Nikt nie ma chyba wątpliwości, że część książek opisywanych na blogach jest powierzona blogerom przez wydawnictwa. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, że przy niektórych pozycjach wysyłki egzemplarzy dla recenzentów idą w setki sztuk. Pamiętam, jak w najbardziej aktywnym czasie mojego blogowego hobby otrzymywałem po kilka przesyłek tygodniowo. Stos rósł, a wraz z nim rósł poziom stresu, bo nie sposób było to wszystko przeczytać i zaopiniować w terminie, jaki był czasem subtelnie narzucany. Czytanie na akord to jednak nie moja bajka, więc pomału zacząłem się wycofywać z niektórych współprac, zachowując tylko te najbardziej wartościowe.

Okazuje się, że to był dobry krok, bo wypadając z karuzeli promocji niektórych tytułów trafiają mi się takie niszowe kwiatki jak ten, o którym Wam dzisiaj opowiem.

Światy równoległe nie są w literaturze niczym specjalnym. Tytułami można sypać jak z rękawa. Ale, że w Polsce? W Gliwicach? Tego jeszcze nie grali. A w Gliwicach mieszka młody informatyk Szymon, który zostaje napadnięty przez dwóch typków w quazi-motocyklowych kombinezonach, z dziwnymi hełmami na głowie. Za pierwszym razem chłopak daje im popalić, za drugim już się nie udało i po utracie przytomności budzi się w obcym miejscu… W tym momencie książki uniosła mi się ze zdumienia jedna brew, a przed oczami stanęły stroje rodem z seksmisji. Pomyślałem sobie, że nie jest dobrze… Ale na szczęście się myliłem.

W miarę postępu książki, Autor kreuje bowiem bardzo interesującą wizję alternatywnej rzeczywistości, w której wszystko jest trochę lub bardzo inne. Trochę inny klimat, trochę inne materiały, bardzo inny styl życia, bardzo inny styl pracy czy odżywiania się. Wreszcie zupełnie odmienny wariant społeczny. Czersk – bo tam właśnie znalazł się bohater – to miasto doskonale matematyczne, wpisane w okrąg, z kwadratowym podziałem administracyjnym. Można powiedzieć, że zbudowane na bazie informatycznych podwalin obliczeniowych. Życie toczy nocami, gdyż dnie są zbyt gorące. Ludzie są odgórnie ograniczeni pod względem wiedzy (kontrola) oraz wyposażeni w moduł komunikacyjny w postaci tytułowej szpili (znów kontrola). Walutą jest jednostka energii, którą można zarobić bądź pracując, bądź biegając po bieżni wykonanej z płytek generujących energię elektryczną z kinetycznej. Żywność nie jest organiczna, a w formie syntetycznych pasków. Całą społecznością zarządza tajemniczy Prodyr, a Szymon bardzo szybko staje się najważniejszym członkiem podziemia.

Ja sobie zdaje sprawę, że to wszystko brzmi dość płasko, ale uwierzcie mi, że Autor stworzył bardzo ciekawą wizję świata, perfekcyjnie logiczną i zasadniczo całkiem nieźle funkcjonującą. Dodatkowo w książce jest mnóstwo schematów, rysunków, rozpisane są zasady gier służących do rozrywki mieszkańcom Czerska, a których Szymon się uczy na bieżąco. Autor wykonał tytaniczną pracę, aby to wszystko pospinać. Nie znalazłem w tej książce nic, czego nie dałoby się faktycznie zbudować czy zaimplementować. Według mojej wiedzy (zbiegiem okoliczności też jestem informatykiem) wszystko co zostało ukazane w książce można by dzisiaj, z dostępnych materiałów wykonać. Paski spożywcze mogły by być wyzwaniem, ale pewnie też by się udało 🙂

Jak więc widzicie, Szpile to pewnego rodzaju realistyczna fantastyka. Ale nie to jest w tej książce fajne. Fajne jest to, że jest… przyjemna. To pierwszy od bardzo, bardzo dawna tekst, w którym nie ma przemocy, przekleństw, zwyrodnialstwa, opisywania ludzkich tragedii czy wywlekania psychicznych brudów. To jest przyjemna, logiczna historia fantastyczna, obfitująca w pozytywne nastawienie bohaterów, sporą dawkę poczucia humoru i zakończona w gruncie rzeczy happy endem. Być może “Szpile” trzymają się bliżej granicy literatury młodzieżowej, ale ja bawiłem się świetnie. Był to dla mnie jeden z najbardziej relaksacyjnych tytułów ostatnich lat.

Jak ktoś chce się wyluzować, albo podrzucić coś komuś młodemu, zaczynającemu z gatunkiem, to swobodnie można sięgnąć po Szpile. Ja się podczas lektury wyluzowałem do tego stopnia, że nawet nie doczepię się do okładki 🙂

%d bloggers like this: