Projekt 6na1

Sześć osób. Jedna książka

Trochę roszad personalnych, ale projekt #6na1 wciąż w grze 🙂

A dzisiaj, jak co miesiąc prezentuję Wam kolejny wpis z cyklu, czyli recenzje jednej książki przez sześć różnych blogowych osobowości. Tym razem zapraszam do podróży krętymi ścieżkami myśli prawdziwych psycholi.

Kliknij na osobę, aby rozwinąć treść

Czasem zastanawiam się, czy mój blog nie powinien nazywać się “Fabryka analogii”, bo jak zwykle nie wnikając w fabułę, posilę się porównaniami, skojarzeniami i odczuciami. Zanim jednak zacznę, muszę przyznać się do oszustwa. Z założenia, wybierając tytuły do wspólnego opracowania, upewniamy się, że wszyscy uczestnicy daną książkę będą czytali po raz pierwszy. Tak było i tym razem, ale… Ja milczenie już czytałem. To było tak dawno temu, że jej obraz kompletnie przyćmiła mi późniejsza ekranizacja a i na tamten czas, ze względu na młody wiek mogłem nie uchwycić meritum. Rzeczywiście, czytając Milczenie po raz drugi, nie potrafiłem odnieść się do tego pierwszego razu. Czy mnie to usprawiedliwia? Nie wiem, ale mleko się rozlało, więc pogrzebmy w nim trochę.

Dygresja pierwsza: Jestem programistą samoukiem. Kiedyś pracowałem przy projekcie z doktorem uniwersyteckim z zakresu programowania. Facet nie napisał ani jednej linii kodu komercyjnego. Kompletnie nie mogliśmy się dogadać. To był istny dramat. Czas trwania projektu wydłużył nam się czterokrotnie, bo teoria teorią, a praktyka praktyką. Ten człowiek miał mózg jak komputer, ale podstawowa logika biznesowa kompletnie go przerastała. Wniosek jest taki – czas każdego dochodzenia, w którym konsultantem policji jest kryminolog, psycholog czy inny teoretyk, można by skrócić o połowę, gdyby w jego miejsce podstawić zwyrodnialca o profilu podobnym do poszukiwanego.

Dygresja druga: Jeśli na swojej drodze, spotkasz magnetyzującą, inteligentną i czarującą osobę, przy której czujesz wszystko poza strachem – zacznij się bać. To nie jest prawda objawiona, ale z jakiegoś powodu utarło się, że psychopaci to zaplute szumowiny, a wystarczy prześledzić kilka głośnych spraw, aby wiedzieć że takiej osobie najprawdopodobniej oddałbyś dziecko do popilnowania. Daje głowę, że taki osobnik, świetnie by się z resztą z tego zadania wywiązał. Lectera przecież nie sposób nie polubić, prawda?

Dygresja trzecia: Nie każdy człowiek jest psychopatą, ale każdy (?) miewał myśli, których sam by się po sobie nie spodziewał. Moja konkluzja jest taka, że miarą zwyrodnialstwa jest siła wewnętrznych hamulców. Przeciętny człowiek pomyśli, że swojego szefa chętnie by obił (delikatny przykład 🙂 ) za poranną awanturę, dojdzie do wniosku, że dość ciężko by to było zrealizować, a jak wpadnie to pójdzie do więzienia, a w ogóle to może to nie byłoby zbyt etyczne. Psychopata pominie drugą część toku rozumowania i po prostu to zrobi. I to zapewne w bardzo kreatywny sposób. Bo przyznać trzeba, że to kreatywni ludzie – stąd dość częsta paralela do zdolności artystycznych.

“Milczenie owiec” to absolutny klasyk, spójny, świetnie przemyślany i napisany. Ta książka jest dowodem na to, że akcja może być tłem do fascynującej podróży po umysłach bohaterów. Tak sobie myślę, ze do idealna pozycja dla introwertyka, który dużą część swojego życia przeżywa ‘do środka’. Jest skupienie, jest cisza, jest niewiele słów, za to mnóstwo emocji i zaglądania do środka skrzywionego człowieczeństwa. Szczerze polecam 😉

Szybkie pytanie – najsłynniejszy seryjny morderca? Kuba Rozpruwacz! Hannibal Lecter! Najbardziej znany kanibal? No to już na pewno Hannibal Lecter!

Od wielu już lat (a konkretnie od 1991 roku, czyli od momentu powstania filmu „Milczenie owiec”) Hannibal Lecter jest fascynującym masy uosobieniem seryjnego mordercy. Jest też pewnie najbardziej znanym kanibalem (i tu wiedzie prym wśród postaci fikcyjnych, jak i tych rzeczywistych). Książki z doktorem Lecterem powstały w latach 80., ale nie oszukujmy się – na szerokie wody wypłynął on wraz z filmem Jonathana Demme’a.

Film zna znakomita większość z nas. A kto zna książkę? Zastanawiam się dlaczego ja, jako ta, która zawsze wybiera książkę przed obejrzeniem filmu (a najczęściej zamiast filmu), nigdy nie wpadłam na to, żeby sięgnąć po „Milczenie owiec” w wersji oryginalnej, czyli książkowej. Nadeszła i na to pora, dzięki naszemu projektowi #6na1.

Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, polubiłam bohaterów „Milczenia owiec”. Tak, Hannibala Lectera również. To chyba naturalne, że Clarice widzę jako Jodie Foster, a Lecter ma w mojej głowie twarz Anthony’ego Hopkinsa. Te filmowe skojarzenia wcale nie przeszkadzały mi w odbiorze książki.
Obie postacie są fantastycznie wykreowane. Niesamowicie wyraziste charaktery. Inne, ale jednocześnie podobne. Współgrają ze sobą jak w najlepszej orkiestrze i w jakiś pokrętny sposób wydają się być dla siebie stworzone.

Oboje są też bardzo inteligentni. Finezyjne kwestie Hannibal Lecter rzuca ot tak, od niechcenia. Na wszystko ma błyskotliwą odpowiedź, często zagadkową i niejednoznaczną, zmuszającą interlokutora do uruchomienia szarych komórek.

To nie jest typowy thriller. Nie ma zaskakujących zwrotów akcji, tajemniczości, nerwowego przewracania kolejnej strony, tak charakterystycznych dla współczesnych thrillerów. Brak wymyślnych elementów – pod tym względem jest nadzwyczaj prosto. Tym samym, nie ma zbędnych fragmentów, niepotrzebnych zapychaczy stron.

Fabuła i historia z Buffalo Billem jest drugim tłem. Tak naprawdę zagadka do rozwiązania mogłaby tu być jakakolwiek, bo to nie ona stanowi oś powieści. Te wydarzenia to tylko tło dla przedstawienia jakie grają Clarice i Hannibal. To oni są na pierwszym planie, ich rozmowy, gra psychologiczna tocząca się między nimi. Nie znaczy to jednak, że Buffalo Bill i jego wyczyny są czymś nudnym czy zwyczajnym – otóż nie są. Buffalo Bill to psychopatyczny morderca, który ma tak namieszane w psychice, że wystarczyłoby to na obdarowanie trzech innych osób, a i tak każda z tych osób wyszłaby na nieźle szurniętą.

Bardzo podoba mi się postać Clarice Starling. Trudno powiedzieć, czym się wyróżnia. To taka cicha i spokojna dziewczyna, stawiająca swe pierwsze kroki w świecie agentów FBI. I może to już zasługuje na wyróżnienie? Że zdecydowała się na karierę zawodową w świecie zdominowanym przez mężczyzn? Brawa dla Thomasa Harrisa, który wyszedł poza standardy dzielnych i wojowniczych mężczyzn, dominujących wśród głównych bohaterów powieści kryminalnych i thrillerów. Głównym bohaterem (no dobra, jednym z dwóch) uczynił kobietę. I to jaką! Nie wojującą, nie skaczącą z bronią w ręce, nie pierwowzór Lary Croft. Kobietę spokojną. Pokorną. Słuchającą i słyszącą. Clarice podoba mi się jeszcze bardziej chyba przez to, że jest zupełnie inna niż ja.

Forma książki jest niesamowicie prosta, ale jej zawartość – wręcz przeciwnie. W bohaterach, ich psychice – nie ma nic prostego. Polecam! Ja tymczasem nabrałam chęci na „Milczenie owiec” w wersji filmowej.

P.S. Czy to tylko ja tak mam, że Buffalo Bill wydaje mi się zwyrodnialcem, psychopatą, którego należy surowo ukarać, a doktor Hannibal Lecter to momentami wręcz dusza człowiek, taki sympatyczny pan (choć przecież wiem, że to chodząca kwintesencja zła, bez skrupułów i wyrzutów sumienia)?

Narodził się w umyśle Thomasa Harrisa, jego obraz został przeniesiony na łamy powieści „Czerwony smok” w 1981 roku, gdzie po dziś dzień zachwyca. Doktor Lecter – niezwykle inteligentny psychiatra odkrywający źródła okrucieństwa, potwór w ludzkiej skórze. Jednak czy zło zawsze musi być złe?

Hannibal Lecter to nazwisko, które zna każdy. Seria książek z Lecterem bije rekordy popularności, trzyma w napięciu i funduje niezwykłą czytelniczą satysfakcję. Harris przedstawił Lectera jako znamienitego lekarza, kryjącego pod fasadą normalności przerażający sekret – Hannibal Lecter jest kanibalem.

W różnych miejscach Stanów Zjednoczonych zostają odnalezione oskórowane ciała młodych kobiet. To osławiony przez media Buffalo Bill zbiera swoje żniwo. W jego chorym umyśle wyklarował się całkiem sprytny plan, ale zanim sen się ziści będzie potrzebował jeszcze kilku ofiar… Śledztwo w tej sprawie prowadzi początkująca agentka FBI Clarice Starling. Przebywający w zakładzie psychiatrycznym Doktor Lecter postanawia w pewien sposób pomóc kobiecie, jednak ma w tym swój ukryty cel. Czy Clarice uda się złapać mordercę? Czy wskazówki Lectera są prawdziwe? I kim tak naprawdę jest Buffalo Bill?

(…) musisz nauczyć się oszukiwać zło. Czasami tylko w ten sposób można osiągnąć coś dobrego.

Harris w swej powieści oddał głos dwóm mordercom, których przepełnił brutalnością do szpiku kości. „Milczenie owiec” to świetne studium przypadku odkrywające najprawdziwsze zło będące podstawą ludzkiej natury. Harris nadał wybitnemu psychiatrze cechy psychopaty, który odsłaniając swoje drugie oblicze przeraża. Zaufanie, które powinien budzić zostaje schowane do szafy, a czytelnik modli się tylko o to, aby nie ujrzało światła dziennego. Autor stopniowo odkrywa kolejne karty a jego największym asem w rękawie jest nie kto inny jak Doktor Lecter, który potrafi zaskoczyć w najmniej oczekiwanym momencie. Lecter bawi się strachem, budzi lęk, który jest dla niego świetną rozrywką. Jednak największą frajdę sprawia mu bezradność policji w złapaniu Buffalo Billa. Tylko on zna tożsamość mordercy, tylko on może pomóc. Psychiatra trzyma w napięciu nie tylko czytelnika, ale również Clarice Starling, której nikt nie pozazdrości obecnego położenia – chcąc zatrzymać jednego mordercę musi zaufać drugiemu. Nić powstała między nią a doktorem budzi niepokój utrzymujący się do ostatniej strony, wszak nigdy nie wiadomo co kieruje Lecterem.

Obojętność może być sposobem uniknięcia bólu.

Akcja powieści przebiega płynnie, sukcesywne podążanie tropem mordercy odpowiednio buduje napięcie. Plastyczny język, swobodny styl i znakomita kreacja postaci to główne atuty powieści wpływające na pozytywny odbiór książki. Każda kolejna strona odsłania coś nowego, coraz wyraźniej widać zależności, mozolne śledztwo nabiera wiatru w żagle, zaczyna się robić duszno i ciasno. Jedynym minusem, który nieco mnie rozczarował to zbyt szybkie poznanie tożsamości sprawcy.

„Milczenie owiec” bezapelacyjnie wpisało się w klasykę gatunku. Przedstawiona historia jest niebezpieczna, ale na swój sposób finezyjna i wyrafinowana. Niesamowity klimat oddziałuje na czytelnika skutecznie przyspieszając bicie serca. Strach niepostrzeżenie pełznie po kręgosłupie, zagrożenie cichutko puka do drzwi, a toczące się wydarzenia skutecznie mrożą w żyłach krew. Czy trzeba dodawać coś więcej?

Pewnie nie zwróciliście uwagi, ale w ubiegłym miesiącu nie recenzowaliśmy dla Was żadnej książki w ramach blogerskiego projektu #6na1. Powodem tego była sesja, a że wśród nas jest dziewczę młode i płoche, co to się do egzaminów uczyć musiało, to nic nie napisało i my w pamięci mając własne przeboje na studiach pokiwaliśmy głowami z politowaniem i odroczyliśmy się na jeden miesiąc. Dodatkowo nastąpiły drobne przetasowania, w efekcie których ekipa powiększyła się o faceta, co wreszcie wyrównuje nasze szanse w tej nierównej walce. Bookworma chyba nie muszę Wam przedstawiać, nie? Mój blogowy guru zgodził się do nas dołączyć i na pierwszy ogień dostał propozycję ode mnie, czyli „Milczenie owiec” Thomasa Harrisa.

Wybrałem tę książkę trochę z przekory, bo z jednej strony Hannibal Lecter jest wszystkim znany, jest postacią kanoniczną wręcz, a z drugiej mam wrażenie, że niewiele osób zna go z literatury, a nie z z filmowych ekranów. Chciałem też sprawdzić, jak wyjdzie mi recenzja dzieła, które właściwie wszyscy znają. „Właściwie”, bo znowu – nie ma chyba osoby dorosłej, która filmu „Milczenie owiec” nie widziała, ale kto z Was czytał książkę? Zróbmy eksperyment – napiszcie w komentarzu, kto zna oba te dzieła, a kto tylko jedno i które konkretnie, dobrze?

Fabuła…
To będzie chyba najkrótszy akapit odnośnie fabuły we wszystkich moich recenzjach, bo wszyscy mniej więcej pamiętają, o co tu chodzi. Dlatego przypomnę bardzo pokrótce.

W Stanach ktoś porywa, więzi, głodzi, a następnie morduje młode kobiety, wcześniej obdzierając je ze skóry. Policja i FBI są bezradne, bo ofiar nie łączy nic poza tym, że wszystkie są lekko przy kości.

W tym samym czasie Clarice Starling, młoda adeptka Akademii FBI w Quantico, na polecenie swojego zwierzchnika Jacka Crawforda, szefa Sekcji Behawioralnej, udaje się na specjalny zamknięty i ściśle chroniony oddział szpitala dla umysłowo chorych, aby spotkać się z seryjnym mordercą i kanibalem, a jednocześnie genialnym psychiatrą, doktorem Hannibalem Lecterem.

Wizyta ma charakter rutynowy, ale w trakcie jej trwania agentka wyzwala w psychopacie coś, co daje nadzieję na złapanie porywacza kobiet, którego media tymczasem ochrzciły mianem Buffalo Billa. Kobieta otrzymuje skrawki informacji, które mogą pomóc w zidentyfikowaniu i ujęciu zwyrodnialca, ale w zamian ma opowiadać o sobie i swoim dzieciństwie. „Quid pro quo Clarice” – coś za coś. Rozpoczyna się niebezpieczna psychologiczna gra pomiędzy niedojrzałą i początkującą przedstawicielką prawa, a geniuszem zbrodni.

Oczywiście wszyscy tak naprawdę pamiętają Hannibala Lectera, którego roli wykreowanej przez Anthony’ego Hopkinsa nie przyćmiła nawet ta zagrana przez Madsa Mikkelsena w serialu o zdeprawowanym doktorze-kanibalu. Podobnie jak Clarice na zawsze już chyba będzie miała twarz młodziutkiej Jodie Foster. Obydwoje zresztą za swoje kreacje aktorskie otrzymali zasłużone Oscary.

Po co więc?
Po co więc sięgać po książkę, którą tak naprawdę wszyscy znają? Po co recenzować historię, o której każdy wie jak się zaczyna, jak przebiega i jak kończy? Teoretycznie tak, ale czy naprawdę wszyscy ją znają? Większość z nas zna historię z filmu, nie z książki. To po pierwsze.

Po drugie to klasyk. A klasyki zawsze dobrze znać, bo potem można błysnąć w towarzystwie i dostać +10 do elokwencji, inteligencji i każdej innej -encji.

A po trzecie, bo to genialna książka!
W zalewie wszechobecnej grafomanii rzadko zdarza się powieść naprawdę dobra, a jeszcze rzadziej wybitna. Bardzo często niestety zdarza się, że taka wybitna powieść przeniesiona na filmowy ekran skutkuje wielką kupą. Mistrz powieści Stephen King wie o tym najlepiej, bo choć zekranizowano mnóstwo jego książek, niektórych tylko dobrych, innych wybitnych (bo King po prostu nie pisze książek złych), to jednak jakoś nie miał szczęścia i zazwyczaj nie było za bardzo czego oglądać. Nuda, brak ducha powieści, postaci źle zagrane, generalnie klapa i spuśćmy na to „dzieło” zasłonę wstydu i milczenia. Dean R. Koontz, którego stawiam na podium obok Kinga również nie bardzo ma się czym pochwalić.

Jeżeli pamiętacie jeszcze film z 1991 roku, to wiecie, że był naprawdę solidnym kawałkiem kina. Doskonale zagrany i doskonale wyreżyserowany, z doskonale poprowadzoną historią. Myślę, że śmiało można go zaliczyć do jednego z najlepszych thrillerów w historii kinematografii. A co jeśli Wam powiem, że „Milczenie owiec” w druku jest co najmniej tak samo dobre? Że nawet jeśli sobie odświeżycie niemłody już film, to i tak przeczytanie książki wniesie mnóstwo nowych wątków do znanej już historii, a niektóre rozwinie znacznie bardziej, niż zobaczyliście to na ekranie? Warto się skusić?

Ciężko odmówić aktorom tego, że stworzyli postaci wielobarwne, wielowymiarowe i pełnokrwiste – w przypadku Hannibala Lectera to określenia nabiera nawet nie dwuznaczności, ale właśnie wieloznaczności. Ale ten sam genialny psychiatra z kart powieści przeraża jeszcze bardziej, kiedy dostajemy wyprany z emocji, precyzyjny, chirurgicznie wręcz, opis jego zbrodni. Dowiadujemy się też, w jaki sposób udało mu się uciec, co dalej z nim się działo i jak rozwinęła się jego pełna niezdrowej fascynacji znajomość z Clarice Starling. I tak samo jak na filmie, kibicujemy mu pomimo tego, że przecież to czystej krwi psychopata. Ale ma nieodparty urok, któremu ciężko się oprzeć nawet pomimo tego, że wiemy kim jest i co zrobił.

W filmie postać samego Buffalo Billa potraktowano niezwykle pobieżnie – z książki dowiadujemy się o nim zdecydowanie więcej. Poznajemy jego historię, dzieciństwo oraz to, jak zrodziło się w nim szaleństwo i dlaczego ofiary należały zawsze do kobiet puszystych. Poznajemy też jego motywy – po co mu skóra zamordowanych i jaką rolę w jego dewiacji pełniła matka? Zdobywamy tę wiedzę nie tylko dzięki podpowiedziom Lectera, ale też, a może nawet głównie, dzięki solidnej kryminalistycznej robocie, jaką odwala FBI do spółki z policyjnymi detektywami. I chociaż pewnie teraz to wygląda zupełnie inaczej (książka jest bardzo stara, niedługo stuknie jej 30 lat, więc i techniki kryminalistyczne poszły do przodu), to warto poznać pracę stróżów prawa od kulis.

Warto poznać całą historię, nie tylko jej filmową wersję. Nawet jeśli rzeczywiście Fabryka Snów stworzyła dzieło wybitne, nawet jeśli doskonale wiemy, co się wydarzy, to i tak zagłębienie się w lekturę całość bardzo ubogaci i nie poczujecie się, że straciliście czas.

Jak to „Milczenie owiec” ocenić?
Problem z oceną mam trochę taki, że nie potrafię chyba do niej podejść obiektywnie odrzucając pryzmat filmu. Podczas czytania za każdym razem, kiedy Thomas Harris wspomina o Lecterze widzę Hopkinsa, a kiedy o Clarice to widzę Jodie Foster. Dlatego dzisiaj nie podam Wam oceny punktowej, bo zostanie przekłamana przez moje filmowe wspomnienia.

Uwierzcie mi na słowo, że po „Milczenie owiec” warto sięgnąć. Może w ogóle zacznę proponować do recenzji klasyki?

Co Wy na to? Macie jakieś propozycje?

Stare przysłowie ludowe mówi, że wszystkie grzyby są jadalne, ale niektóre tylko raz. Podobnie jest z książkami. Dzielę je w bardzo podobny sposób na te, do których jeszcze z pewnością (i ze smakiem) wrócę oraz na te, które już nigdy nie zabłądzą do mojej biblioteki.

Z książkami jest też o tyle prościej, że nadgryzienie książki toksycznej niczym szczególnym nam nie grozi. W najgorszym przypadku zapamiętamy autora i wydawnictwo i będziemy je omijać szerokim łukiem.

W przypadku „Milczenia owiec” odniesienie się do konsumpcji jest zamierzonym działaniem. Ku czci jednego z najbardziej znanych literaturze (i kinematografii) smakosza – doktora Hannibala Lectera.

„Milczenie owiec” Thomasa Harrisa to klasyka, na podstawie której został nakręcony jeden z najwspanialszych filmów, które zna światowe kino. Jak to bardzo często bywa, film różni się od książki na tyle, że nawet znając film i jego zakończenie śmiało możemy zagłębić się w lekturze. Tylko ostrzegam – przywołując tu ponownie grzybową analogię.

Będziecie czytać tak długo, aż nie schrupiecie potrawy do ostatniego śladu smaku na patelni, na której smażyliście Wasze ulubione grzyby. A każdy, kto ośmieli się przerwać ucztę ryzykuje życiem – bo może stać się deserem.

„Milczenie owiec” po raz pierwszy czytałem kilka lat temu. Nawet nie wiedziałem, że film był na podstawie książki. Przeczytałem je jednym tchem. Gdy teraz, w ramach wspólnej blogerskiej akcji 6 na 1 (sześć recenzji tej samej książki), przeczytałem książkę jeszcze raz, miałem pewne obawy. I co?

Domownicy zostali spacyfikowani, noc w zagadkowy sposób przekręciła wskazówki do przodu kradnąc mi w wyjątkowo niegodziwy i podstępny sposób kilka godzin snu. Połknąłem „Milczenie owiec” na jednym oddechu.

Więc lojalnie uprzedzam – ta książka wciąga i nie wypuści Cię drogi czytelniku ze swoich szponów, aż nie dotrzesz do jej finału.

„Milczenie owiec” to czystej wody thriller psychologiczny. Konstrukcja jest prosta niczym szkolenie przyszłego agenta federalnego. FBI stara się znaleźć psychopatycznego mordercę Buffalo Billa, który morduje i obdziera ze skóry złapane kobiety. Do poszukiwań zostaje włączona całkiem zielona agentka Clarice Starling, która spotyka się z uwięzionym psychopatą doktorem Hannibalem Lecterem, który wie coś więcej o poszukiwanym mordercy.

Tu zaczyna się arcyciekawa gra. Stopniowo poznajemy przerażający geniusz doktora Lectera, który osacza swoimi pytaniami niedoświadczoną agentkę Starling. Żąda od niej informacji o jej życiu, dawkując bardzo skąpo informacje o mordercy. Agentka Starling wydaje się nie mieć najmniejszych szans na wyciągnięcie z doktora wskazówek, które umożliwiłyby złapanie mordercy. Ot, prosta dziewczyna, która dzięki wyjątkowemu uporowi trafiła do Akademii i dzięki wytrwałej pracy coś tam osiągnęła – ale brak w niej tej iskry czy też geniuszu, który uczyniłby z niej równorzędną przeciwniczkę dla doktora Lectera.

Hannibal Lecter jest postacią budzącą grozę, w całej książce jest chyba tylko jeden moment, w którym doktor wydaje się być bezradny. Przez pozostały czas przeczuwamy (i słusznie!), że już za chwilę wydarzy się coś bardzo, bardzo niedobrego. Lecter jest mistrzem planowania, przewidywania, wnioskowania i intrygi. I jest diablo cierpliwy.

Akcja nabiera tempa, gdy jedną z uprowadzonych kobiet zostaje Catherine Martin córka senator stanu Tennessee. Doktor Lecter otrzymuje bardzo kuszącą propozycję, która może zmienić jego beznadziejne położenie. Wydaje się, że to grzebie szanse agentki Starling na złapanie mordercy.

Intryga rozwija się bardzo szybko, bo czas nagli, a każda z bardzo ciekawie nakreślonych postaci chce coś wygrać dla siebie.

Czy córka senator zginie? Czy agentka Starling uzyska wystarczającą dozę informacji od doktora Lectera aby ruszyć na poszukiwanie mordercy? No i co się stanie z samym doktorem Lecterem?

Zostawię Was z tymi pytaniami, zachęcając do sięgnięcia po „Milczenie owiec”.

Bo przecież musicie odkryć skąd się wzięły tytułowe zwierzęta w „Milczeniu owiec”. I dobrze Wam radzę. Zarezerwujcie sobie kilka godzin na lekturę, bo jest taka cienka linia dzieląca rzeczywistość od książkowego świata. Podobnie jak normalność od gwałtownych czynów. Gdy ktoś uniemożliwia nam pozostanie w świecie literackiej fikcji, gotowi jesteśmy na wszystko, by pozostać w magicznym świecie książki. A żaden sąd nie uzna czytania jako okoliczności łagodzącej dla ostrego narzędzia w plecach osoby, która ośmieliła się nam zasugerować przerwę w lekturze, nieprawdaż?