo dało się wyczytać z jego twarzy. Sandra nie wykorzystała jednak tej przewagi. – ARAKIBA!

Demon zrehabilitował się i chwycił dziewczynę za gardło.

– Jesteś taka niewdzięczna! Dałem ci czas! Mogłaś spędzić swój ostatni dzień jak tylko chciałaś! Mogłaś bzykać się ze swoim kochasiem, aż po świt! A ty przychodzisz tutaj i jeszcze mnie obrażasz imieniem tego nikczemnika! Poniesiesz zasłużoną karę! – uniósł dziewczynę wysoko nad ziemię. Sandra zaczęła krzyczeć z przerażenia.

Arkadiusz wraz z Mikołajem stali teraz w głębi korytarza słysząc każdy wrzask dochodzący zza drzwi. Byli tym wszystkim zmęczeni. Już dawno pogodzili się z faktem, iż prędzej czy później umrą. Zgodnie doszli do wniosku, że nie pomogą już dziewczynie. Postanowili pójść do pokoju. Wiedzieli, że jutro wieczorem zostanie już tylko jeden z nich.

 

22

 

Leżał bezwładnie na zimnej posadzce. Czuł, każdy mięsień, każdy nerw, zapach. Nieprzenikniona ciemność nie pozwalała mu oddychać, mówić, poruszać się. Mógł tylko leżeć. Z trudem otworzył oczy. Zamrugał nerwowo kilkukrotnie, jednak nie był w stanie niczego zobaczyć. Jego mózg podsuwał kolejne obrazy, ale mężczyzna nic z nich nie rozumiał. Przebłyski formowały się w znane twarze. Każda komórka jego ciała chciała wrzeszczeć. Przez sekundę myślał, że to koniec, że umarł i już nigdy nie zobaczy światła dziennego, jednak gdy tylko ta myśl zamajaczyła w jego głowie, do pomieszczenia wlało się nieco światła, jakby przez szparę w ścianie. Mężczyzna z trudem odwrócił w tamtą stronę głowę i omiótł pomieszczenie rozbieganymi oczami. Uzmysłowił sobie, że zna to miejsce. Zbierając się w sobie nabrał do płuc głęboki oddech i usiadł. Jego serce od razu przyspieszyło, tłukąc się jak oszalałe. Mężczyzna zaczerpnął kolejny oddech i próbował wstać. Po dwóch ciężkich próbach udało mu się. Stał teraz jak słup soli wpatrując się w szczelinę. Wydawało mu się, że słyszy głosy, jednak nie był pewien czy są rzeczywiste.

– Jak śmiesz sprzeciwiać się ojcu?!

Usłyszał to głośno i wyraźnie, jakby ktoś stał tuż obok niego i wypowiedział mu wprost do ucha.

– Ty nic nie rozumiesz! Tak trzeba!

– Jesteś niepoważny! Ojciec chciał, aby tak właśnie było! Poniesiesz karę za to co mówisz!

Do pomieszczenia w którym się znajdował z hukiem otwieranych wrót, weszło dwóch mężczyzn, a raczej jeden wciągnął tam drugiego w brutalny sposób. Trzymał go za szyję tak mocno, że tamten nie był w stanie się wyswobodzić.

Chciał coś powiedzieć, ale nie był w stanie. Wszystko działo się zbyt szybko. Zobaczył ostrze miecza, które przebija jednego z mężczyzn, następnie leniwie wypływającą krew, która brudziła posadzkę. Oprawca patrzył w oczy swojej ofierze, mrucząc coś niezrozumiale pod nosem. Jeszcze przez chwilę trzymał go w uścisku, aby później odrzucić ciało. Rozglądnął się w pośpiechu po otoczeniu, jednak nie zauważył mężczyzny stojącego w samym rogu. Być może była to wina ciemności. Oprawca kopnął zwłoki i szybko uciekł, zamykając za sobą drzwi.

Ciemność ponownie schwytała go w swoje sidła. Mężczyzna nie panował nad swoim ciałem, które z impetem uderzyło o ziemię.

 

23

 

Słońce wlewało się przez uchylone okno, rozgrzewając pomieszczenie.

Mikołaj otworzył szeroko oczy i zbyt szybko usiadł na łóżku, co spowodowało potworny zawrót głowy. Mężczyzna chwycił się za głowę, jakby chciał ją uspokoić. Rozglądnął się po pokoju. Wszystko było na swoim miejscu. Spojrzał na podłogę na której powinien spać Arkadiusz, jednak chłopaka tam nie było. Mikołaj pomyślał, że poszedł do łazienki co chwilę później się potwierdziło. Czarne włosy chłopaka były mokre, skapywały z nich jeszcze krople wody.

– Cześć. – rzucił w kierunku przyjaciela – Ciężka noc? – spytał zakładając T-shirt.

