Świat według Garpa – John Irving

Projekt 6na1

Sześć osób. Jedna książka

Zdobywca National Book Award, dla wielu lektura obowiązkowa i kultowa. Postanowiliśmy zmierzyć się z Irvingiem i jego Światem według Garpa. Zachęcam do lektury naszych opinii.

Kliknij na osobę, aby rozwinąć treść

Ilekroć sięgam po taką książkę, jaką okazał się „Świat według Garpa”, pozostaję z przytłaczającym uczuciem zwątpienia. Wątpię w to, czy nadal powinienem publikować swoje recenzje, wątpię w to, czy w ogóle powinienem nadal czytać książki, a w końcu w to, czy jestem człowiekiem chociaż średnio inteligentnym. Wszak ta pozycja od lat budzi zachwyt czytelników i praktycznie ‚od strzała’ została włożona do szuflady z klasykami. Ale ja, najwyraźniej o lichej inteligencji blogerzyna, nie widzę w niej nic, czego mógłbym się chwycić i na kanwie tego zbudować choćby w umiarkowanie pozytywną opinię.

Tak sobie myślę, że może ta pozycja nie trafiła u mnie na podatny grunt z powodu mojego wieku. Być może, gdybym czytał ją dwadzieścia lat temu, oszalałbym z rozkoszy – szczególnie, że oglądana lata temu ekranizacja bardzo mi się podobała. Jednak ogrom dziwactw, wątków, dewiacji, zachowań, emocji i czego tam jeszcze autor nie upchał był dla mnie zupełnie nie do zniesienia. Przyznaję się bez bicia, że drugą połówkę ‚przeleciałem’ na podwójnej prędkości, bo tylko to uchroniło mnie przed wywaleniem jej do kosza.

Ja zdaję sobie sprawę, że ta książka w założeniu jest jednym wielkim przerysowaniem i groteską. To zapewne wymaga tańczenia w okolicach ekstremów, ale w między czasie poznałem kilka innych pozycji, których cel był podobny, a jednak ich autorzy znaleźli jakiś złoty środek.

Przykro mi, że nic więcej na jej temat nie napiszę, ale Garp w wersji książkowej skutecznie obrzydził mi… nawet nie wiem co dokładnie mi obrzydził, ale zrobił to na tyle dobrze, że nawet wyprodukowanie tych kilku zdań opinii jest dla mnie męczące.

Jestem na nie 🙂

Projekt #6na1 sięga po różne książki. Są powieści, są i bajki. Bywa fantastyka. Książki nowe i te nieco starsze. Autorzy znani i tacy, o których słyszycie po raz pierwszy. Tym razem recenzowana książka to u mnie ‘autor znany, ale przeze mnie jeszcze nie czytany’. Miałam się zachwycać kunsztem Irvinga, pędzić do biblioteki po jego kolejne książki i wyrzucać sobie, że do tej pory nic tego znanego autora nie czytałam. Iiiiii….. Nic z tego. Nie powiem, że to moja najgorsza książka tego roku (dostaje ode mnie całe 5/10, czyli nie aż tak tragicznie), ale na pewno jedno z większych rozczarowań tego roku. Byłam pewna, że mi się spodoba i nie planowałam niepochlebnej opinii.

Autor we wstępie pisze, że dał tę książkę do przeczytania swojemu dwunastoletniemu synowi. Ło ludziska… Biedny dzieciaczek… W życiu nie dałabym tego żadnemu dziecku do przeczytania! Nie wiem, co taki chłopaczek pomyślał sobie o ojcu po przeczytaniu o mnóstwie ‘kusiek’, o niekonwencjonalnym sposobie poczęcia głównego bohatera, o spaczeniu na punkcie seksu i relacji damsko-męskich. O ile na początku było to nawet zabawne, to sporo przed połową przestało być zabawne i było nijakie. Potem zrobiło się zwyczajnie nudno i całość ciągnęła się niemiłosiernie. Do końca dotrwałam, ale medal za to w sumie by się przydał… pod koniec było jakby lepiej – ale tak naprawdę to nie wiem, czy to zasługa Irvinga, czy ja po prostu przywykłam do tego co czytam.

Ja rozumiem absurd, groteska, ironia życia i śmierci, śmiech po niewyschniętych jeszcze łzach. Niby proza życia, ale przytłoczyło mnie to, co u Irvinga wyczytałam. Za dużo, za gęsto, za bardzo nieprawdopodobne historie. To ironiczne krzywe zwierciadło nie przekonało mnie ani ciut ciut.

A ileż tematów zostało tu poruszonych! Prościej byłoby chyba powiedzieć, o czym Irving nie napisał. Jest dużo seksu, są zdrady i romanse, gwałty, są transwestyci i feministki. Nieszczęśliwe (czy wręcz tragiczne) wypadki stają się w pewnym momencie karykaturalne. Mamy wykłucie oka, utratę ręki, odgryzienie penisa. Zdradzam fabułę? Wierzcie mi, tylko w maleńkim fragmencie. Takich dziwactw jest tu cały ogrom. Nie sposób tej powieści umieścić w jakichś ramach, czy też opowiedzieć ją w kilku zdaniach więc dalsze próby sobie zwyczajnie daruję.

Pozytywy? Owszem, są. To kreacja bohaterów – naprawdę wspaniała. Prawie każdy bohater jest stuknięty, ale jakże dobrze Irving to pokazał! Wyraziści, konsekwentni w swoich fobiach. I jest ich całe mnóstwo. A najbardziej polubiłam Jenny, matkę Garpa.

Nie chciałabym oburzyć fanów Irvinga, ale Świat według Garpa” to dla mnie takie sobie ględzenie. Ot tak, poopowiadamy sobie o dziwnych historiach, językiem poprawnym, ale raczej zwyczajnym niż pięknym.

Z przecieków wiem, że większość naszej grupy również jest daleka od zachwytów (o czym możecie się przekonać czytając ich opinie) – to mnie zdziwiło, bo książka zebrała mnóstwo pozytywnych opinii i takie właśnie w większości można przeczytać. No cóż, te nasze będą więc bardziej elitarne 🙂

Wychowanie dziecka nie należy do rzeczy prostych, szczególnie wtedy, gdy dziecko wychowywane jest przez jednego z rodziców. Rodzina monoparentna, inaczej rodzina niepełna – zjawisko, które każdy z nas widział, słyszał o nim lub doświadczył na własnej skórze. Przyczyn można szukać wszędzie, jednak do najczęstszych zalicza się rozwód, samotne macierzyństwo, śmierć – ojca lub matki. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że rodzina monoparentna ciągnie za sobą mnóstwo negatywnych konsekwencji m.in. utrudnia proces socjalizacji dziecka, które ma do czynienia tylko z jednym wzorcem osobowym.

Jenny Fields jest ekscentryczną pielęgniarką i zagorzałą feministką. Zawsze stroniła od związków, uważa, że nie potrzebuje mężczyzny aczkolwiek chciałaby mieć dziecko. Gdy pewnego dnia do szpitala trafia ciężko ranny szeregowy, Jenny niestrudzenie się nim opiekuje. W jej głowie zaczyna kiełkować pewien nietuzinkowy sposób na to, aby zajść w ciążę bez konieczności wiązania się z mężczyzną. Plan kończy się sukcesem, a na świat przychodzi mały Garp.

„Częścią dojrzewania jest uczucie, że w twoim otoczeniu nie ma nikogo, kto byłby na tyle do ciebie podobny, żeby cię zrozumieć.”

Powieść Johna Irvinga można przyrównać do groteskowej, czarnej komedii zamykającej w krzywym zwierciadle codzienność. Tytułowy Garp nie ma prostego życia – wychowywany bez ojca, pod czujnym okiem matki napotyka na swojej drodze wiele doświadczeń, które w mniejszym lub większym stopniu kształtują jego egzystencję. John Irving potrafi doprowadzić czytelnika do wybuchów śmiechu, aby zaraz obedrzeć go z naiwnej nadziei i ukazać prawdziwe okrucieństwo – przedstawia różnorakie problemy, począwszy od samotności skończywszy na śmierci. „Świat według Garpa” skwapliwie rysuje portret człowieka stawiającego niewinne kroki w nowej, innej rzeczywistości – odbiegającej od tej, którą uważamy za „normalną” – od dziecięcej beztroski, przez nastoletnie miłostki, aż po kres życia.

Pochylając się nad kreacją bohaterów można dostrzec, iż postacie są barwne, mniej lub bardziej wyraźne, autentyczne. Nie ma charakteru, który w jakiś sposób nie byłby ważny dla prowadzonej historii – każdy ma swój wkład, odgrywa przypisaną rolę.
Nie ulega wątpliwości, że książka bywa dyskusyjna, nacechowana ważkimi tematami, których wydźwięk przybiera bolesne tony,
ale…

John Irving nie przebiera w słowach, język – pomimo dojrzałości – jest kontrowersyjny, szokuje – podobnie z resztą jak niektóre sceny, które są zwyczajnie niesmaczne – powstały uśmiech szybko zamienia się w grymas zawodu. Akcja utworu przybiera nieśpieszne tempo snując się leniwie, co sprawia, że „Świat według Garpa” jest przerażająco nudny, momentami miałki, ospały. Sprawy nie ułatwiła mało intrygująca fabuła oraz fragmenty, które są aż nazbyt przejaskrawione. Nawet pomimo rozgrywającego się dramatu moje emocje pozostały ambiwalentne, wydarzenia – jakkolwiek – nie wzbudziły większej empatii czy przypływu współczucia. Niestety, ta pozycja nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia, chwilami męczyłam się czytając ją. Być może jestem ignorantem nie potrafiącym dojrzeć piękna tej historii, tego, czym inni czytelnicy się zachwycają.

Uwolnić niedźwiedzie, Ostatnia noc w Twisted River, Czwarta Ręka czy Świat według Garpa to tylko nieliczne tytuły, jakie wyszły spod pióra amerykańskiego pisarza Johna Irvinga. Po Uwolnić niedźwiedzie nadszedł czas na kolejną lekturę – tym razem pod lupę biorę Świat według Garpa z roku 1976.

Urodzony w Exeter John Irving to jeden moich ulubionych pisarzy. Od dziecka czytywałam fragmenty jego powieści, w końcu przyszedł jednak czas na przeczytanie którejś w całości, od deski do deski.

Świat według Garpa to książka niecodzienna, z dziwnymi zwrotami akcji. Jest to także najsławniejsza powieść Amerykanina. Opowiada o losach rodziny Garpa – początkowo o jego matce, Jenny Fields, która jest zagorzałą feministką i nie chce mieć nic do czynienia z mężczyznami, pragnie jednak mieć dziecko. Zachodzi w ciążę w niekonwencjonalny sposób – gwałcąc ułomnego żołnierza lotnictwa USA. Po dziewięciu miesiącach rodzi syna. S.T. Garp to bohater chodzący z głową w chmurach, wiecznie odpływający w swój świat i swoje wyobrażenia. Jenny jest pielęgniarką, która po utracie pracy w szpitalu znajduje posadę w szkole dla chłopców w Steering. Pierwsze lata życia Garp spędza właśnie tam; w Steering kończy też szkołę i poznaje miłość swojego życia – Helen. Ta, początkowo niezainteresowana Garpem, jest typem mola książkowego i nie zwraca uwagi na chłopców, którzy trenują u jej ojca zapasy. To właśnie przez te zajęcia Garp poznaje Helen.

Życie Garpa jednak nie jest takie, jakie sobie wymarzył. Zostaje co prawda pisarzem – postanowił zacząć tworzyć po tym, jak Helen oznajmiła, że wyjdzie jedynie za pisarza – ale życie nie jest dla niego łaskawe. Ciągłe przeciwności losu i przewroty w jego życiu nie ułatwiają mu pisarskiej kariery. Garp ma również szczęście do spotykania niewłaściwych ludzi na swojej drodze. Musi radzić sobie sam i, choć robi to całkiem nieźle, to pewne wyzwania nie dają się pokonać…

Język Irvinga jest niezwykle rozbudowany pod względem słownictwa, jakiego używa. W Świecie według Garpa możemy znaleźć mnóstwo dziwnych czy też rzadko używanych słów. Nie czyta jej się szybko ze względu na dwie rzeczy: jedną z nich jest właśnie język, który momentami nie należy do najprostszych, drugą zaś sama tematyka poruszana przez autora.

Książka liczy sobie ponad sześćset stron. Ktoś, kto dużo czyta, mógłby powiedzieć, że jest w stanie przeczytać ją w ciągu jednego dnia – tu się jednak pomyli. Nawet największy mól książkowy nie byłby w stanie połknąć Świata według Garpa w jeden dzień. Jest to książka trudna i pomimo wciągającej fabuły nie da się przez nią przebrnąć ot tak. Irving opisuje w swojej powieści dużo brutalnych zagadnień ze świata. Porusza jednakże nie tylko problemy, które wyolbrzymiane były w latach siedemdziesiątych. Uniwersalność Świata według Garpa była dla mnie zaskoczeniem; o ile w Uwolnić niedźwiedzie autor poruszał tematy związane z czasami, w których rozgrywa się fabuła tamtej powieści, o tyle Świat według Garpa jest książką ponadczasową. Amerykanin zapełnia fabułę tematami feministycznymi, tematyką gwałtu, rodzinnych perypetii, zdrad czy też problemami dnia codziennego, takich jak zepsuty samochód.

Czy Świat według Garpa uwalnia w czytelniku jakieś niespotykane emocje? Jak najbardziej tak. Przede wszystkim jest to obrzydzenie, trochę strachu, poczucie bezsensowności. Czy wyzwala natomiast pozytywne emocje? Tutaj muszę powiedzieć stanowczo: nie i kropka. W tej powieści nie ma ani jednego fragmentu, który by ucieszył. O ile Uwolnić niedźwiedzie było na swój sposób książką zabawną, najbardziej popularne dzieło Irvinga nie jest potraktowane nawet czarnym humorem.

Tak więc czy mogę polecić tę książkę czytelnikom? Tak, jak najbardziej, ale tylko tym wytrwałym. Nie jest to książka dla czytelników, którzy wolą kryminały, szybkie zwroty akcji i fabułę, która nawet momentami „nie nudzi” (choć mnie osobiście Garp w ogóle nie znudził – kwestia gustu).

Za to ci, którzy lubią trudną literaturę i klasykę – bo chyba można już tak o tej powieści powiedzieć – zakochają się w Świecie według Garpa od pierwszego zdania.

Paradoks czytania tej książki PRZEZE MNIE polega na tym, że czytam ją o 50 lat za późno i jednocześnie za wcześnie. Gdybym chwyciła w dłoń Świat według Garpa w 1980 roku zapewne chłonęłabym ten absurd, groteskę i bardzo intensywne powiewy feminizmu. Chłonęłabym, gdybym już istniała, ale traf chciał, że moi rodzice dopiero się poznawali i nie w głowie było im babranie się w stosie pieluch tetrowych. A dlaczego za wcześnie? Może wielokrotne obcowanie i częste sięganie po bardzo ambitną literaturę przesiąkniętą groteską uwrażliwiłoby mnie i obeznało w temacie. Bo, ale tylko być może, jestem na tę książkę za młoda. Prawda jest taka ze Świat według Garpa wymęczył mnie haniebnie.

Groteska, karykatura i bardzo odważna kreacja postaci. To wszytko skąpane w bardzo gęstej chmurze nudy i zbyt częstych dygresji nic nie wnoszących do fabuły. Komizm sytuacyjny i absurd, wątki obyczajowe mieszają się z lekko futurystycznymi, mocno przejaskrawionymi (sposób poczęcia Garpa; gryzienie ucha ludzkiego i odwet na uchu psim) i noszącymi znamiona fantastycznych (metoda naprawy małżeństwa przyjaciół poprzez między-małżeńską wymianę partnerów seksualnych).

Może jestem zbyt mocno osadzona w rzeczywistości i nie do końca rozumiem potęgę i wielowymiarowość absurdu, ale po raz pierwszy w całym moim życiu czułam awersję do czytania. Pranie, prasowanie, zmywanie podłóg – byle nie Garp. Udałam wcisnąć w siebie połowę książki. Czytanej 2 tygodnie =D.

Nie dam sobie odciąć żadnej kończyny i nie będę zapewniała, że nigdy do Świata według Garpa nie wrócę, ale jedyne, na co mogę się zdobyć w tym momencie to obejrzeć ekranizację.

%d bloggers like this: