Pudełko w kształcie serca – Joe Hill

Projekt 6na1

Sześć osób. Jedna książka

Tym razem zapraszamy Was na amerykańską, rockową jazdę z duchem na tylnym siedzeniu samochodu 😉

Kliknij na osobę, aby rozwinąć treść

Wyposażony w Rogi (uprzednio przeczytane), postanowiłem taranem wbić się w kolejną historię zaprezentowaną przez King’a Juniora, czyli Joe Hill’a. To był dobry krok…

Opowieść zdecydowanie trzyma specyficzny klimat, który jest tak charakterystyczny dla autora. Joe odziedziczył po tacie to co najlepsze, zachowując przy tym młodzieńcze szaleństwo. W każdej z przeczytanych dotychczas książek Joe czuć duszę prawdziwego rock&roll’owca.

Książka zaczyna się smakowicie. Podstarzały upadły anioł grupy rockowej, lubujący się w kolekcjonowaniu różnych dziwnych i mrocznych rzeczy, kupuje na aukcji stary garnitur. Okazuje się, że w pakiecie z ‘gajerem’ otrzymuje ducha gratis…

To, że duchy są różne każdy wie. Prawdopodobieństwo, że z przesyłki wyskoczy nasz poczciwy, przyjazny duszek Casper jest zerowe. I rzeczywiście… Zakupiona dusza nie jest przypadkowa i zaczyna w dość brutalny sposób odciskać swoje piętno na życiu Jude’a i jego otoczenia.

Podobała mi się droga jaką przebył główny bohater. Jego przemiana i wewnętrzne rozterki to meritum tej książki. Znów, jak w przypadku Rogów, nic nie jest takim jakie się wydaje. Nawiasem mówiąc książka jest na tyle dobra i wielowymiarowa, że gdyby usunąć element fantastyki i odrobinę zmodyfikować fabułę, to wyszedł by z tego niezły kryminał.

Serdecznie polecam tą pozycję. Każdy fan Kinga i grozy jako gatunku powinien być usatysfakcjonowany 🙂

Nieco zmierzchająca gwiazda rocka, Jude Coyne, kolekcjonuje niepokojąco dziwne przedmioty (jak choćby czaszka służąca za pojemnik na ołówki), lubi psy, nie zapamiętuje imion kobiet, a zamiast tego, nadaje im nazwy stanów, z których pochodzą. Pewnego dnia jego asystent trafia na nietypową aukcję internetową – ktoś chce sprzedać ducha odzianego w garnitur… Duch niewątpliwie byłby ‘ozdobą’ makabrycznej kolekcji Jude’a, ten więc bez większego wahania decyduje się na zakup. Nie wie jeszcze, że ta decyzja zmieni jego całe życie. Wkrótce Jude otrzymuje przesyłkę – pudełko w kształcie serca, a w nim nawiedzony garnitur.

Zapowiadało się nieźle. Mrocznie. Do tego autor – syn Stephena Kinga. Nie ukrywam, narobiłam sobie chętki na mrożący krew w żyłach horror. Chciałam się bać, z niecierpliwością przewracać kolejne kartki, zarywać nocki z książką w ręce i niczym nudna katarynka mamrotać (tudzież wykrzykiwać) „wow!’ co parę chwil. Tak właśnie miało być.

Większość z nas pewnie widziała film z duchami. Wiadomo, jak to filmy, są lepsze i gorsze, pewnie niejeden z nas trafił na taki horror, że zamiast się bać – ubawił się do łez, zamiast dać się wciągnąć atmosferze i stracić poczucie czasu – wynudził się jak mops. No i takie właśnie coś przydarzyło mi się z „Pudełkiem w kształcie serca”. Może nie ta część z ubawieniem się, ale zdecydowanie to drugie. Fabuła nie wciągnęła mnie, akcja nie porwała. Tak sobie czytałam strona po stronie, mając poczucie, że kolejne wydarzenia tworzą coraz to większy bałagan i chaos. Wynudziłam się okrutnie, nie doświadczając utęsknionego dreszczyku emocji ani przez chwilę. Zmuszałam się do lektury i poza może dwoma momentami kompletnie nie ciekawiło mnie, co wydarzy się dalej. A im dalej w las, tym gorzej. Nudniej i bardziej chaotycznie, a ja z coraz większym rozrzewnieniem wspominałam filmowe horrory (również te z duchami), które wciskały mnie w fotel i docierało do mnie, że „Pudełko w kształcie serca” tego mi nie zaserwuje.

Bardzo chciałam uniknąć porównań i odnoszenia się do prozy ojca autora, ale mam nieodparte wrażenie, że gdyby to tatuś King zabrał się za tę powieść, to byłaby ona pewnie dwa razy dłuższa i mimo to, nie wymęczyłaby mnie i nie wynudziła tak jak to dzieło syna.

Gdzie moje „wow!”, ja się pytam?

Pieniądz ma ogromną wartość. Nie ulega wątpliwości, że dzięki niemu można mieć niemalże wszystko – luksusowe samochody, apartamenty, najdroższą biżuterię. Co ważniejsze, wiele z tych przyjemności można nabyć nie ruszając się z domu; korzystając z dobrodziejstw jakie niesie za sobą Internet. Na wielu portalach aukcyjnych można znaleźć przeróżne, zachęcające oferty, począwszy od rzeczy użytku codziennego, skończywszy na antykach, czy białych krukach.

Jude Coyne to emerytowany gwiazdor rocka. Kiedy jego zespół się rozpadł, mężczyzna stał się bierny, jego umysł zaprzątają wspomnienia o minionej karierze. Mrzonki sławy z czasem odchodzą w cień, a Jude wpada w nową rutynę żyjąc – na miarę możliwości – normalnym życiem. Mężczyzna ma dość nietypowe hobby: kolekcjonuje dziwne, ściśle związane z okultyzmem, niepokojące, makabryczne rzeczy. W jego pokaźnej kolekcji można znaleźć m.in. ludzką czaszkę służącą jako stojak na ołówki czy film snuff. Gdy pewnego razu gwiazdor dowiaduje się o osobliwej aukcji internetowej, na której można kupić ducha, nie zastanawia się ani chwili i dokonuje zakupu.

Duchy zawsze w końcu doganiały swą ofiarę i nie da się zamknąć przed nimi drzwi, bo potrafią przez nie przejść.

Powieść zaczyna się dynamicznie – wciąga, intryguje. Joe Hill nie traci czasu na dywagacje, wrzuca czytelnika wprost w sidła akcji, która często przypomina groteskowy spektakl. Temat duchów został przemielony na wszystkie strony, jednak autor nadaje mu nieco świeżości.

Zdawać by się mogło, że sprawa z niespokojną duszą będzie prosta – nic bardziej mylnego. Zakup okazuje się dla głównego bohatera nieprzypadkowy. W mig odciska swoje widmowe palce na życiu protagonisty. „Pudełko w kształcie serca” jest połączeniem literatury grozy z wyraźnym zaznaczeniem motywu zemsty i drogi. Bohaterowie wyruszają w podróż, która ma im pomóc w odnalezieniu odpowiedzi na dręczące pytania, te zaś staną się pretekstem do wędrówki w przeszłość, w głąb swoich błędów. Nastąpi czas na przepracowanie starych ran, konfrontację z traumą, w końcu zrozumienie. Niestety w pewnym momencie akcja powieści diametralnie spada, między wiersze wkrada się pozorny chaos wynikający z przeplatania grozy i tła obyczajowego, które zaczyna grać pierwsze skrzypce.

Jednocześnie ból odganiał chmury zasnuwające mu umysł, był niczym kotwica dla świadomości, więź łącząca go z prawdziwym światem: autostradą, przepływającymi obok zielonymi drogowskazami, buczeniem klimatyzacji.

Nie da się nie zauważyć rockowego klimatu w jaki wprowadza nas autor – muzyczne nuty wygrywają swoją melodię, rozbrzmiewają w odpowiednich momentach, dając chwilę na zaczerpnięcie tchu. Jednym z największych plusów powieści staje się nienaganny styl – Joe Hill precyzyjnie maluje obrazy posługując się przy tym barwnym językiem, który sprawia, że portret ducha staje się realny. Autor dba o szczegóły, wdraża retrospekcje, skrzętnie ukrywa przed czytelnikiem meritum.

Wykreowane postacie są osobowościami niekonwencjonalnymi, kontrowersyjnymi – choćby główny bohater malowany jako ekscentryk. To charaktery kontrastowe, które kierowane determinacją, pragną jednego – przezwyciężyć zło. Chociaż ich zachowanie wywołuje czasem mieszane uczucia, tak w ogólnym rozrachunku są wiarygodni. Zmagają się z problemami łudząco podobnymi do naszych.

„Pudełko w kształcie serca” może i nie jest powieścią wyszukaną, ale za to świetną opowieścią o konfrontacji z minionymi zdarzeniami, spojrzeniu w głąb siebie, w psychikę skrzywdzoną przez najbliższych. Książka podkreśla ułomność pochopnych decyzji, kładzie akcent na kruchość ludzkich uczuć, a rockowy klimat dodaje jej animuszu.

„Ducha, sprzedam tanio ducha!”
Już myślałam, że nic nie przebije aukcji „czajniczek z allegro”=D http://joemonster.org/art/7131, ale przyznacie sami, że „kup sobie ducha” jest wyjątkowa – przyciąga wzrok. I kusi.

Jude Coyne to gwiazda rocka odnosząca swego czasu niemałe sukcesy na arenie międzynarodowej. No właśnie – swego czasu, kiedyś. Teraz to odrobinę wyalienowany i mocno ekscentryczny pan po pięćdziesiątce, który czasy świetności ma dawno za sobą. Jednak bez zmian pozostało zamiłowanie do tego, co mroczne oraz do młodych, pięknych kobiet. I jedno i drugie stanie się przyczyną prawdziwych kłopotów. Bo aukcja „kup ducha” działa na Jude’a jak płachta na byka. Oczywiście  „kupuje teraz – bez licytacji” i staje się właścicielem nowiuśkiego, całkiem „świeżego” ducha. Sęk w tym, że kurier faktycznie przywozi mu pudło, w pudle garnitur. I, jak się okaże, garnitur z wypełnieniem w postaci nieżyjącego właściciela tegoż garnituru. Zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. Na kolejce strachu. Duch się mści.
Hill serwuje nam rewelacyjną opowieść, która od pierwszych stron zaskakuje i wsysa nas w brudną, śmierdzącą i lepką od zła breję. Niech nie zwiedzie Cię cukierkowy tytuł. Bo z lukrem i pudrowym różem ta książka nie ma nic wspólnego. A wspomniane pudełko to kwintesencja mroku i strachu.

Strona po stronie poznajemy bohaterów powieści, ich dzieciństwo, ich hierarchię wartości, pobudki jakimi się kierują. Nie cierpimy Jude’a za jego swawolny tryb życia, za swobodne pojmowanie lojalności, za własny kodeks moralności, za brak w jego słowniku słów „wierność”, „oddanie”, „zrozumienie”.

Mogłoby się wydawać, że Joe Hill ma „wtyki” w świecie literatury, a jego „stary” mocno przetarł szlaki literackiej kariery. Nic bardziej mylnego, bo Hill radzi sobie doskonale solo. A King może stać obok i bić synowi brawo. Hill idealnie komponuje mieszankę horroru i sensacji.

W sposób perfekcyjny, powolny odkrywa kolejne karty. Dozuje retrospekcje, buduje napięcie. To wszystko spowite zostaje aurą psychologicznych powiewów. Nic nie dzieje się bez przyczyny, każdy element powieści ma konkretny, wynikający z czegoś cel. Nawet jeśli pojawiają się słabsze fragmenty Autor rekompensuje je potężną dawką emocji w kolejnych fragmentach powieści. Pokaźnym bonusem jest rozwinięcie tematu: „pies to najlepszy przyjaciel człowieka” w dość specyficzny i oryginalny sposób. Bo dwa owczarki niemieckie stanowią nie tylko doskonałe towarzystwo na spacerach. Są gwarancją przeżycia…

Doczepić się można tylko do zbyt „holiłudzkiego” zakończenia. Nie zmienia ono jednak ogólnego bardzo dobrego wrażenia. Po raz pierwszy od dawien dawna zdarzyło się, że spałam przy zapalonym świetle, bo mrok w kącie sypialni niebezpiecznie przybierał kształt stojącego i spozierającego na mnie starca…

Po tytule można by się spodziewać, że ta książka to idealny prezent na Walentynki dla swojej połowy lepszej lub brzydszej, jeśli akurat nie czujecie ducha w narodzie, żeby iść do kina obejrzeć ⇒przygody Greya i jego Anal. No to Was rozczaruję – to pełnoprawny, by nie rzec pełnokrwisty, horror. Mało tego – ten cały Joe Hill, o istnieniu którego nie miałem pojęcia, to syn samego Stephena Kinga, a tego pana to chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, prawda? Pytanie, czy syn upadł daleko od jabłoni i czy umie pisać?

O czym toto jest?
Jest sobie lekko podstarzały gwiazdor rocka, z odpowiednio pojebanym i trudnym dzieciństwem, co to poza pięćdziesiątką na karku ma też słabość do młodych lasek ze skrzywieniem w stronę gotyku, czyli wiecie – skóry, glany, lateks, ćwieki, biały podkład (czy tam fluid, nie znam się) i czarna szminka. Żeby się nie pogubić, jak która ma na imię, nazywa je od stanu, z którego pochodzą – fajny pomysł, choć u nas by się nie przyjął, bo o ile Georgia czy Floryda całkiem fajnie pasują do zbuntowanych młodocianych, to Warmińsko-Mazurska już jakoś średnio. Jude, bo tak się nasz bohater nazywa, a właściwie nosi taki pseudonim, bo wieki temu pogrzebał swoją przeszłość, w tym i prawdziwe imię, pod tonami ziemi cmentarnej, jak jego heavymetalowa muzyka, dodatkowo jeszcze ma dziwne skrzywienie w stronę zjawisk nadprzyrodzonych, makabrycznych i niesamowitych.
Kiedy więc jego asystent znajduje w internecie aukcję, w której można wylicytować ducha mieszkającego w nawiedzonym garniturze, nasz rockman nie waha się ani chwili i sprawia sobie tenże, który to przychodzi do niego zapakowany w pudełko w kształcie serca właśnie. I się zaczyna prawdziwa historia o nawiedzeniu przez bardzo, ale to bardzo wrednego ducha, który poza celem, jakim jest zabicie heavymetalowej sławy, dodatkowo ma skile i wcale nie jest tak łatwo obrzydliwą marę załatwić. Trup zaczyna słać się gęsto, a sprawa wydaje się beznadziejna, nic nas nie uratuje, łojezu.
Dużo spojlerować nie będę, ale w trakcie lektury okazuje się, że:
– Poprzednia gothic girl Jude’a, zwana Florydą, choć nazywała się Anna, miała starego, który kiedyś pracował w wojsku, gdzie nauczyli go sztuczek z hipnozą, praniem mózgu, technikami przesłuchań i paroma innymi rzeczami przydatnymi na wojnie, które to sztuczki po zakończeniu służby wykorzystywał zarabiając na chleb jako hipnotyzer i taki trochę mentalista, co to ludziom robi wodę z mózgu lecząc hipnozą np. uzależnienia. A po śmierci mu się „moce” jeszcze powiększyły, bo wiadomo, że jak ktoś umiera i zostaje duchem, to jego skile rosną;
– Floryda-Anna miała też siostrę, która jeszcze wcale nie umarła, ale już odziedziczyła po ojcu jakiśtam talent to mieszania w głowie i wspólnie pchali ten wózek zwany własna działalność gospodarcza oraz spójrz mi w oczy i powtarzaj za mną „jestem dzikiem” (żarcik dla kumatych);
– Anna-Floryda miała też nieźle namieszane w głowie, bo cierpiała na bardzo ciężką depresję i nie było to tylko dla zbierania lajków w necie, jak to ostatnio modne, tylko była to kliniczna forma strasznie ciężka do życia i kto wie, czy możliwa do wyleczenia;
– Jude pewnego pięknego dnia stwierdził, że ma dość życia z laską, która ma tak wielkie zaburzenia i odesłał ją do domu rodzinnego, do tatusia-mentalisty i siostry-hipnotyzerki, którego to rozstania Floryda-Anna nie mogła znieść i popełniła samobójstwo. Jej rodzina obmyśla szatański plan, że tatuś umrze i po śmierci zamieszka w garniturze, który to garnitur żyjąca siostra wystawi na aukcję oraz przed nos Jude’a, a że to pies na takie dziwne akcje, to na pewno kupi nawiedzony ciuch, z którego wyskoczy tatuś i złego rockmana zaciuka.
– To wszystko, co powyżej w pewnym momencie staje się lekko nieaktualne i nieprawdziwe, ale tu już Wam nie będę psuć zabawy spojlerami.

Jak toto wyszło?
Nierówno.
Z jednej strony mamy porządnie napisany horror, z kilkoma fajnymi pomysłami (kupowanie ducha przez internet), scenami mrożącymi krew w żyłach, które czytałem prawie obgryzając pazury, a z drugiej kilka bolesnych dziur fabularnych (jak oni przeflancowali tatusia-mentalistę do garnituru?) oraz zakończenie słabe jak skrzydło tupolewa. A właściwie zakończenie zakończenia było słabe, bo sama scena finałowa była bardzo dobrze napisana i czytało się ją z wypiekami na twarzy.
Bardzo mi się podoba konstrukcja całości, gdzie zdarzenia z teraźniejszości przeplatają się z przeszłością, a to wszystko zanurzone jest ni to w rzeczywistości, ni to w sennych wizjach czy majakach, a czasami koszmarach. Świat realny z nadprzyrodzonym się bardzo mocno przenika, przeplata i wpływa jeden na drugi, a dodatkowo opisane jest to w taki sposób, że nie czujemy tutaj sztuczności i tanich chwytów w stylu filmowej ręki wynurzającej się z ciemności tylko po to, żeby przestraszyć widza.
Akcja rozwija się bardzo szybko, właściwie już od pierwszych kartach powieści, nie mamy tutaj przydługiego wstępu pisanego na siłę, żeby nas osadzić w całej historii. Jest kilka zwrotów akcji, kilka miejsc, gdzie zastanawiamy się, czy to już koniec i czy nasz główny bohater przegrał z prześladującym go duchem dyszącym pragnieniem zemsty, a może właśnie się od niego uwolnił? Napisane jest wszystko jak najbardziej poprawnie, a nawet dobrze, z tym charakterystycznym umiłowaniem szczegółowych opisów, jakie tata King nam funduje, żeby budować nastrój i pozwalać się bardziej wczuć w opowiadaną historię.
Jednak czegoś mi tutaj brakuje do tego, żebym mógł powiedzieć bardzo dobra robota.
Może to moment, w którym okazuje się, że nie do końca to wygląda tak, jak się do tej pory wydawało i jest to gdzieś w połowie książki? Rodzinne sekrety oraz motywy zbrodni wychodzą na jaw, a nam pozostaje przez kolejną połowę już tylko czytać o tym, czy Jude oraz jego aktualna gothic girl ujdą z życiem? Może to jakieś dziwne zafiksowanie ducha na tym, że Jude ma umrzeć tak, a nie inaczej, co trochę miejscami razi sztucznością, bo wredna zjawa mogła spokojnie zakończyć jego żywot wcześniej, choć może mniej widowiskowo?

Podsumujmy
Sam nie wiem – niby wszystko jest tak, jak powinno, ale jednak czegoś mi brak do pełni szczęścia. Może teraz pokutuje u mnie zaczytywanie się w młodości Mastertonem, Koontzem, Kingiem czy Lovecraftem, a więc właściwie wszystko już było i Hill tutaj nie pokazał niczego nowego? Może brak mi tu odrobiny logiki i, choć to głupio zabrzmi, pewnej dozy realizmu i konsekwencji w działaniach nawet postaci nierealnych, jak duchy właśnie?

To nie jest na pewno zła książka i polecam ją jak najbardziej do przeczytania, jeśli ktoś lubi się trochę pobać, ale jednocześnie nie mogę powiedzieć, że mnie zachwyciła i że po pierwsze kiedyś do niej wrócę, a po drugie że rozbudziła mój apetyt na twórczość Joe Hilla.