– Miałem dziwny sen… – nieprzytomnie odparł Mikołaj. – Śniło mi się dwóch mężczyzn. Najgorsze jest to, że znam te twarze, ale zupełnie nie wiem skąd… – mężczyzna próbował z całych sił wytężyć umysł, ale skończyło się to fiaskiem.

– To tylko sen. Podświadomość podsyła ci jakieś zdarzenia. Też tak często mam. Nie przejmuj się. – Arek wzruszył ramionami. – Ogarnij się i chodź na śniadanie. Mam nadzieję, że ten cwel coś nam przygotował i tym razem bo umieram z głodu.

Mikołaj skinął głową, następnie zwlekł się z łóżka, podszedł do walizki z której wyciągnął krótkie spodenki oraz koszulkę, następnie poczłapał do łazienki gdzie umył zęby i ubrał się. Wchodząc do pokoju przeczesał ręką włosy.

– Odkąd nie ma dziewczyn, cicho tu… Nikt się nie kłóci…

– Tak, gdyby Gabrysia tu była prawdopodobnie rzuciła by zalotny komentarz w twoją stronę, Sandra by ją walnęła a Amelia by się śmiała.

– Dokładnie. Marcelina wywróciłaby oczami, a Patryk patrzyłby jej w cycki.

– Adrian pewnie wyłożyłby się na łóżku i jarałby fajkę.

Na moment uśmiech rozświetlił twarze mężczyzn, zaraz jednak usunął się robiąc miejsce nostalgii i smutkowi. Mikołaj westchnął przeciągle i podszedł do drzwi. Zawahał się chwilę. Przeczuwał, że zaraz zobaczy zwłoki Sandry. Chcąc mieć to już za sobą, pociągnął za klamkę.

Dziewczyna była dokładnie w takiej samej pozycji jak wcześniej Amelia. Klęczała na środku korytarza, ręce miała zwieszone wzdłuż ciała. Głowa spuszczona w dół. Jej blond włosy okalały całą twarz. Mikołaj na drżących nogach podszedł bliżej. Dostrzegł, że plecy  dziewczyny zostały rozcięte wzdłuż kręgosłupa i wyrastają z nich jakby skrzydła, które okazały się jej własną skórą. Płuca zostały wywalone na zewnątrz, które przypominały wysuszone śliwki. Mikołaj przyglądał się ciału, jakby było niezwykłym, zaginionym gatunkiem. Drapał się co chwilę po głowie i chrząkał. Wyglądał po prostu śmiesznie.

Arkadiusz stał w progu trzymając się ręką framugi. Nie zwracał uwagi na nic więcej tylko na swoje własne imię, które znajdowało się w tym samym miejscu co wczoraj Sandry.

– Krwawy orzeł! – niczym w euforii wrzasnął Mikołaj. – To krwawy orzeł! – Arkadiusz myślał, że przyjaciel zwariował ponieważ… cieszył się ze swojego odkrycia. Na jego twarzy malował się niezwykle szczery uśmiech.

– Dlaczego tak się cieszysz idioto? Ona nie żyje! – ofuknął go Arek i cofnął się w głąb korytarza. Mikołaj poszedł w ślad za nim.

– Niczego nie rozumiesz?! Już wiem kim jest ten dupek!

– Co ty gadasz? – zdumiony Arek wpatrywał się w przyjaciela, jakby ten miał na twarzy wytatuowany obraźliwy tekst.

– Bez kości z niego zrodzony, ten, który będąc martwym żywych ograbił, wąż po jego

ciele pełza, a on dopełnia wszystkiego. – Mikołaj pacnął się otwartą dłonią w czoło i opadł na łóżko. – Że też wcześniej na to nie wpadłem!

– Możesz mi łaskawie wyjaśnić o co kurwa chodzi?!

– Bez kości z niego zrodzony… Chodzi o syna! Ivar Bez Kości. Ten który będąc martwym żywych ograbił… Po śmierci, jego synowie wypełniali jego dzieło. Grabili wszystko jak leci! Wąż po jego ciele pełza… Został wrzucony do dołu pełnego jadowitych węży! To pieprzony Ragnar! Król wikingów!

Arkadiusz patrzył na przyjaciela z otwartymi ustami. Usiadł ciężko obok niego na łóżku. Mikołaj niemal po nim skakał z ekscytacji. W końcu udało mu się rozwiązać tę zagadkę.

– Myślisz, że to o niego chodzi? – z powątpiewaniem spytał Arek

– Na sto procent! Zdradził się śmiercią Amelii i Sandry! Tylko wikingowie robili krwawego orła oraz rozpruwali brzuchy owijając ciało jelitami. Poza tym ten mój sen. W nim jeden koleś mówił, że sprzeciwia się ojcu czy coś takiego. To przecież jasne! Bjorn sprzeciwił się rządom ojca, uważał, że są niepotrzebne. Ivar zabił go za to…

– No dobra, ale… Mówisz, że ten cały Ragnar nie żyje, a jednak patrz! Siedzi sobie w lochu i zabija niewinnych ludzi!

Mikołaj zastanowił się chwilę nad słowami przyjaciela.

– Może tak nie do końca umarł… Znaczy wiesz, mógł dogadać się z Diabłem i sprzedać mu swoją duszę w zamian za życie wieczne na Ziemi. Kto wie…

– Dziś ja mam do niego iść, jak pewnie zauważyłeś… – Arkadiusz spojrzał na przyjaciela, ale ten wydawał się zaskoczony. No tak, przecież nie zwracał uwagi na nic innego tylko na rozcięty kręgosłup Sandry. – Albo i nie. Nie ważne. W każdym razie… Jeśli okaże się, że to nie Ragnar to cię zabiję. Co prawda pewnie nie zdążę, ale on zrobi to za mnie. Poproszę go o to. – Arek uśmiechnął się nieznacznie.

– Mówię ci! To na milion procent Ragnar!

Mężczyźni zatracili się w swoich myślach. Przeszła im ochota na śniadanie, Arek wiedział, że i tak niczego by nie przełknął ponieważ mogłoby się to skończyć bliskim spotkaniem z muszlą klozetową, a tego chciał uniknąć.

Mikołaj podszedł do okna otwierając je na oścież. Do pokoju wdarł się przyjemny wiatr owiewając jego twarz. Zaproponował, aby poszli na plażę. Arkadiusz nie przystał jednak na ten pomysł. Wydawał mu się abstrakcyjny. Sięgnął ręką po otwartą butelkę wody i opróżnił ją do ostatniej kropli. Następnie wygrzebał dwa ostatnie krakersy i podzielił się z przyjacielem.

– Myślisz, że przeżyjemy? – niepewnie spytał Arek. Nie był do końca przekonany, że zagadka okazała się taka prosta. Wyrzucał sobie, że mogli wpaść na to dużo wcześniej. Zastanawiał się czy nie podać błędnej odpowiedzi demonowi. Nie wyobrażał sobie życia bez rodzeństwa, ponadto widok tych wszystkich ciał spowodował spustoszenie w jego mózgu i wiedział, że nie obejdzie się bez pomocy specjalisty. Pomyślał, że gdyby opowiedział komuś o tym co ich spotkało, terapeuta wziąłby go za wariata i od razu wysłał do szpitala dla obłąkanych w którym spędziłby długie lata.

Dzień minął zaskakująco szybko. Podejrzanie szybko pomyślał Arkadiusz. Jeszcze chwilę temu prażyło słońce, a teraz księżyc w pełni świecił już na niebie. Mężczyzna zastanawiał się czy przypadkiem czas nie płynie tutaj inaczej. Wcześniej Sandra zauważyła to samo. Jednak nigdy nie poruszali tego tematu. Normalnie już powinni umrzeć z wycieńczenia i głodu, ponieważ na dobrą sprawę nie jedli za wiele. Jeden posiłek gdy przybyli, później dwa śniadania no i krakersy. Mężczyzna spojrzał na swój brzuch w nadziei, że pozbył się trochę kilogramów, ale nic z tego. Pozostał niezmienny. Próbował uzmysłowić sobie jaki mamy dzień tygodnia, ale plan się nie powiódł. Stracił poczucie czasu, a wszystkie telefony komórkowe straciły swą żywotność.

– Chyba muszę już iść…

– Idę z tobą. – stanowczo powiedział Mikołaj i razem z przyjacielem wyszli z pokoju.

Korytarz oczywiście został uprzątnięty, nie było śladu po zwłokach czy krwi wsiąkającej w dywan. Wolnym krokiem przemierzali dobrze znaną już drogę. Mikołaj zauważył zegar, ten sam na który wcześniej uwagę zwróciła Marcelina. Jego sekundnik wciąż poruszał się w lewo. Godzina również się nie zmieniła, wskazywała dwunastą dziesięć. Mężczyznę ogarnął pewien nieopisany lęk. Już nie był tak do końca pewien swej odpowiedzi. Chciał podzielić się tym z Arkadiuszem, ale wiedział, że już jest za późno.

Stali ponownie przed drzwiami prowadzącymi do lochu. Dwie pochodnie oświetlające korytarz zaczęły drgać. Ramiona wrót otworzyły się. Arek przyjacielsko przytulił się do Mikołaja, klepiąc go krzepiąco po plecach. Odwrócił się w kierunku lochu i zniknął w ciemności. Drzwi zatrzasnęły się z hukiem pozostawiając niespokojnego Mikołaja samemu sobie. Postanowił poczekać na przyjaciela. Wierzył, że jeszcze go zobaczy. Wierzył w to, ale czuł ogarniający go strach. Mężczyzna odliczał w głowie sekundy.

 

24

 

Arkadiusz pewnym krokiem wszedł do lochu, który śmierdział okropnie. Rozejrzał się wokoło. Tuż obok fotela, na którym siedział demon z rękami skrzyżowanymi na piersi, mężczyzna dostrzegł rude włosy swojej siostry. Wszędzie by je rozpoznał. Wyglądały jakby były peruką. Nie opuścił ich blask. Arkadiusz poczuł wzbierającą w nim złość, ale w ostatniej chwili powstrzymał emocje. Demon z wyższością przyglądał się kolejnej ofierze, która zadarła wysoko podbródek.

– Mam nadzieję, że będziesz bystrzejszy i mądrzejszy niż twoje rodzeństwo. – mężczyzna czułym gestem pogładził rude pukle. Chciał sprowokować Arkadiusza. – Czekam na twoją odpowiedź.

– Ragnar. – wysyczał mężczyzna nie odwracając wzroku od bystrych błękitnych oczu.

– Słucham? – demon gwałtownie poderwał się z fotela, ale nie podszedł do mężczyzny. Stał nieruchomo, dysząc głośno.

– Głuchy jesteś czy co? Powiedziałem Ragnar. Zasrany król wikingów! – krzyknął Arkadiusz.

Demon niepewnie postąpił na przód. Zawahał się jednak na chwilę. Jedną rękę położył poziomo na brzuchu, łokciem drugiej, oparł się na niej i przyłożył palec wskazujący do ust zastanawiając się nad czymś. Przeczesywał wzrokiem sufit lochu jakby nagle okazał się niezwykle interesujący.

Arkadiusz spoglądał na reakcję demona i był pewien, że mu się udało ponieważ ewidentnie zbił go z tropu.

– Jak na to wpadłeś? – demon nie mógł ukryć podziwu

– Ivar Bez Kości? Dół pełen węży? Mówi ci to coś?

Demon  jeszcze przez chwilę nie patrzył na mężczyznę, jednak okazał się chytrzejszy, wybuchnął rzężącym śmiechem, czym wywołał dreszcze na ciele ofiary.

– Muszę ci powiedzieć, drogi Arkadiuszu, że zaskoczyłeś mnie bardzo pozytywnie. Byłeś bardzo, ale to bardzo blisko. O tyle! – jego kciuk i palec wskazujący niemal stykały się ze sobą, gdy demonstrował różnicę pomiędzy prawdą a fałszem. – Jednak muszę cię rozczarować. Ragnar to nie moje imię. Już nie… – demon znów się zamyślił. Wrócił myślami do minionych lat.

Arkadiuszowi zrobiło się słabo. Cała krew odpłynęła mu z twarzy. Czuł, że nogi uginają się pod nim. Powtarzał sobie, że nie może teraz pokazać słabości.

– Czyli byłeś Ragnarem… – wypalił

– Tak to prawda. Byłem nim wieki temu, kiedy o tobie jeszcze ptaszki nie ćwierkały, ale… Później zostałem skazany na śmierć, jak słusznie zauważyłeś wężową śmierć. Oszukałem jednak moich oprawców i podpisałem się krwią na cyrografie. Szatan obiecał mi życie wieczne na ziemi, ściślej mówiąc na tej pięknej wyspie. Niestety jak każdy człowiek, muszę się żywić. Żywię się cierpieniem i to moja jedyna zapłata za to czym jestem. – wygłosił demon i zaplótł ręce z tyłu ciała.

– Dlaczego to robisz?

– Nie słyszałeś? To moja zapłata. Wybieram sobie śmiertelników, którzy mi się podobają, dostają ode mnie bilety. Nie bronię im spędzać tutaj czasu, broń Panie! Przecież dałem wam wszystko czego chcieliście! Mieliście jedzenie, wyspę tylko dla siebie…

– Ale zabijałeś! – wyspał Arek

– Przecież ja też muszę jeść głupi! To nie moja wina, że tak wam się śpieszy do śmierci. Trzeba było korzystać póki miałem dobry humor. Teraz już go nie mam no i jestem głodny. – z uśmiechem na twarzy wyjaśnił demon

Arkadiusz zastanawiał się nad tymi słowami, chciał o coś jeszcze zapytać, kupić sobie więcej czasu, ale wiedział, że to bez celowe.

– Dobra, koniec pytań, koniec odpowiedzi. Czas na kolację! – demon w mgnieniu oka znalazł się przy Arkadiuszu. Patrzył w jego ciemne oczy kręcąc groteskowo głową.

Arkadiusz nie mógł się ruszyć, głos uwiązł mu w gardle. Patrzył na demona, który teraz zaczął się zmieniać. Jego twarz już nie przypominała człowieka. Wystąpiły na nią potworne ropne bruzdy, które rozchodziły się po całym ciele. Oczy zmieniły się na puste oczodoły. Z ust wypadły wszystkie zęby. Nos zapadł się w głąb czaszki. Skóra zaczęła pokrywać się czarnym śluzem, który wtapiał się w nią. Demon cały czas kręcił głową. Arkadiusz odzyskał panowanie nad sobą i uzmysłowił sobie, że Mikołaj prawdopodobnie wciąż czeka na niego za drzwiami. Stwierdził, że musi ostrzec przyjaciela i zawył głośno.

– Mikołaj! To nie Ragnar! Już nie! Ucie… – urwał w pół słowa, gdyż demon zaczął pochłaniać jego duszę.

 

25

 

Gdy drzwi się zatrzasnęły, korytarz pogrążył się w ciemności. Pochodnie, które płonęły obok nich, mrugały nerwowo, by zgasnąć jakby ktoś szybko w nie dmuchnął. Przez chwilę zastanawiał się czy były tu wcześniej, nie zauważył ich. Skarcił sam siebie w myślach i nasłuchiwał.

Drzwi tłumiły każdy dźwięk, jednak przy wyostrzeniu odpowiedniego zmysłu, można było coś podsłuchać.

Mikołaj bał się, że jednak popełnił błąd i wysłał przyjaciela na pewną śmierć. Zaczął panikować. Ciemność, która go otaczała nie pomogła mu w niczym, wręcz przeciwnie.

W pewnym momencie mężczyzna usłyszał, jak przyjaciel wypowiada imię króla wikingów. Mikołaj wstrzymał oddech na dłuższą chwilę. Wypuścił powietrze cicho w chwili gdy demon spytał Arkadiusza, jak doszedł do wniosku kim jest. Kamień który ciążył na sercu Mikołaja przesunął się w stronę krawędzi, jednak zawisł na niej, gdy mężczyzna usłyszał śmiech demona. Oparł się plecami o ścianę i osunął na podłogę. Z jego oczu popłynęły słone łzy porażki i poczucia winy. Chciał umrzeć. Wiedział, że zawalił po całej linii i nigdy sobie tego nie wybaczy.

Usłyszał zza drzwi, jak przyjaciel krzyczy, aby ten brał nogi za pas i uciekał, ponieważ imię które wypowiedział nie było poprawne. Mikołaj podniósł się szybko i pognał przed siebie. Błądził w ciemnościach, ponieważ wszystkie pochodnie zgasły. Mężczyzna po omacku dotykał ściany licząc na to, że jakimś cudem trafi do pokoju. Nie wiedział ile czasu minęło, nie wiedział gdzie jest. Już miał zrezygnować, gdy potknął się o coś i runął na ziemię.

W tym momencie korytarz rozświetlił się. Mikołaj skonsternowany wpatrywał się w podłogę. Wstał z niej szybko i odwrócił głowę, aby sprawdzić co potrącił, ale doskonale wiedział co, a raczej kto to był.

Arkadiusz leżał teraz na ziemi, wcześniej prawdopodobnie klęcząc. Jego ciało zostało perfekcyjnie rozcięte na pół. Krew nadal sączyła się, skapując na dywan. Mikołaj w głębi serca dziękował, że wpadł na ciało przewracając je twarzą do dołu, ponieważ nie zniósł by tego widoku. Szybko się pozbierał, wbiegł do pokoju zatrzaskując za sobą drzwi. Przekręcił zamek w drzwiach, zastanawiając się czy to dobry pomysł.

Zdyszany usiadł na łóżku. Dał upust swoim emocjom. Łzy kapały na jego kolana. Czuł ogromne poczucie winy. Był pewien, że odgadł zagadkę, przecież wszystko w niej się zgadzało. Imię syna, śmierć… Co poszło nie tak? Przypomniał sobie słowa Arkadiusza: „Już nie”. To znaczy, że prawidłowo strzelił, ale cel oddalił się o milimetr i chybił. Starał się uspokoić oddech. Teraz został tylko on. Potwornie bał się samotności, szczególnie w takim miejscu. Był świadom wszystkiego co miało miejsce, a to nie było w tej chwili dla niego korzystne. Bał się, że postrada zaraz zmysły. Nie wiedział co ma robić. Mógł tylko siedzieć i wpatrywać się w swoje dłonie i krople łez, wsiąkające w materiał spodenek.

Mężczyzna postanowił się położyć i jeszcze raz przeanalizować wszystko to co usłyszał. Słyszał wyraźnie słowa Arkadiusza, które teraz ponownie dźwięczały mu w głowie.

Jego wzrok padł na obraz zawieszony tuż przed nim. Młody, przystojny mężczyzna. Wydawał mu się znajomy. Ta twarz, te oczy. Mikołaj wyskoczył z łóżka i dobiegł do obrazu, zasłaniając usta. Oczywiście, że znał tę twarz, widział ją przecież niedawno w swoim śnie. Był to chłopak, którego zabito, syn Ragnara. Bjorn. Był świadkiem jego śmierci! Może to nie był sen… Pomyślał i ogarnął go jeszcze większy niepokój. Wpatrywał się w obraz, jakby chciał ujrzeć na nim jakąś podpowiedź, jakiś znak, że idzie w dobrą stronę.

Mikołaj zrezygnowany odwrócił się od obrazu i niemal krzyknął gdy przy oknie zobaczył postać, tę samą której twarz widział we śnie. Mężczyzna stał sztywno pod oknem i lustrował wzrokiem Mikołaja.

– Kurwa, wiedziałem, że z tego wszystkiego dostanę załamania nerwowego – burknął pod nosem i ostrożnie postąpił krok na przód.

Postać uczyniła to samo. Jej lamelkowa zbroja wydała charakterystyczny dźwięk. Chłopięca twarz spojrzała z uwagą na Mikołaja i przemówiła prawie niesłyszalnym głosem.

– Jego imię to połowa całości… Patrząc od tyłu.

Mikołaj zgłupiał, nie wiedział co się dzieje.

– Co? – dopytał, ale postać na jego oczach zaczęła blednąć i znikła. Mężczyzna przetarł oczy. – Połowa całości patrząc od tyłu… Połowa całości… – rzucił się do swoich notatek zrobionych wcześniej i zaczął je wertować. Jego wzrok padł na pewien wyraz. Uśmiechnął się do siebie. Przypomniał sobie wszystko co miało miejsce na wyspie. Odźwiernego wraz ze służbą, posiłek zjedzony po przybyciu na wyspę, wizje podesłane przed demona Amelii oraz parze zakochanych, pierwsze spotkanie z nim, pierwszą śmierć. Mikołaj zobaczył roześmiane twarze przyjaciół, następnie każdą śmierć po kolei. Nie zwlekając dłużej wybiegł w pośpiechu z pokoju, przeskoczył ciało Arkadiusza, które w dalszym ciągu leżało na podłodze, następnie skręcił w odpowiedni zaułek, spoglądając po raz ostatni na zegar i napis „edednabrof”. Zapukał nerwowo do przepastnych drzwi, które uchyliły się nieznacznie. Mężczyzna pchnął je mocno i wpadł do pomieszczenia.

Demon siedział na fotelu.

– Ty gnido! – rzucił Mikołaj, dysząc przeraźliwie.

Demon milczał. Wpatrywał się tylko w mężczyznę.

– Już wszystko wiem! Na tej cholernej wyspie wszystko jest odwrotnie! Czas płynie inaczej! Wszystko powtarzasz! Swoje ruchy, kontrolujesz nasze umysły, abyśmy robili to samo! Abyśmy nie próbowali stąd uciec, tylko abyśmy siedzieli w tym przeklętym pokoju! Założę się, że każdego z nas mordujesz tak samo! Pewnie podnosisz dupę, podchodzisz i mordujesz, a dopiero po śmierci masakrujesz zwłoki tak dla zabawy!

Mikołaj zauważył, że twarz demona się zmienia. Na chwilę wpełzła na nią pełna powaga i nutka niepokoju.

– Twój syn mi pomógł. Ten, który zginął z rąk swojego brata! Twoje imię wywodzi się od słowa Ragnarok, które oznacza koniec świata. Zegar był genialną wskazówką. Sekundnik idący z lewą stronę. Reszta była dziecinnie prosta. – mężczyzna wziął głęboki wdech – Rangar. To twoje imię. – spokojnie odparł Mikołaj. Wiedział, że ma rację. Wiedział, że mu się udało. Demon skrzywił się przeraźliwie, jego oczy pałały nieokreśloną złością.

– To niemożliwe! – wychrypiał tylko i zaczął zmieniać swą postać

– Możliwe! Właśnie tak! – Mikołaj wpatrywał się w demona, który przybierał swoją prawdziwą postać. Już nie był przystojnym mężczyzną. Był odrażającą kreaturą. Ropa wylewała się z bruzd na twarzy, skapując paskudnie na posadzkę. Ręce przybrały czarny kolor i pokryły się wstrętnymi bąblami. Demon chciał coś jeszcze powiedzieć, ale z jego ust posypały się zęby, upadając na podłogę wydały radosny dźwięk, który koił uszy Mikołaja. Kreatura wychrypiała coś niezrozumiane.

Mikołaj zatopił się w ciemności.

 

 

Część IV

Przebudzenie

 

1

 

Białe obłoki tańczyły wesoło w przestworzach. Słońce goniło za nimi, przebijając się ciepłymi promieniami, rozświetlając niebo. Zapowiadał się kolejny upalny dzień.

Mężczyzna niepewnie otworzył oczy. Wisiało nad nim pięciu ludzi, którzy patrzyli na niego z przerażeniem. Byli dziwnie ubrani, w biało czerwone kostiumy. Mężczyzna o własnych siłach podniósł się do pozycji siedzącej i potarł tył głowy. Rozejrzał się wokół. Dostrzegł trzy karetki pogotowia, kilka wozów policyjnych i rzeszę gapiów zamkniętych za barierkami. Odwrócił głowę w swoje prawo i dostrzegł siedem worków na zwłoki.

– Co się stało? – powiedział zachrypniętym głosem

– Jak się pan czuje? Proszę się nie ruszać. Musimy pana zbadać. – lekarz chwycił mężczyznę za rękę, ale ten wydarł się z uścisku.

– Co się do cholery stało?! – przerażonym wzrokiem przebiegł po twarzach obcych ludzi.

– Dziwna sprawa. Lecieliście państwo na jakaś wyspę, której nie ma na mapach. Nikt nie wie jak mogło dojść do tej pomyłki i jak w ogóle samolot został dopuszczony do lotu. Jedna ze stewardess poinformowała państwa, że niebawem będziecie lądować, ale nikt z państwa się nie poruszył. Myślała, że śpicie. Podeszła do jednej z dziewczyn i szturchnęła ją w ramię, ale… Dziewczyna nie żyła. Zbadała puls pozostałym pasażerom. Przeżył tylko pan. Nie wiemy co spowodowało śmierć. Przykro mi, ale… – lekarz urwał w pół słowa, ponieważ dostrzegł ruch po swojej prawej. Worek ze zwłokami ożył i wił się teraz jak oszalały. Specjaliści nie wiedzieli co się dzieje. Jeden najodważniejszy, podszedł do worka i rozsunął go. Z jego wnętrza wyskoczyła głowa.

– Co to do kurwy ma znaczyć?! Ja pierdole! – wrzasnął mężczyzna łapczywie walcząc o oddech. Przebiegł po osobach oddalonych od niego i dostrzegł znajomą twarz. – Mikołaj! Stary! Co tu się dzieje?! – mężczyzna niezgrabnie wyszedł z worka i poczłapał do przyjaciela.

– Arek! – mężczyzna bez problemu go rozpoznał. Uśmiechnął się serdecznie.

Kolejne worki ożyły. Oszołomieni ludzie, zaczęli rozpinać każdy z osobna, bardzo ostrożnie. Siódemka ludzi, uznanych za zmarłych powróciła z zaświatów. Nikt nie potrafił tego wyjaśnić, ponieważ kilkukrotnie sprawdzano puls, podłączano nawet do respiratorów. Nic z tego. Byli trupami, a teraz wychodzili z worków, jak z kokonów, zdezorientowani.

– Sandra! Ja chramolę, ale akcja co?! Zamknęli nas w workach! – Gabriela pełna szczęścia śmiała się tak głośno, że Amelia musiała zakryć uszy dłońmi.

– Nie wyj głupia! – Rudowłosa zrugała koleżankę i również podeszła do siedzącego na ziemi Mikołaja, który był w takim szoku, że nie mógł nic powiedzieć.

– Panie doktorku, co z nim? – Gabriela zaniepokoiła się i uklęknęła przed przyjacielem, taranując swoim wielkim zadkiem Arkadiusza i Amelię. Zamachała nerwowo tłustą dłonią przed oczami Mikołaja i już chciała go walnąć, gdy ten oprzytomniał. Przytulił mocno Gabrielę do siebie. Z jego oczu popłynęły łzy szczęścia.

– Ej, jeśli liczysz na szybki numerek to na pewno nie tutaj! – Gabriela próbowała się wyrwać z uścisku, ale skapitulowała i wtuliła się w przyjaciela.

Mikołaj podniósł się z ziemi i przebiegł wzrokiem po ludziach. W oddali dostrzegł Marcelinę z Patrykiem, którzy namiętnie się całowali. Zawołał ich do siebie i teraz stali wszyscy razem w półokręgu. Mikołaj podejrzliwie przyjrzał się każdemu z osobna.

– Czego się tak dziwnie gapisz? – spytał Adrian zakładając ręce na piersi i unosząc brew ku górze.

– Cieszę się, że was widzę. Po prostu. – odpowiedział Mikołaj.

– Przepraszam… Przepraszam, ale… – lekarz z niepewną miną podszedł do grona przyjaciół i równie podejrzanie ich zlustrował. – Musimy państwa zbadać. Zapraszam do ambulansu.

– Doktorku, ja tam czuję się dobrze. – zaświergoliła Gabriela. – Kto ma moje fajki? Zajarałabym… – powiedziała rozmarzonym głosem.

Mikołaj nie wierzył w to co się wydarzyło. Chwilę temu był na mrocznej wyspie, widział śmierć każdego z przyjaciół, a teraz stali tutaj wszyscy śmiejąc się i żartując. Co więcej, prawdopodobnie niczego nie pamiętali z minionych dni. Czas jakby się cofnął. Mężczyzna zepchnął tę myśl w najdalszy zakątek umysłu i powłócząc nogami ruszył za przyjaciółmi, którzy z dezaprobatą poszli w kierunku ambulansu.

Wtem, przypomniał sobie o czymś. O czymś bardzo ważnym. W myślach odczytał nazwę wyspy od tyłu. Nomed przeinaczyło się w damon. Szybko chwycił za swój telefon komórkowy, który był dokładnie tam gdzie przed wejściem do samolotu – w kieszeni spodni, i połączył się z Internetem. Wszedł na tłumacz. Wklepał słowo „edednabrof, które widywał prawie codziennie na wyspie odwracając je.

Otworzył szeroko oczy gdy ukazało mu się tłumaczenie słowa forbandede, oznaczające przeklętego.

 

2

 

Całą ósemką, zdrowi, szczęśliwi i co najważniejsze żywi, siedzieli w kawiarni, sącząc kawę. Lekarze nie stwierdzili żadnych nieprawidłowości. Nie potrafili jedynie wytłumaczyć tego cudu, który zdarzył się na ich oczach. Wiedzieli, że w jutrzejszej prasie ten temat będzie królował na pierwszych stronach gazet.

Mikołaj opowiedział przyjaciołom wszystko to co widział na wyspie, pomijając niektóre fakty związane z ich śmiercią. Okazało się, że każdy z nich pamiętał co nieco lecz efektywnie stłumił złe wspomnienia. Przyjaciele dziękowali Mikołajowi za to, że jednak udało mu się rozwikłać zagadkę i jakimś cudem ich z tego wyciągnął.

Marcelina chyba jako jedyna pamiętała ból jaki odczuwała po stracie narzeczonego. Wiedziała, że nie wyobraża sobie życia bez niego i gdyby kiedykolwiek go straciła umarłaby zaraz za nim. Przysięgła sobie, że będzie dbać o ten związek jak o urodziwy kwiat, którego nie można zaniedbać. A gdy coś pójdzie nie po jej myśli, postara się szukać kompromisów, a nie uparcie dążyć do celu tylko po to, aby jej zdanie było na wierzchu.

Arkadiusz obejmował czule Sandrę, która przytuliła się do niego. Gabriela stwierdziła, że ewentualnie może jej odstąpić Bambiego, ponieważ przeżyła z nim jedną noc i co prawda był niezły, ale jak dla niej zbyt grzeczny, a ponadto zawsze chciała spróbować z – jak to ujęła „mahoniowym ogierem”. Amelia słysząc to cmoknęła głośno.

Przyjaciele postanowili, że wyjadą na wymarzone wakacje, które bądź co bądź im się należą, ale nie będą szukać już okazji „last minute”. Mikołaj zaproponował wypad nad jezioro, do domku swojego wujka, który na pewno chętnie go wypożyczy. Zostały im jeszcze przecież dwa tygodnie urlopu, ponieważ jak się okazało nadal była sobota.

Słońce leniwie chowało się za horyzontem, ustępując miejsca księżycowi.

Srebrzysty olbrzym rozświetlał czarne niebo. Tym razem nie był w pełni, był po prostu wiszącym bananem.

 

 

Epilog

 

Fale gwałtownie obijały się o wysoki klif. Egzotyczne rośliny tańczyły na wietrze. Z nieba spadła pierwsza kropla deszczu, którą ochoczo pochłonął piasek. Statek płynął po wzburzonym oceanie, broniąc się przed każdym mocniejszym podmuchem.

Mężczyzna stał w oknie i patrzył na ludzi, którzy cieszyli się widokiem wyspy. Z dozą trudności zmienił się w uroczego, miłego, starszego pana, przyodzianego w elegancki frak. Doszedł do wniosku, że już niebawem nabierze sił i zawładnie kolejnymi umysłami pożerając je aż do cna. Tym razem nie musiał się wysilać i wysyłać biletów. Grupka młodych ludzi zwyczajnie zabłądziła, a on tylko wykorzystał okazję. Jakże uwielbiał takie właśnie okazje! Chwiejnym krokiem podszedł do drzwi wejściowych i czekał.

Czekał na kolację.

 

 

autor: Ewa D.