Zapraszam Was na wyjątkowy wywiad. Wyjątkowy z kilku względów – przede wszystkim na wyjątkowość mojego gościa, który zaczynając od fantastyki, ewoluował w swojej najnowszej twórczości do poziomu dyrygenta ludzkich emocji. I trzeba przyznać, że robi to z prawdziwą wirtuozerią. Jakub Małecki to człowiek, w mojej ocenie, wybitnie uzdolniony, a mistrzostwo osiągnął w pisaniu o trudnych rzeczach w prosty (nie błahy) sposób. Jakub jest również szalenie sympatycznym i skromnym człowiekiem, a po Krakowskich Targach Książki jego czerwone trampki stały się chyba równie popularne co on sam 🙂

Wyjątkowość tego projektu wynika jeszcze z dwóch kwestii: ja nie mam bladego pojęcia o robieniu wywiadów, a ten który nam wspólnie wyszedł jest chyba jednym z niewielu, w którym pytający gada więcej niż pytany:)

Jak to wszystko wyszło? Przeczytajcie i oceńcie sami:

 

 

[Kosma Mitraszewski] Początek będzie krótki, bez zbędnych ozdobników 🙂 Jakubie, czym jest dla Ciebie strach i czego się boisz?

[Jakub Małecki] To trochę dziwne, bo kiedyś nie bałem się właściwie niczego, a teraz mam wrażenie, że tych rzeczy, których się obawiam, przybywa. Boję się na przykład latania i wielkich psów, które cwałują w moim kierunku z niewiadomym zamiarem. Ale od kiedy to sobie uświadomiłem, zmuszam się, żeby więcej biegać po lasach i polach, gdzie mogę natknąć się na jakiegoś psa, dużo też latam. Jestem na siebie zły, że coś tak głupiego wzbudza we mnie lęk.

[KM] Ja się z Tobą zgadzam, że w miarę upływu czasu, ilość lęków wzrasta. Bardzo zaciekawiło mnie natomiast to, że sam jesteś na siebie zły w takich sytuacjach. Czy nie uważasz, że bardziej logiczne by było złościć się na właściciela, który takiego psa puścił bez nadzoru? Albo choćby na samolot, że jest głośny, operuje na dużych wysokościach, lub że jest pozbawiony dróg ucieczki? Przecież strach jest pierwszą emocją zaprogramowaną przez ewolucję w świecie zwierząt. Absolutnie pierwotną. Dlaczego złościmy się na coś, co powstało zanim zyskaliśmy wyższą świadomość? Jak myślisz?

[JM] Złoszczę się na siebie, bo po prostu chciałbym nie bać się tych rzeczy. Dlatego często celowo rzucam się w sytuacje, które wydaje mi się, że mnie przerastają. Miałem tak na przykład ze spotkaniami autorskimi. Panicznie się ich bałem i przez pierwsze 5 lat pisania nigdzie się nie pojawiałem. Wreszcie, wściekły na tę słabość, zacząłem chodzić wszędzie, gdzie tylko mnie zapraszano. Stresowałem się tym okropnie, zwłaszcza w telewizji, ale o dziwo, po jakimś czasie mi przeszło. Wszystko sprowadza się do tego, żeby w praktyce przekonać się, jak bardzo te wszystkie lęki są absurdalne i nieuzasadnione.

[KM] Ja myślę, że to jest odwieczna walka między oczekiwaniami, a rzeczywistością, na którą bardzo często nie mamy wpływu. Swoich bohaterów stawiasz często w obliczu takich właśnie sytuacji. I zauważyłem, że oni też się złoszczą – dokładnie tak jak Ty. I nierzadko właśnie na siebie, a nie na kogoś, coś lub okoliczność. Co ciekawe, dajesz duży margines do interpretacji tych emocji. Mógłbyś je nazwać wprost, ale pozostawiasz to czytelnikowi. W mojej ocenie świadczy to o szacunku i dużej wierze w empatię osób, które sięgną po Twoje książki. Nasuwa mi się od razu pytanie: Pewne lęki z pewnością można oswoić, ale czy można je pokonać? I czy pokonywanie ich, Twoim zdaniem, byłoby korzystne?

[JM] To chyba jest jedno z takich pytań, na które lepiej odpowiada się powieścią niż kilkuzdaniowym wyjaśnieniem. To bardzo skomplikowana, niejednoznaczna sfera naszego życia – każdy lęk jest inny, każdy boi się inaczej. Jednych strach napędza, innych paraliżuje, jeszcze inni sami poszukują go w sportach ekstremalnych, ustawkach kibiców i tak dalej. O lęku napisano całe regały książek, i wciąż mocujemy się z nim w kinie, w literaturze, w muzyce i tak dalej.

[KM] Można zatem powiedzieć, że całe nasze życie zdeterminowane jest lękami, które pchają nas do przodu, albo przytrzymują w miejscu. Trudno mi wyobrazić sobie nawet najbardziej pozytywną motywację, nie podszytą lękiem. Nawet miłość pełna jest niepewności i strachu. Zgodzisz się z tym?

[JM] Myślę, że niestety tak. Choćby zwykłego strachu związanego z tym, że ona wcześniej lub później się skończy. Czasami wraz ze śmiercią jednej z dwóch osób – i wtedy chyba możemy mówić o szczęściu – ale często dużo wcześniej.

[KM] Przyznam, że teraz mnie zaskoczyłeś. O ile koniec miłości spowodowany śmiercią obojga partnerów, mógłbym przyjąć jako szczęśliwe zrządzenie losu, o tyle wydaje mi się, że w przypadku śmierci jednej z nich trudno mówić o szczęściu. Szczególnie dla osoby, która pozostaje z tą stratą. Jestem zdziwiony Twoją odpowiedzią o tyle, że w Rdzy opisałeś dwa takie przypadki – jeden to rodzice Szymka, drugi to Sabina i Józek (chociaż Józek rok jeszcze wycierpiał). Mógłbyś proszę odrobinę rozwinąć poprzednią wypowiedź?

[JM] Ale zobacz: jakie miałoby być szczęśliwsze zakończenie? Te dwie osoby, które się kochają, i tak umrą. Nie ma innych zakończeń. Jednoczesna śmierć zdarza się, owszem, ale rzadko, jest raczej wyjątkiem. Dlatego jeśli ludzie odchodzą, nadal się kochając, to jest to tak naprawdę najlepszy finał, na jaki mogli liczyć.

[KM] Ok, kupuję Twoją argumentację 🙂 A skoro już doszliśmy do muru, którym jest śmierć… Jak myślisz, co jest po jego drugiej stronie?

[JM] Jestem niestety głęboko przekonany, że tylko czerń. Oczywiście mogę się mylić.

[KM] A zaraz przed nim?

[JM] Czytam sobie ostatnio tak zwane wiersze śmierci, pisane przez Japończyków w ostatniej chwili życia, i gdyby próbować znaleźć jakiś wspólny mianownik w tych ostatnich, bezlitośnie już przecież szczerych wrażeniach umierających ludzi, to chyba tylko to, że nic wielkiego się wtedy nie dzieje. Umieranie to umieranie. Nic więcej.

[KM] Mam wrażenie, że to ‘ostatnio’ trwa już dość długo, lub sięgnąłeś po te wiersze, aby ugruntować swoje postrzeganie śmierci. W Twoich książkach, które miałem okazję przeczytać, wyraźnie rzuca się w oczy dokładnie taka filozofia, o jakiej piszesz. To jest coś, co zdecydowanie wyróżnia Cię na tle innych znanych mi autorów, którzy jednak – czasem na siłę – próbują wyciągnąć z tego momentu jak najwięcej. Ty traktujesz śmierć jako jedną z prozaicznych wręcz czynności. Człowiek myje zęby, nastawia wodę na kawę, poprawia włosy, umiera, w pokoju obok kot drapie się za uchem. Ta śmierć ma oczywiście głębokie konsekwencje dla tych, którzy pozostają, jednak zastanawia mnie coś innego. Mam głębokie przeświadczenie, że obdarzasz swoich umierających bohaterów ogromnym szczęściem, że dzieje się to szybko: celna kula, zawalony mur, wypadek, zawał. Czy byłbyś w stanie równie “zwyczajnie” opisać śmierć tych, których umieranie rozciąga się w czasie? Takich przypadków, gdy ktoś choruje i przeżywa nieprawdopodobne cierpienie przecież jest równie dużo, a jednak mam wrażenie, że unikasz w swoich tekstach takich historii.

[JM] Takie odchodzenia też opisywałem, nawet jeśli czasami tylko w tle – choćby powolną śmierć tego legendarnego pradziadka, który podobno gołymi rękami zabił na Syberii niedźwiedzia. Jest też modelka Bożena Czerska ze Śladów, która nie umiera nagle, ale jakby stopniowo znika, zapominając kolejne etapy swojego życia. Ale rzeczywiście, najczęściej życiorysy moich bohaterów kończą się nagle, szybko – być może dlatego, że taki finał wydaje mi się po prostu odrobinę mniej straszny.

[KM] Tak, ale jak sam mówisz, to jest tło i od ambicji czytelnika zależy, czy mu się przypatrzy z bliska, czy też pozostanie na warstwie wierzchniej. To jest celowy zabieg? Czy tak po prostu wyszło?

[JM] W tych moich książkach raczej wszystko jest celowym zabiegiem – ja je starannie najpierw planuję, piszę konspekt, obmyślam życiorysy bohaterów i tak dalej i tak dalej. Ale oczywiście często też dopiero od Czytelników dowiaduję, że jakaś książka jest taka czy inna, że ktoś ją odebrał w taki czy inny sposób. Po napisaniu nie mam już wpływu na to, jak żyje dana powieść. I chyba dobrze.

[KM] No i uprzedziłeś moje kolejne pytanie 🙂 Znam pisarkę, która z wykształcenia jest informatykiem. Wiem, że ona ma zawsze rozplanowany każdy drobny szczegół i każdą relację. Robi to w setkach tabel w arkuszach kalkulacyjnych. Dopiero gdy się wszystko zgadza i “klei”, rozpoczyna pisanie. Czy Ty jako ekonomista, człowiek przyzwyczajony do tabel i raportów robisz podobnie?

[JM] W moim przypadku rzeczywiście jest podobnie – zanim usiądę do pisania, mam spisany cały konspekt i wiem, co kiedy się wydarzy. To oczywiście w trakcie pisania się zmienia – jedne wątki dochodzą do książki, inne trochę przekształcam, z jeszcze innych w ogóle rezygnuję – ale ogólny przebieg fabuły pozostaje taki, jaki sobie zaplanowałem. Być może to pozostałość po pracy w banku, a może po prostu mam taki sposób uporządkowanego myślenia o wszystkim. Obawiam się, że raczej to drugie.

[KM] A czytujesz recenzje i opinie dotyczące swoich książek?

[JM] Nie to, żebym te recenzje jakoś bardzo aktywnie wyszukiwał, ale rzeczywiście te, o których się dowiaduję, czytam. Entuzjastyczne sprawiają mi oczywiście przyjemność, a z tych bardziej krytycznych próbuję wyciągnąć coś dla siebie i następnym razem napisać jakąś scenę/postać jeszcze lepiej.

[KM] Nie masz wrażenia, że recenzenci, blogerzy czasami próbują – trochę na siłę – odkryć głęboki sens we fragmentach, w których go w założeniu zupełnie nie było lub “wsadzić” w Twoje słowa przekaz, pod którym byś się nie podpisał?

[JM] Czasami tak jest – ktoś próbuje odczytać z “Rdzy” mój ogólny stosunek do wsi, ktoś inny na podstawie “Dygotu” pisze o moim postrzeganiu osób innych i tak dalej. Ale nie ma się co dziwić – po lekturze książki każdy Czytelnik ma swoje zdanie, swoje spostrzeżenia i swoje opinie. Nie muszą być jednakowe z moimi.

[KM] Skoro już przy Czytelnikach jesteśmy, to jak radzisz sobie z popularnością?

[JM] Wiesz, nie muszę sobie z niczym “radzić”, bo jak na razie spotykają mnie same miłe rzeczy. Tylko się cieszyć.

[KM] Czy pamiętasz jaki (i o czym) był pierwszy tekst, jaki napisałeś (choćby ‘do szuflady’) ?

[JM] W podstawówce napisałem “powieść” pod tytułem “Śnieg północy” o wilku imieniem Ralf. Miała kilkanaście stron i była mocno napakowana akcją.

[KM] Wyczytałem w innych wywiadach, że jesteś/byłeś fanem Kinga. Chciałbym zapytać, czy gdybyś mógł wcielić się w jedną z bohaterów Stephena, to kto to by był i dlaczego? (pierwotnie chciałem zapytać czy byłby to Roland czy Randall, ale nie mam pewności czy czytałeś cykl Mroczna Wieża)

[JM] “Mroczną wieżę” czytałem. I rzeczywiście rewolwerowiec jest super. Ale chyba w żadnego z bohaterów Kinga nie chciałbym się wcielić, bo wiesz, oni wszyscy mieli zdrowo przerąbane.

[KM] Sprawiasz wrażenie ekstremalnie opanowanego człowieka. Czy jest coś co kompletnie potrafi wyprowadzić Cię z równowagi?

[JM] Nie. Najbardziej złoszczę się chyba, kiedy podczas pracy na przykład wariuje mi komputer. Coś się zawiesza i nagle tracę to, co napisałem przez ostatnią godzinę. Ale to raczej zwykła złość, w szał raczej nie wpadam.

[KM] Czy zdarza Ci się wzruszyć do łez? Jakie to są sytuacje?

[JM] Rzadko, ale się zdarza. Płakałem ostatnio na przykład na filmie “Chce się żyć” z Dawidem Ogrodnikiem.

[KM] Czy masz jakieś marzenie, które jest aktualnie poza zasięgiem, ale starasz się dążyć do jego realizacji?

[JM] To może dziwne, ale nie, nie mam żadnych wielkich marzeń. Niczego mi w sumie nie brakuje. Mam dobre życie.

[KM] Gdybyś miał wybrać jedną bazową, według Ciebie najważniejszą kwestię, na którą powinni zwrócić uwagę młodzi twórcy/pisarze, to co by to było?

[JM] Nie pisać, kiedy nie masz o czym pisać.

[KM] Bardzo Ci dziękuję za tę rozmowę 🙂

[JM] To ja bardzo dziękuję.

 

Zdjęcia wykorzystane w artykule są autorstwa Tomasza Pluty