A jednak życie – Napoleon Mitraszewski

Projekt 6na1

Sześć osób. Jedna książka

Czasem jest tak, że trzeba się zmierzyć z historią. Dzisiaj prezentujemy Wam fragment twórczości mojego dziadka. Czy ta twórczość jest wartościowa wg nas? Przeczytajcie i przekonajcie się.

Kliknij na osobę, aby rozwinąć treść

Tak sobie teraz myślę, że wybierając książkę autorstwa mojego dziadka, sam sobie skomplikowałem życie. Wypadałoby napisać coś osobistego, być może również kilka ciekawych faktów z jego życia. Niektórzy ucieszyliby się zapewne z jednej czy dwóch anegdot…

Przykro mi, ale w tej treści niczego takiego nie znajdziecie. Napoleona Mitraszewskiego nie miałem okazji poznać. Do jego twórczości również nie było mi po drodze. Z przekazów rodzinnych wiedziałem, mniej więcej, co w niej znajdę. Chociaż właściwszym będzie napisać: czego w niej nie znajdę.

Przyszedł jednak moment, w którym pomyślałem, że skoro już tak się zdarzyło, że dziadek pisarzem był, to z czystej przyzwoitości wypada do tych książek zerknąć. Postanowiłem też w perspektywie czasu zapoznać się z jego wszystkimi tekstami, zatem naturalnie zacząłem od jego pierwszej książki.

„A jednak życie” jest krótką powieścią, nacechowaną mocno autobiograficznie. Opowiada o małym chłopcu, który nie dość, że miał to nieszczęście urodzić się w naprawdę ciężkich czasach, to jeszcze przez niefortunny wypadek stracił wzrok. Być może, gdyby na tamten czas lekarze dysponowali taką widzą i technologią jak dzisiaj, to wyleczenie uszkodzonych przez niewybuch oczu, byłoby formalnością. Wtedy okazało się to jednak niemożliwe. I w tym miejscu pojawiły się pierwsze moje emocje. Podczas czytania o tym, w jaki sposób próbowano mu pomóc (oczywiście robiono wszystko co można było zrobić), włos mi się jeżył na głowie…

Kiedy już dziadek (w książce pod pseudonimem Kazik) na tyle, na ile był w stanie zrozumieć jako dziecko, przywyknął do myśli, że widzieć nie będzie, został wysłany do szkoły specjalnej dla niewidomych dzieci. Od tego momentu snuta jest historia o dorastaniu i specyficznym dla niewidomych poznawaniu świata. Historia zatrzymuje się w momencie ukończenia przez bohatera szkoły podstawowej. Jak mniemam, jego dalsze losy zawarte są w kolejnych częściach, ale na nie przyjdzie jeszcze dla mnie czas.

Bardzo lubię książki, w których świat relacjonowany jest przez pryzmat dziecięcego, niesfornego i nieskażonego dorosłością umysłu. Tym razem jedną z wielu obaw było to, że ta historia będzie ciężka i przytłaczająca. Jednak mimo niewątpliwego tragizmu, całość okazała się… (długo szukałem słowa 🙂 ) subtelna. Dziadek napoleon nie używa długich fraz i kwiecistych alegorii. Język, jakim się posługuje jest prosty, skuteczny, a zarazem płynny i obrazowy. Ku mojemu zaskoczeniu, książkę czytało się naturalnie i przyjemnie.

„A jednak życie” jest powieścią o wytrwałości, przełamywaniu siebie i sile charakteru. Brzmi poważnie, ale w pakiecie dostajemy sporą dawkę dziecięcej perspektywy, co momentami potrafi wyzwolić uśmiech. Dodatkowo dostajemy dużą dawkę wiedzy na temat codziennego funkcjonowania osób niewidomych, więc nie sposób nie docenić waloru edukacyjnego te historii.

Nie sądzę, aby ktokolwiek z moich czytelników rzucił się teraz w poszukiwaniu twórczości Napoleona Mitraszewskiego (aczkolwiek w bibliotekach powinno coś być 🙂 ), ale mogę z ręką na sercu powiedzieć, że historia Kazika była ciekawa, a czas poświęcony na przeczytanie tej książki z pewnością nie był czasem straconym.

Chyba tyle…

Na koniec chciałbym podziękować moim koleżankom i kolegom z projektu, że podjęli się tak ryzykownego zadania 🙂

Bardzo lubię takie książki. Opowieści autobiograficzne, historie z początku XX wieku, tamten język.

Książka opowiada o dzieciństwie i młodości autora, od jego pierwszego wspomnienia w wieku niespełna trzech lat, czyli od roku 1920, do wczesnej młodości, kiedy bohater kończy szkołę i choć marzy o dalszej edukacji, wie, że dla niego nie będzie to możliwe.

Poznajemy skromnie żyjącą rodzinę bohatera – rodziców i czworo starszego rodzeństwa. Ze szczegółowych opisów nie tylko wiemy, gdzie mieszkali, ale też jak wyglądały ich kolejne domy – rodzina kilka razy zmieniała miejsce zamieszkania. Chłopiec zaczyna chodzić do szkoły – wiąże się to z rozłąką z rodziną, wyjazdem do Wilna i zamieszkaniem w szkole wraz z innymi dziećmi. W szkole jak to w szkole – bywa lepiej i gorzej. Dobrze wychowany chłopiec, który nie wyobraża sobie, żeby nie usłuchać starszych, zostaje skonfrontowany z brutalną prawdą – na świecie są dzieci, które słowa dorosłych traktują nieco lżej i dodatkowo same dla siebie potrafią być podłe. Autor opowiada nam nieco o lekcjach, ale w większej mierze skupia się na zabawie. Dzieciaki lepią bałwany, same robią sobie lodowisko, w szaleńczym pędzie zjeżdżają na sankach, wymijając z precyzją kolejne drzewa. Brzmi jak typowa (czasem niebezpieczna) zabawa w zwyczajnej szkole, prawda? Tak brzmi i zadziwia mnie to bardzo, bo nie są to zwykłe dzieci i zwykła szkoła. To „Szkoła Powszechna Specjalna” dla dzieci niewidomych. Bohater jako kilkuletnie dziecko bawi się niewypałem. W wyniku wybuchu traci wzrok. Choć matka chłopca nie poddaje się w staraniach o zdrowie syna, przebywa z nim wiele dni w szpitalu, odwiedza różnych lekarzy, nie przynosi to oczekiwanych efektów i chłopiec pozostaje niewidomy. Uczy się życia od nowa. To, co początkowo wydaje się przeszkodą nie do przeskoczenia, z czasem staje łatwiejsze. Najpierw granice samodzielności dziecka są wytyczone przez własne łóżko, potem przez pokój, dom, podwórko. Wstyd, upadki, zderzenia z przedmiotami wokół podcinają skrzydła, ale mały się nie poddaje.

Te zwyczajne zabawy – lepienie bałwana i zjeżdżanie na sankach – już nie wydają się takie proste, kiedy zdajemy sobie sprawę, że uczestnicząca w nich gromada dzieci nic nie widzi.

Dobrze jest poznawać życie osób niewidomych, niesłyszących, wyjątkowych na swój sposób. Książkami czy filmami o nich oswajamy się z ich istnieniem, z ich codziennym życiem. Pamiętam, jak zaczęłam oglądać serial „Switched at birth”, gdzie jedna z głównych bohaterek jest niesłysząca. Automatycznie włączało mi się współczucie, kiedy tylko ona lub jej znajomi ze szkoły pojawiali się na ekranie. Nie potrafiłam nie lubić czy pomyśleć coś niemiłego o niesłyszącym bohaterze serialu. Jak widziałam głuchego nastolatka na skuterze, od razu chciałam go stamtąd myślami ściągnąć i krzyknąć „Chłopie, gdzie ty się pchasz?!”. Głuchota wydawała mi się wówczas największym nieszczęściem świata. Z czasem zaczęłam o niesłyszących myśleć tak zwyczajnie. Dotarło do mnie, że dla nich nie jest to największe nieszczęście, jakie może ich spotkać. Jak byli niefajni, to ich nie lubiłam. Jak zrobili coś głupiego, to myślałam o nich nieprzyjemne rzeczy. Po kilkunastu odcinkach stali się oni dla mnie najnormalniejszymi w świecie nastolatkami, których odbierałam tak samo, jak tych słyszących. I tak sobie myślę, że to właśnie może być to, czego im bardzo potrzeba – najnormalniejszego w świecie traktowania.

„A jednak życie” pokazuje mi zmagania innej grupy ludzi – niewidomych. Jak sam autor pisze, jego zamysłem było to, „by nasze społeczeństwo poznało przeżycia wewnętrzne i mechanizmy działania pewnej grupy ludzkiej, stosunkowo nielicznej, ale ciągle nie znanej przez ogół; grupy ludzi pragnących znaleźć zrozumienie w społeczeństwie”.

Książka powstała w latach 70., a dotyczy życia autora w latach 20. i 30. XX wieku. Zdaję sobie sprawę, że od tego czasu wiele w życiu osób niewidomych mogło ulec zmianie. Ich wygoda życia, edukacja, ułatwienia. Mimo tego przeskoku czasowego, książka pozwala oswoić się z ich życiem, zobaczyć z jakimi problemami się oni borykają.

Bardzo się cieszę, że Kosma wybrał nam tę książkę do recenzowania w projekcie. „A jednak życie” otwiera trzyczęściowy cykl pod tym samym tytułem. Ta pierwsza część tak mi się podobała, że chętnie przeczytam kolejne.

Wyobraź sobie, że pewnego dnia całe Twoje życie wywraca się do góry nogami. Jedna niesłuszna decyzja pozbawia Cię czegoś, co niegdyś było darem, i choć początkowo wydaje się, że wszystko wraca na swoje tory, prawda okazuje się zgoła inna. Wzrok zaczyna się zacierać, kolorowy świat pogrąża się w mroku, możesz polegać tylko na dotyku, słuchu i węchu. Zakamarki pamięci podsuwają Ci jak wyglądały niektóre przedmioty czy ludzie. Uczysz się żyć na nowo.

Główny bohater jest szczęśliwym, żyjącym beztrosko dzieckiem. Trudy codzienności związane z okresem międzywojennym zmuszały jego rodzinę do podejmowania wielu decyzji rzutujących na przyszłość – poszukiwanie pracy, nowego miejsca zamieszkania, zapewnienie godnej edukacji dla dzieci. Pewnego feralnego dnia cały świat obraca się o 180 stopni. Mały chłopiec przynosi do domu tajemniczy przedmiot będący materiałem wybuchowym. Dziecięca ciekawość pcha chłopca w ramiona koszmaru – głośna eksplozja, kłęby dymu, nieodwracalne kalectwo lewej dłoni, stopniowa utrata wzroku. Tak zaczyna się nieprzeciętna historia napisana przez życie.

„Ludzkich uczuć nie odda żadne pióro”

„A jednak życie” autorstwa Napoleona Mitraszewskiego jest opowieścią przepełnioną osobistymi emocjami, doświadczeniem. Chłopiec odkrywa świat na nowo i pomimo tego, że czasem czuje się samotny – nie jest nieszczęśliwy. Często odbywa podróże w wyobraźni, zatraca się w krainie fantazji, gdzie nie liczy się brak wzroku. Otoczenie staje się dla niego miejscem zwyczajnym, czasem tajemniczym, zaskakującym, niosącym za sobą radość, smutek. Czasem jest nieprzewidywalne, innym razem warte odkrycia czy nabrania dystansu. Wielokrotnie spotyka go ból, przeciwności losu, docinki ze strony rówieśników. Chłopiec jednak nie poddaje się, dąży do pokonania swoich słabości, walczy o powrót do normalnej egzystencji. Siła, determinacja i wytrwałość tego młodego człowieka są godne podziwu. Historia niesie za sobą nadzieję na odnalezienie piękna w swoim jestestwie, w swoim świecie; motywację do poszukiwań siebie, wyjście poza bariery ograniczeń.

Powieść została napisana w 1983 roku, jednak język jakim posługuje się autor jest przejrzysty, wyważony i klarowny. Występujące niekiedy elementy ukazujące różnice językowe nie przeszkadzają w odbiorze powieści, wręcz przeciwnie – w pełni oddają klimat okresu międzywojennego.

„A jednak życie” jest zapisem wspomnień człowieka, który przeżywszy potężny cios, nie poddał się i zawalczył o swoje nowe, lepsze jutro. Powieść uzmysławia, że w każdym człowieku tkwi wyjątkowość, malująca bezkresny ocean niepowtarzalności, który co rusz zmienia swój kształt, kolory i wyrazistość w zależności od położenia, perspektywy i postawy. To historia o niepewności, tęsknocie, frustracji, aż w końcu zrozumieniu i akceptacji własnych deficytów.

Kilka słów wstępu…
Pamiętam, że kiedy dostaliśmy tę propozycję, to pierwszym naszym pytaniem było: czy będziesz w stanie znieść to, że książka nam się nie spodoba i bardzo ją zjedziemy? Nie wdając się w opowieści rodzinne uzyskaliśmy zapewnienie, że cokolwiek napiszemy nie zepsuje to atmosfery w naszym małym blogowym projekcie i nikt nie zostanie z niego wykopany z wilczym biletem. Nie zmienia to jednak faktu, że dopóki książki nie przeczytałem, to odczuwałem lekki dyskomfort jak wtedy, kiedy miałem pisać recenzję „Świnia ryje w sieci, czyli z pamiętnika hejtera” – zdecydowanie łatwiej jest mi recenzować jakąkolwiek pozycję, kiedy nic mnie z jej autorem nie łączy i jest to dla mnie osoba zupełnie obca.

Tutaj jednak do końca tak nie było. Nie poznałem co prawda osobiście autora „A jednak życie”, ale wiedza o rodzinnych konotacjach z jednym z nas lekki stresik powodowała. Bałem się tego, że nie będę wystarczająco szczery i obiektywny w przypadku, gdy okaże się słaba. Na całe szczęście moje obawy okazały się totalnie na wyrost, bo ta niewielka powieść jak najbardziej mi się podobała. Ale najdziwniejsze jest to, że zupełnie nie wiem dlaczego.

Powieść bez jednego dialogu
Mam zwyczaj przekartkowywać książkę, zanim zacznę ją czytać, a tutaj pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to brak jakiegokolwiek dialogu przez wszystkie sto trzydzieści stron. Nie jest to dużo, ale brak dialogów sugeruje, że poza opisami nic w niej nie ma.
Pierwsze słowa też jakoś nie były wybitnie zachęcające:

Jak bowiem pokazać własne przeżycia i przeżycia bliskich, ażeby stały się ciekawe dla czytelników? Czy samo pisanie prawdy wystarczy?

Należę jednak do tego wymierającego gatunku ludzi i blogerów, który raczej się nie wypowiada i nie recenzuje czegoś, czego nie zna, więc trochę z bólem serca, ale zacząłem czytać.
I okazało się, że było warto.

Fabuła?
Dlaczego ze znakiem zapytania? Bo tak właściwie fabuły jakiejś wielkiej nie ma. Cała książka to autobiograficzna historia chłopca, którego życie nie różni się jakoś specjalnie od życia innych chłopców ziem polskich na początku XXw. Aż do momentu, kiedy na skutek wypadku podczas zabawy znalezionym niewypałem traci on wzrok. Mamy tutaj walkę rodziców i bohatera o odzyskanie wzroku, leczenie, nieudaną operację, pobyty w szpitalu i opis pierwszych lat życia w świecie mroku, kiedy najprostsze nawet czynności urosły teraz do poziomu niemożliwego do przeskoczenia.

Mamy opisy zwykłego życia, Świąt Bożego Narodzenia, cieszenia się zapachem choinki, wiosny i budzącej się do życia przyrody. Opisy tego, jak pachnie wszystko dookoła, jaką ma fakturę i jakie jest w dotyku. Jak od tej pory trzeba wiedzę o otaczającym świecie czerpać przy pomocy zmysłów innych, niż wzrok. Mamy wreszcie kilka lat w Szkole Powszechnej Specjalnej w Wilnie, gdzie dzieci nie tylko uczyły się radzić sobie ze swoim kalectwem, ale też zdobywały wiedzę jak dzieci zupełnie zdrowe w zwykłych szkołach.
Powieść kończy się, kiedy nasz bohater tę szkołę kończy i z mocnym postanowieniem kontynuowania edukacji wraca do domu. Co oczywiście w okresie międzywojennym było bardzo trudne, by nie rzec niemożliwe, bo żadna szkoła średnia czy wyższa nie prowadziła zajęć dostosowanych do uczniów niewidzących.

Powiecie, że nic ciekawego, prawda? Ot, łzawa historyjka, jakich wiele. Może i tak. Może i ja bym do niej podszedł tak samo, gdybym nie wiedział, że to powieśc na faktach i że jej autorem jest konkretna osoba (fakt, nieznana mi osobiście, ale pomimo tego jakoś przeze mnie „umiejscowiona”). Może, nie wiem.

Ale wiem, że warto tę książkę przeczytać. Może dla języka, jakim jest napisana. Pod tym względem bardzo mi przypomina „Całe życie” Roberta Seethalera. Tutaj też widać pewien minimalizm w tym, co czytamy. Napisana jest językiem prostym, ale jednocześnie czujemy, że wypowiada się osoba, która językiem włada mistrzowsko. Może to bardzo plastyczne opisy przyrody czy zjawisk i przeszkód, z jakimi musi się zmierzyć niewidomy bohater? Może narracja z poziomu pierwszej osoby, która z jednej strony przekazuje emocje, a z drugiej jakby stara się bardzo powstrzymać od tego, żeby je ważyć i nie przeszarżować w opisie swojego nieszczęścia? Powtórzę to, co napisałem w recenzji powyżej – czytasz to i masz wrażenie, że w całej powieści nie ma ani jednego zbędnego słowa, ale jednocześnie żadnego nie brakuje.

Podsumujmy
Cieszę się, że po raz kolejny dzięki naszemu projektowi sięgnąłem po pozycję, którą normalnie bym omijał z daleka, bo na pierwszy rzut oka nie ma w niej niczego, czego ja szukam w literaturze – nie ma dialogów, nie ma intryg, zawiłej fabuły czy mówiąc krótko akcji. Po raz kolejny przekonuję się, że dobra powieść nie musi mieć rozbudowanych drugo- czy trzecioplanowych postaci, mnogości wątków i fabularnych twistów.

Okazuje się, że ciekawe dla nas, czytelników, może być czytanie o czyimś życiu. Prostym, może niekoniecznie zwykłym, bo, na całe szczęście, problem utraty wzroku dotyczy nielicznych, ale pomimo tego bez fajerwerków. Nie wiem, co mnie tu tak urzekło, ale warto po nią sięgnąć. Tym bardziej, że te sto trzydzieści stron czyta się bardzo szybko.
Nawet pomimo braku jakichkolwiek dialogów.

A choć wszyscy maja prawo do szczęścia, jednak w mniemaniu większości ludzi wszelkie kalectwo zmusza do rezygnacji z życia osobistego, z miłości, z ambicji życiowych czy rozrywek, z tego, co zwykliśmy nazywać pełnią życia.

Niemożliwe. Nierealne. Nie da się.

Kazimierz Czupurski, to bardzo ambitny, inteligentny i dumny człowiek. Wytrwale dąży do wytyczonych celów. „I co z tego?” zapytacie. Ano „to z tego”, że w wyniku nieszczęśliwego wypadku ośmioletni Kazio traci wzrok. Małe dziecko, które do niedawna czerpało z życia pełnymi garściami, beztrosko witało każdy dzień, a szczytem marzeń było po raz kolejny spróbować przepysznej miętówki owiniętej w bibułkę, będzie musiało zmierzyć się z wciąż piętrzącymi się przeciwnościami. Wytrwałe dążenie do wytyczonych celów nabiera zgoła odmiennego kształtu, jest najeżone trudnościami, których nie doświadczy na swej drodze osoba widząca.

Główny bohater mimo niepełnosprawności, ubóstwa i wielokrotnie – braku zrozumienia postanawia spełnić swoje marzenia i żyć… po prostu – żyć. Kochał czytać i uczyć się, nawet utrata wzroku nie była w stanie wymazać marzeń o edukacji i wykształceniu.
Dzięki własnemu uporowi, wytrwałości i zrozumieniu ze strony rodziny, w szczególności matki, Kazimierz rozpoczyna naukę w szkole dla niewidomych w Wilnie. Tam też poznaje innych ludzi, którzy tak jak on, codzienne muszą mierzyć się z własnymi słabościami i każdego dnia nie ustają w dąrzeniu do wytyczonego celu. Nawiązują się przyjaźnie, antypatie. Kazimierz dzięki przyswojeniu alfabetu braila może w końcu czytać ukochane książki. Edukacji nie kończy na szkole podstawowej. Kazimierz pragnie zrobić maturę i podjąć pracę zarobkową. Kazimierz pragnie żyć pełnia życia, bez względu na ograniczenia.

[…] wydawało mi się, że dobrocią i szlachetnością można zmienić świat. Rozczarowanie przyszło później.

Autor w sposób bardzo (bardzo!) drobiazgowy opisuje życie Kazimierza. Plastyczne opisy, szczegółowe zagłębianie się w relacje międzyludzkie i dokładne opisywanie każdego etapu życia głównego bohatera pozwala uzmysłowić czytelnikowi, jak wielką rolę odgrywają w życiu drobiazgi, małe gesty, zwykłe, codzienne czynności. Śledzimy przemianę Kazimierza, z pełnego życia chłopca, w ambitnego i dumnego młodzieńca, a ostatecznie zdeterminowanego i upartego młodego człowieka. Uświadamiamy sobie jak funkcjonuje i jak odbiera rzeczywistość osoba niewidoma. Że ludzki umysł łatwiej zapamiętuje fakty, rzeczy, sytuacje, jeśli „dotykają one” naszych uczuć – wywołują emocje (dlatego Tanie kolorowe lizaki potrafiły przetrwać we wspomnieniu tyle lat…).

Dowiadujemy się, że brak możliwości ujrzenia barwy nie oznacza, że barwy nie można… poczuć (barwy mogę doszukać się nawet w dotyku rożnych materiałów) lub usłyszeć (istnieją przecież tony jasne i ciemne. Barwy są zaś tym jaśniejsze, im tony są wyższe i czystsze oraz pewne dźwięki, nawet w mowie wywołują konkretne wyobrażenie barw. Np. brzmienie imienia Jan wywołuje wyobrażenie barwy sinowobiałej, niczym wypolerowana stal, Irena – barwy błękitnej z domieszką żółci […]).
Że dłoń może powiedzieć tak wiele o człowieku.

Nie sposób nie podziwiać dzielnego Kazimierza, który uczył się w trudnych czasach, w biedzie, w obliczu wielu przeciwności, ze wszystkimi blaskami i cieniami samodzielnego życia. Samowystarczalność i niezależność ciągnęły za sobą ryzyko niepowodzenia. Ale to właśnie ten upór sprawił, że niemożliwe stało się możliwe, nierealne – realne i że wszytko „się da”.

Uwielbiam od czasu do czasu rzucić ten cały blichtr literackich nowości i zanurzyć się w świecie dawno minionym, w fabule „leciwej i mocno przeterminowanej” książki. W uroczym „starszaku”, w którym prym wiedzie ambicja, szlachetność, a priorytetem jest konsekwentne dążenie do celu, bynajmniej nie postawiając za sobą trupów i palonych mostów. Bo swoje marzenia i plany można realizować nie tylko poprzez kombinatorstwo, kopanie dołków i cwaniactwo. Świat, w którym wykształcenie, ogłada osobista i znajomość podstawowych zasad dobrego wychowania były respektowane i powszechnie szanowane. Świat, w którym oświata i edukacja stanowiły podstawowe filary społeczeństwa. Prosty rachunek: człowiek wykształcony, to człowiek szanowany.

Gdzie, w dzisiejszych czasach, znajdzie się takie poszanowanie do wykształcenia, umiłowanie nauki?
A jednak życie odbieram nie tylko jak próbę przybliżenia czytelnikowi życia osoby niewidomej ale także jako hołd dla edukacji. Chociaż mocno zdezaktualizowana, to nadal bardzo wartościowa książka, napisana starannym językiem z dbałością o najmniejszy szczegół. Tylko dla osób, które lubią wycieczki do przeszłości.

Podoba się? Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  


Podoba się? Udostępnij:
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •