Zapraszam Was do przeczytania mojej rozmowy z utalentowanym pisarzem historii weird fiction, przemiłym człowiekiem Wojtkiem Gunią.
Wyszedł nam z tego “wywiad rzeka”. Nie sądziłem, że nasza dyskusja aż tak się rozwinie 🙂 Rozmawiamy o książkach, pisarstwie, ale również o życiu i jego emocjonalnej stronie. Mam nadzieję, że rozmowa okaże się dla Was ciekawa i inspirująca 🙂

[Kosma Mitraszewski] Jest pytanie, które od dawna chciałem zadać, ale bałem się tzw “gównoburzy”, która mogłaby powstać, gdybym pokusił się je zadać na facebooku. Wydaje mi się również, że Ty jesteś odpowiednim adresatem tego pytania. Ja podskórnie czuję czym jest Weird Fiction, ale gdyby ktoś kazał mi to wytłumaczyć, miałbym problem. Czy mógłbyś proszę w prostych słowach wyjaśnić czytelnikom co kryje się pod określeniem Horror Weird Fiction?

[Wojciech Gunia] Gdybyś zdał mi to pytanie parę lat temu, to prawdopodobnie byłoby mi dużo łatwiej na nie odpowiedzieć. Niestety, im więcej człowiek wie, tym bardziej uświadamia sobie ogrom swojej niewiedzy. Znika pewność sądów i łatwość formułowania definicji. Więc czym jest weird fiction? Spróbuję powiedzieć to jak najprościej: to bardzo specyficzna odmiana literatury grozy, która wykorzystując poczucie niesamowitości (tak, jak je rozumiał Jentsch) stara się nakreślić pewną filozoficzną wizję świata. Być może właśnie słowo „niesamowitość” jest tu kluczowe: niesamowitość psychologiczna, gdy doznajemy dysonansu poznawczego i w ten sposób wpadamy w pewien dyskomfort. Niektórzy twórcy weird fiction używają zamiennie określenia „uncanny fiction” i wydaje mi się, że to jest w miarę dobra, choć na pewno nie do końca precyzyjna ścieżka.

Byłoby na pewno łatwiej, gdyby istniał jeden nurt weird fiction, ale w obrębie tego typu literatury mamy do czynienia zarówno z fabularyzowanymi esejami filozoficznymi, jak i pulpą o przysłowiowych mackach z kosmosu. Od prozy onirycznej, poetyckiej przez teksty romansujące z fantastyką naukową po takie, które śmiało wykorzystują akcesoria horroru cielesnego.

Natomiast niezależnie od tego, weird fiction, czy bardziej filozoficzne, czy bardziej pulpowe, lokuje źródło zagrożenia nie w intruzji, która wdziera się w świat, ale w tym, jaki świat jest naprawdę i czego w ogóle na co dzień nie dostrzegamy. Weird fiction stawia bohaterów wobec konieczności poznania tego prawdziwego oblicza świata, niszcząc tym samym ich wewnętrzne poczucie ładu i bezpieczeństwa. To taka odwrócona gnoza: zmierzamy do poznania, które nie daje nam zbawienia, ale staje się dla nas nieusuwalnym obciążeniem.

[KM] To może spróbuję to zilustrować. Rozumiem, że historia, w której spod łóżek nocą wychodzą zombie, nie będzie się kwalifikować. Natomiast taka, w której te łóżka okazują się być żywe i karmiące się snami śpiących na nich ludzi, a do tego ci ludzie uważają że tak jest w porządku, i co najwyżej wspomną, że te łóżka ostatnio jakieś dziwne produkują. I w tej sytuacji mamy bohatera, który podskórnie czuje, że coś z tym światem jednak coś grubo nie tak. Czy taka historia by nam już zbliżała się do ram WF ?

[WG] W samo sedno. Choć oczywiście można spróbować ten schemat odwrócić. Więc jeśli zombie będą wychodzić spod łóżek tylko wtedy, gdy śpiący w nich ludzie będą pogrążeni w najgłębszej fazie snu i wracać, gdy będą zbliżać się do przebudzenia, to sytuacja zrobi się naprawdę dziwaczna, weirdowa. A kiedy łóżka okażą się żywe dlatego, że – powiedzmy – zostały obciążone klątwą wskutek czyjegoś niecnego działania, wtedy będziemy mieć do czynienia z horrorem. Wszystko zależy od tego, w jakim kontekście osadzimy czynnik grozy.

Mam na myśli to, że horror jest gatunkiem, który jest – powiedzmy – moralnie konserwatywny. Żeby w horrorze zdarzyło się zło, musi dojść do naruszenia ładu moralnego. Katalog tych naruszeń w horrorze jest bardzo szeroki: uzurpacja praw boskich do tworzenia życia, konszachty z Szatanem, próba oszukania śmierci, albo i bardziej przyziemne sprawy: chciwość, dewiacje itd. Jeżeli norma zostanie naruszona, równowaga zachwiana, zło wkracza na arenę. Walka ze złem jest jednocześnie próbą przywrócenia naruszonego ładu. A zatem to ład jest czymś nadrzędnym – od jego stanu zależy to, czy postaci znajdą się w sytuacji zagrożenia.

W weird natomiast sprawy mają się inaczej. Otóż, w weird zło dzieje się niezależnie od tego, czy ład jest zachowywany, czy naruszany. Jego funkcją jest zdemaskowanie ładu jako iluzji. Pochodzi nie z naruszenia ładu, ale w ogóle SPOZA ładu. I jako takie nie jest nawet złem – bo zło to tylko nazwa na pewne relacje zachodzące w obrębie jednego systemu etycznego. Atak złego w weird fiction jest atakiem czegoś, co się w żaden sposób do tego systemu nie odnosi, nie istnieje w żadnej relacji do niego. Więc weird jest w pewnym sensie nihilistyczne.

A skoro wspomniałeś o zombie, to tak się zabawnie składa, że zombie jest jedną z figur, które najmocniej oddają jeden z głównych tematów współczesnego weird. W filozofii umysłu “zombie” jest hipotetyczną figurą, która zachowuje się identycznie jak człowiek, ale nie posiada żadnego życia wewnętrznego, żadnej samoświadomości. Jest idealnym biologicznym robotem, którego “program” doskonale symuluje zestawy ludzkich zachowań, ale które samo w sobie nie posiada żadnej intencjonalności. Nie jest to temat aż tak odległy od życia, jak mogłoby się wydawać – wystarczy sobie uzmysłowić, ile czynności w naszym życiu wykonujemy zupełnie automatycznie. Ile razy zachodziłeś w głowę, czy zamknąłeś za sobą drzwi, czy wyłączyłeś gaz? Czy jesteś w stanie przypomnieć sobie, ile wykonałeś manewrów podczas jazdy samochodem? Twoje ciało działa, ale jednocześnie twoje życie wewnętrzne nie jest w żaden sposób skorelowane z czynnościami tego ciała. A zatem, nie odnosi się do ciała i jego działań w świecie, czyli jest nieobecne. Więc w jakimś sensie każdy z nas bywa takim filozoficznym zombi. Gwarantuję ci też, że jeśli zaczniesz się zastanawiać nad tym, czy mógłbyś odróżnić takie wewnętrznie martwe istoty od istot wewnętrznie żywych w twoim najbliższym otoczeniu, znajdziesz się o krok od paranoi.

[KM] Masz absolutną rację. Mam wrażenie, że ilość osób martwych za życia drastycznie rośnie. Kwestią jest tylko to jak zinterpretujemy życie w życiu lub jego w nim brak. Jest takie mafijne powiedzenie: Im mniej wiesz, tym dłużej żyjesz. Jakiś czas temu odkryłem, że nie tyczy się ono tylko niewygodnych faktów, ale również (albo przede wszystkim) analizowania siebie. Za tym pojawiło się od razu pytanie, czy psycholodzy, którzy jednak zmuszają człowieka do wejścia w siebie, nie produkują sobie sami materiału na kolejne sesje. Oczywiście można oswoić swoje demony, ale świadomość ich istnienia jest nie do wyparcia. Znajdujemy wówczas w sytuacji wewnętrznej okupacji. Wiesz którymi ulicami chodzić, ale cały czas oglądasz się za siebie, czy nie postawiłeś kroku w złym miejscu. Czy to również nie jest trochę weird?

[WG] Z jednej strony jest tak, że “zobaczonego nie da się odzobaczyć”, a z drugiej wejrzenie w siebie, choćby miało przynieść jakiś dewastujący rezultat, jest czymś, co – jak mi się wydaje – jest jednym z podstawowych zadań, jakie stoją przed istotą ludzką. Powiem nawet mocniej, istotą ludzką w pełni można stać się dopiero wtedy, kiedy wykona się pracę nad poznaniem siebie – rozświetlenia tej ogromnej piwnicy pełnej demonów, uwarunkowań, upchniętych głęboko czynników, które decydują o tym, jacy jesteśmy. Tylko wtedy można spróbować zyskać choćby minimalny wpływ na swoje życie, czyli jakąś podstawową podmiotowość. Bez tej pracy jesteśmy tylko agentami okoliczności, które moderują nasze zachowania, marionetkami nieświadomymi tego, kto trzyma wszystkie sznurki. Oczywiście, samopoznanie nie gwarantuje nam tego, że nad tymi sznurkami odzyskamy sami kontrolę, ale przynajmniej będziemy mieć świadomość tego, jaki specyficzny rodzaj upiora powoduje, że w różnych sytuacjach życiowych postępujemy tak, a nie inaczej, dlaczego nasze relacje z innymi ludźmi są takie a nie inne, dlaczego zajmujemy takie a takie postawy i wyrażamy takie a nie inne poglądy. Jest dla mnie zdumiewające, że ludzie mają tak wielką łatwość wygłaszania sądów, że tak łatwo podejmują decyzje odnośnie do innych ludzi, a jednocześnie tak mało czasu i wysiłku poświęcają na zrozumienie swoich własnych motywacji i w dodatku podchodzą do nich w sposób bezkrytyczny – nie podejmują żadnej pracy nad zdystansowaniem się do uczuć i pragnień, które prowadzą ich na smyczy.

Z tego zresztą wyrasta cała moja pisanina: to dialog, jaki prowadzę ze sobą. Jest to mój własny sposób na to, żeby wydobyć z siebie to, co jest dla mnie ukryte. Tak się składa, że efekty tego dialogu skupiają się na lęku i jego źródłach.

[KM] No to pozostańmy na chwilę w tym temacie. Czy pisanie przywraca Ci spokój wewnętrzny?

[WG] Jeżeli uznamy, że rozpoznanie jakieś własnej ciemności może dać na chwilę spokój, to tak. W tym sensie napisanie czegoś – albo raczej poddanie się szeregom procesów poznawczych i emocjonalnych, jakie generuje akt pisania – działa jak anestetyk. Pisanie jest w pewnym sensie formą medytacji, zwłaszcza jeśli sam proces staje się automatyczny, gdy podczas pracy wejdzie się w to, co niektórzy nazywają „transem”. Niestety, to, jacy jesteśmy wewnątrz, bezpośrednio wynika z tego, jaki świat nas otacza. Poznając siebie, zawsze w pewnym momencie dochodzimy do granicy, przez którą przedostaje się to, co zewnętrzne i później nas samych kreuje. Więc droga do rozpoznania siebie prędzej czy później musi wyjść ku temu, co uniwersalne, co ogólne i powszechne. W nas samych odbija się przecież świat, w którym funkcjonujemy. I tu z kolei pisanie nie działa już terapeutycznie, zwłaszcza jeśli ma się na temat świata jednoznacznie negatywny pogląd.

Powiedziałbym raczej, że pisanie (i czytanie, oczywiście) pozwoliło mi lepiej zrozumieć moje własne przerażenie światem i ludźmi. Ale zrozumieć źródło lęku, to nie znaczy jeszcze „zniwelować lęk”.

Nie chciałbym się wyrazić nieprecyzyjnie: to nie jest tak, że cierpię katusze z powodu tego, że muszę codziennie wychodzić z domu i mieć styczność z ludźmi. Oczywiście, jestem może trochę bardziej asocjalny niż większość, ale panuję nad tym i nie przybiera to jakichś nieznośnych dla mnie bądź dla otoczenia form. Po prostu uważam, że świat byłby trochę przyjemniejszym miejscem do życia, gdyby ludzie potrafili bardziej zdystansować się do rzeczy, które nimi kierują, a których oni sami bardzo często nie rozumieją, przyjmują zupełnie bezkrytycznie albo przypisują znaczenie i wagę o wiele większą niż powinni. Ale ponieważ nie potrafią – bo widocznie tak jesteśmy skonstruowani – świat jest średnio przyjemnym miejscem.

[KM] Podpisuję się pod Twoimi słowami, bo moja wizja świata jest bardzo podobna do Twojej. Zastanawiam się teraz czy jeśli w danej chwili nie możesz z jakiegoś powodu pisać, a czujesz potrzebę ekspresji, to czy masz jakąś alternatywę do “wentylowania” swoich emocji?

[WG] Pisanie jest dla mnie optymalne, ponieważ mam je najlepiej opanowane pod względem warsztatowym. Więc kiedy chcę takiej ekspresji dokonać, narzędzia pisarskie dają mi najwięcej swobody. Ale tak się składa, że czasami sytuacja, gdy tej swobody brakuje – bo na przykład ogranicza nas moment, warunki danej sytuacji – wyzwala dodatkowe pokłady wyobraźni i kreatywności. Dlatego czasami zdarza się, że zagalopuję się gdzieś z aparatem albo pobawię się Photoshopem. Także przy pracach graficznych staram się zachowywać klimat, który zamykam w tekstach. Na szczęście często udaje mi się natknąć na różne widoki, które po odpowiednim potraktowaniu kadrowaniem i kolorystyką uwypuklają stany emocjonalne, które towarzyszą ich uchwyceniu. Niestety, nie mam tyle czasu i okazji, żeby rozwijać to bardziej programowo. Pozostaje mi korzystanie z dobrodziejstw przygodności i doraźności, choć oczywiście marzę o tym, żeby móc kiedyś zrobić sobie dłuższą trasę szlakiem opuszczonych domów, zrujnowanych fabryk i innych takich pomników ludzkiej klęski. Albo wszystkiego, czego rujnacja okaże się dla mnie inspirująca. Choć może powierzenie wszystkiego przypadkowi też nie jest złym wyjściem.

Poza tym “wentylowanie” emocji dokonuje się – na szczęście – nie tylko poprzez własne tworzenie, ale też obcowanie z twórczością innych. Tu możliwości są ogromne i często z nich korzystam.

[KM] W jednym z wywiadów powiedziałeś, że Twoja przygoda z literaturą zaczęła się od czytającej Ci babci oraz domowej biblioteczki rodziców. Nie chcę, abyś poczuł się staro, ale o ile ja pamiętam, to w czasach gdy byłem młody, można było być podwórkowcem, albo czytać książki w domu. Nie było tylu innych rozrywek i rozpraszaczy, które są dziś na wyciągnięcie ręki. Myślisz, że rodzicie dzisiaj mają szansę z tym wszystkim wygrać, a tym samym zaszczepić dzieciom miłość do słowa pisanego? Czy może jest tak, że jeśli ktoś ma predyspozycje, to z pomocą starszych czy bez niej i tak w końcu trafi do księgarni lub biblioteki?

[WG]: Jestem jednak przekonany, że młody człowiek to tabula rasa. Oczywiście, są predyspozycje niezależne od uwarunkowań środowiskowych, ale to właśnie te uwarunkowania są kluczowe. Wspomniałem, że szybko nauczyłem się czytać. Otóż, mój syn nauczył się jeszcze szybciej: za chwilę będzie miał 5 lat, ale swobodnie – swobodnie na miarę wieku – czytał już mając trochę ponad 3 lata. Pierwsze słowa czytał, mając niecałe dwa lata. W tym wypadku to jest sprawa środowiskowa: w domu jest mnóstwo książek. Tata z książką, mama z książką, ściana w książkach, stos książek tu, stos książek tam. Tu książka zaczęta, tu w połowie, tam pod koniec. Przed położeniem się spać czytamy. Kładę się na dywanie, a syn kładzie się na moich plecach i zza ramienia śledzi wzrokiem tekst, który mu czytam. Nie zmuszam go – sam się upomina. Ma swoje ulubione lektury. Kiedy zdarzy się, że obudzi się przed rodzicami, bierze sobie albo zabawki, albo książeczkę, siada w swoim dziecięcym foteliku i czyta. Wiem, bo kilka razy – zaalarmowany ciszą – biegłem sprawdzić, czy nie doszło do jakiejś katastrofy, a tu okazywało się, że młody siedzi sobie i przerzuca kartki.

Jednocześnie rozpraszacze… Wiesz, dalej twierdzę, że to sprawa środowiskowa. Mój syn łapie pewne sprawy związane ze smartfonami i tabletami wręcz instynktownie. On i inne dzieci z jego pokolenia. Dla naszych rodziców komputery osobiste były zjawiskiem, fenomenem, który podjął inwazję na ich świat. Dla nas były czymś, czego rozwojowi świadkowaliśmy z fascynacją – dość wspomnieć, że mamy pełną świadomość tego, jak rozwijała się technologia komputerowa, ponieważ nasze doświadczenia życiowe obejmują zarówno pierwszego Wolfensteina, jak i niezwykle immersyjne gry najnowszej generacji, pierwsze komercyjne systemy operacyjne, jak i te najnowsze, sieci komórkowe od 1G po 4G/LTE, gdy obserwujemy spadek cen odwrotnie proporcjonalny do wzrostu wydajności. A dla pokoleń najmłodszych środowisko wysokich technologii jest czymś zupełnie naturalnym. Więc pytanie brzmi: czy zmiana warunków środowiskowych wpływa na to, jak przyswajamy bodźce, które generuje literatura? Czy w czasach, gdy technologia obsługuje wszystkie bodźce, wyręczając wyobraźnię, literatura ma sens i jakiekolwiek możliwości? Ja uważam, że ma, może z tym drobnym zastrzeżeniem, że książki i filmy straciły monopol na snucie głębokich opowieści, na przedstawianie wyrafinowanych narracji, które opierają się nie tylko na rozrywce, ale też na ideach. Uwikłałem się w dygresje, a chodzi o to, że to, czy ktoś czyta, czy nie czyta, jest sprawą przede wszystkim środowiskową. W domach, w których się nie czyta teraz, rozpraszacze przyjmują postać smartfona, tabletu, telewizji. Dawniej w domach, w których się nie czytało, rozpraszacze przyjmowały postać podwórkowych bijatyk, zgrupowań pod trzepakiem, ciężkiej pracy domowej itd. Ani nie ma co demonizować obecnych czasów, jak i gloryfikować minionych. To od rodzica zależy, czy jego dziecko będzie się interesować książkami. Tak było, jest i będzie.

[KM] Zadałem to pytanie, bo widzisz… u mnie w domu rodzinnym było kilka książek na krzyż, zawsze tych samych i nie czytanych. Rodziców widziałem czytających może raz czy dwa. A jednak w chwili obecnej pochłaniam kilkadziesiąt pozycji rocznie. Dość często w literaturze grozy – nie inaczej jest w Twojej powieści pt. ‘Nie ma wędrowca” – jest coś, co bohatera przyzywa. Czy nie wydaje Ci się, że w życiu tak właśnie jest? Że pewne rzeczy nas przyzywają? Jednego skoki na linie, drugiego obrazy, a jeszcze kogoś słowo? Że nawet jeśli rodzice nie zauważą tej największej pasji w dziecku, to ona i tak prędzej czy później sama się zgłosi?

[WG] To, że nasze zachowania są na ogół uwarunkowane środowiskowo, nie oznacza, że – tak, jak mówisz – nie działają na nas inne czynniki. Gdyby środowisko w 100% determinowało nasze życie, po prostu powtarzalibyśmy los tych, którzy nas wychowywali. Tak bardzo często bywa, ale nie zawsze. Gdzieś zawsze istnieją obszary, w których nasze życia wkraczają na nowe ścieżki, nieznane poprzedniemu pokoleniu.

Czy to zew? Powiedziałbym, że raczej, że zdarzają się chwile, kiedy okoliczności zbiegają się z naszymi – być może nieznanymi nam samym – możliwościami, skłonnościami, i pozwalają im zaistnieć. Czasami wyzwala je jakiś impuls, jakieś przypadkowe doznanie, które okazuje się kluczem do otwarcia jakichś ukrytych w nas drzwi. Dotyczy to zarówno talentów, jak i zwyrodnień.

A być może jest po prostu tak, że naszymi zachowaniami kierują siły, których nie rozumiemy, których nawet nie rozpoznajemy w swoich działaniach? Kto wie, dokąd prowadzą te marionetkowe sznurki, do których jesteśmy uwiązani. I czy chcielibyśmy to w ogóle wiedzieć.

[KM] To może wreszcie trochę o pisarstwie 🙂 Do tego pytania zainspirował mnie jeden z najnowszych wywiadów z Łukaszem Orbitowskim, który mówi tam, że: “O nieszczęściu pisze się łatwiej”. Ciężko Twoją prozę nazwać ‘entuzjastyczną’, co z resztą wynika z tego, o czym rozmawialiśmy wcześniej. Czy rzeczywiście tak jest, że nieszczęście jest silniejszym natchnieniem niż szczęście?

[WG] Oczywiście. Bodźce negatywne o wiele skuteczniej motywują nas do jakiegokolwiek działania. Głód motywuje nas do jedzenia, zimno do poszukiwania odpowiedniego ubrania, lęk przed społeczną deprecjacją do podejmowania całego szeregu działań, które naszą pozycję poprawią i utrwalą. Samotność pcha nas do podejmowania życiowych kompromisów, choroby do podejmowania nieraz trudnych terapii… Znaczna część naszych działań jest motywowana albo jakimś rodzajem nieszczęścia albo pragnieniem uniknięcia nieszczęścia. Co wychodzi poniekąd na jedno, bo świadomość, że jest coś, co nam zagraża, sama w sobie jest już jakimś rodzajem nieszczęścia.

Zauważ też, z jaką łatwością dzielimy się swoimi negatywnymi przeżyciami, a jak nagminnie zachowujemy przeżycia pozytywne tylko dla siebie. Jeśli przeciętny człowiek pójdzie do jakiejś restauracji i dziesięć razy obsłużą go jak należy, to prawdopodobnie nie zająknie się o tym ani słowem. Ale jeśli raz kelner wyleje mu wino na koszulę, a w zupie będzie pływać mucha albo włos, to jest niemal pewne, że zaraz po powrocie do domu napisze druzgocącą opinię na jakimś forum.

Dlaczego nieszczęście jest silniejszym natchnieniem niż szczęście? Odpowiedź trywialna byłaby taka, że tego, co złe, chcemy się pozbyć, a to, co dobre, zachować dla siebie. Ale to nie do końca tak. Przede wszystkim, szczęście samo w sobie nie jest stanem refleksyjnym. Szczęście, gdy zdarza się, nie zostawia miejsca na namysł nad jego istotą. Szczęśliwi, stajemy się cali tym uczuciem, cali jesteśmy przeżywaniem tego szczęścia. Gdy euforia minie – a w końcu minie zawsze – przedmiotem namysłu może stać się nie tyle samo przeżycie, ale to, co do niego prowadzi – metoda powtarzania bodźców, które wyzwolą jeszcze raz produkcję endorfin. Szczęście nie jest stanem poznawczym, bo po prostu nie wymaga od nas niczego ponad czyste uczestnictwo.

Z nieszczęściem jest natomiast tak, że zmusza nas – ono samo albo jego perspektywa – do podjęcia jakiegoś działania. Peter Wessel Zapffe sklasyfikował cztery główne rodzaje działalności, w jakie uciekamy przed poczuciem trwogi: izolację, gdy po prostu nie dopuszczamy do siebie żadnych bodźców, które mogą nas wpędzić w dyskomfort; rozproszenie, gdy oddajemy się rozrywce albo szaleńczej pracy i tak zagłuszamy wszystkie negatywne stany; zakotwiczenie, gdy własne poczucie celu i sensu oddajemy we władzę jakieś narracji środowiskowej bądź ideologicznej i wreszcie sublimację, gdy to, co w nas negatywne, całą tę wewnętrzną trwogę, przetwarzamy na produkt pracy umysłu: obraz, tekst, utwór muzyczny, rzeźbę itd.

Każdy wybiera swoje metody, podług właściwości i możliwości. Ja uciekam w sublimację. Pisanie to dla mnie najskuteczniejszy sposób na trzymanie pod kontrolą własnej psychiki.

[KM] Na kanwie tego, o czym napisałeś powstał Twój pierwszy, wydany zbiór opowiadań pod tytułem “Powrót”. Przyznaję, że dla mnie, ta fantastyczna w mojej ocenie lektura, była bardzo wymagająca – zarówno pod względem treści, jak i formy. Chciałbym Cię zapytać jak w ogóle doszło do wydania tych tekstów? Czy to było tak, że miałeś zbiór zgrubnie gotowy i próbowałeś zainteresować nim wydawnictwa, czy też propozycja pojawiła się jeszcze w trakcie tworzenia?

[WG] Było trochę tak i trochę tak. Nad tekstami, które weszły do “Powrotu”, pracowałem już od mniej więcej 2009 r. To znaczy, wtedy powstały pierwsze zalążki niektórych opowiadań. W ogóle zacząłem pisać późno, przynajmniej jak na dzisiejsze standardy, gdy debiutuje się w wieku nastoletnim. Miałem jakieś 25-26 lat. Z jednej strony, kiedy powoli konstruowałem te swoje pierwsze opowiadania, pisałem je wyłącznie dla siebie, z tej wspomnianej potrzeby sublimacji, z drugiej miałem świadomość – a może nie świadomość, a wewnętrzny imperatyw – że prędzej czy później trzeba będzie te swoje literackie zapędy skonfrontować z rzeczywistością. I to było jednocześnie łatwe i trudne.

Dlaczego? Raz, że w literaturze nigdy nie interesowała mnie współczesność. To znaczy, nigdy nie szukałem literatury, która przetwarza bieżące sprawy, która jest odzwierciedleniem swoich czasów, która komentuje i analizuje to, co dzieje się w jakimś obejmującym teraźniejszość wycinku czasu. Zawsze ciągnęło mnie ku narracjom uniwersalnym i jednocześnie wewnętrznym. Z drugiej strony nie odnalazłem się nigdy w literaturze pop: czytając książki stricte rozrywkowe czułem, że tracę czas, że nic dla siebie nie zyskuję. Z tych dwóch czynników wyniknęła specyfika tego, co tworzę. I jednocześnie spowodowało to, że miałem pełną świadomość, że raczej nigdy nie zostanę autorem bestsellerów i że jeśli gdzieś się w końcu odnajdę na rynku wydawniczym, to będzie to nisza.

Zresztą, kiedy miałem już gotową większość zbioru, wtedy jeszcze niezatytułowanego, wysłałem – dla żartu bardziej niż z oczekiwaniem – materiały do jednego z większych polskich wydawnictw (nazwy nie wspomnę), które miało w katalogu także fantastykę grozy. Pamiętam, że w mailu popisałem jakieś straszne herezje (dodam, że bardzo nie lubię negatywnych konotacji tego słowa. Grecki źródłosłów, αἵρεσις, oznacza po prostu możliwość dokonania wyboru), np to, że uważam, że Księga Niepokoju Pessoi jest dla mnie o wiele bardziej przerażająca niż dowolna powieść Kinga itd. Odpowiedzi nie doczekałem. Możliwości są cztery: albo mail poszedł od razu ad kosz albo uznano, że wiadomość napisał człowiek niespełna rozumu albo ktoś się nad tekstami pochylił i uznał, że: a) to syf i dziadostwo, b) są niezłe, ale ich wydanie to zabieg wyczerpujący znamiona finansowego strzelenia sobie w kolano. Z armaty.

A potem nagle wydarzył się konkurs Agharty. Żona mnie namówiła, a że tak się szczęśliwie złożyło, że miałem materiał, z którego byłem zadowolony i który spełniał wymagania konkursowe, postanowiłem wziąć udział. Wiedziałem, że Wojna da sobie radę. I tak było: zostałem jednym z laureatów konkursu. Kolejnym ogniwem tego łańcucha zdarzeń była publikacja w pokonkursowej antologii. Już po wszystkim wysłałem do Agharty mail z pytaniem, czy skoro wydali antologię weird, to nie byliby zainteresowani autorskim zbiorem weird. Trochę to trwało, nie tak bardzo długo, po czym okazało się, że ten debiut w końcu się wydarzy. W opowiadania (których zdążyłem jeszcze kilka ukończyć, a kilka odrzucić) włożyliśmy z Mateuszem Kopaczem, redaktorem zbioru, całkiem sporo pracy, po czym książka się ukazała. W małym nakładzie, w niszowym wydawnictwie, bez hurtowej dystrybucji, ale w sposób, nad którym miałem jako autor pełną kontrolę.

A potem okazało się, że ta moja pisanina, choć gęsta, choć niedzisiejsza i podobno bardzo trudna, zbiera dobre recenzje wśród tych, którzy wiedzą, czego chcą. No i tak się zaczęło.

[KM] Rzeczywiście “Wojna” jest świetnym i ponadczasowym opowiadaniem. Nie ukrywam, że mimo dość ponurego wniosku jaki z niego płynie, nie powstrzymałem się od uśmiechu na koniec. Lubię, gdy Autor wyprowadza mnie w pole 🙂 Wracając jednak do meritum. Udało Ci się wydać bardzo dopracowany i konsekwentny zbiór opowiadań, o którym pisze się w samych superlatywach. Od tego czasu mijają dwa lata i premierę ma Twoja powieść “Nie ma wędrowca”. Czy to jest naturalna ewolucja pisarza, że po serii krótkich tekstów chce się sprawdzić w dłuższym tekście? A może to raczej przypadek, w którym jedno z Twoich opowiadań trochę się przeciągnęło?

[WG] Prawdę mówiąc, nigdy nie zastanawiałem się, czy dobrze byłoby się sprawdzić w dłuższym tekście. Po prostu tak wyszło. Zresztą, czy dłuższym… Od czasu do czasu trafiają do mnie opinie, że “Nie ma wędrowca” to po prostu długie opowiadanie. Być może tak jest, jestem skłonny się z tym zgodzić. Tak czy owak, wersja podstawowa była pozbawiona całej warstwy “meta” – nie było stanowiących oś powieści dialogów pary głównych bohaterów z Woźniakiem, nie było całej wewnętrznej siatki odniesień i podobieństw wątków, które tak naprawdę, zamiast dynamicznej akcji, budują ten utwór.

Cóż, nie ukrywam, że jestem autorem przywiązanym do krótkiej formy. Najważniejsi dla mnie pisarze wyrażali się poprzez krótką formę. Rytmu, melodii, kompozycji, uczyłem się na krótkiej formie. I krótka forma zawsze będzie dla mnie priorytetem twórczym. Zdecydowanie wolę napisać tekst maksymalnie gęsty, zwarty i zawierający dokładnie tyle słów, ile jest potrzebne, niż rozpisywać się, mnożyć wątki, spowalniać, kluczyć… Wiem, teraz sprzedają się, szczególnie w fantastyce (a przecież piszę bądź co bądź fantastykę) powieści, opasłe sagi, monumentalne cykle, najlepiej wielotomowe (i jeszcze z tomami dzielonymi na części) i z mnóstwem spin-offów. Osobiście tego nie znoszę. Kiedy w księgarni widzę półeczkę zastawioną książkami, które eksploatują jeden świat i te same postaci, mam ochotę uciekać.

[KM] A to nie jest tak, że ludzie lubią się przywiązywać do bohaterów i współprzeżywać z nimi? Sam znam kilka ciekawych sag i serii. “Pan na Wisiołach” Kulpy, “Mroczna Wieża” Kinga, “Patrole” Łukjanienki. Przecież to są świetne pozycje, które również niosą ze sobą, wpleciony w warstwę rozrywkową, przekaz ponadczasowy. Twoja odpowiedź wydaje mi się tym bardziej intrygująca, że z początku naszej rozmowy odniosłem wrażenie, że sam raczej nie jesteś fanem zmian i raczej dobrze się czujesz w znanym sobie “środowisku”…

[WG] To nie tak, że skreślam wszystkie wielotomowe powieści. Sam bardzo lubię np.prace Truchanowskiego (“Zatrute studnie” i “Młyny boże”). Po prostu przeszkadza mi projektowanie narracji pod świat, a nie pod konkretny problem. Jako czytelnik, preferuję literaturę, która jest skupiona na temacie, a nie na eksploatacji fikcjonalnego świata. Bywają problemy albo plany, które wyczerpująco może opisać tylko bardzo rozbudowana narracja. Generalnie jestem zwolennikiem dopasowywania narracji do problemu; innymi słowy wierzę, że każde zagadnienie ma odpowiednią dla siebie formę, styl, kompozycję itd. We współczesnej literaturze popularnej spójność tematu i formy jest często spychana na drugi plan właśnie na rzecz eksploatacji: skoro już opracował autor koncepcję świata, to zarzyna ją do upadłego, zapycha postaciami i zdarzeniami. Tymczasem te postaci i zdarzenia, choć występują w innym świecie, powtarzają schematy i mechanizmy zachowań z tego świata – ergo świat fikcjonalny szybko demaskuje się jedynie jako fasada. A przecież obcy świat to także inna psychologia, motywacje, wszystko. Jednak cenię konsekwencję i nie zatrzymywanie się w pół drogi. Piję tu głównie do literatury pop-fantastycznej, w której obiektem pożądania i marketingowym ideałem jest wielotomowa saga. Zresztą, spójrz na “Lód” Dukaja, tam konsekwencja w rozwijaniu świata sięga języka i logiki. “Lód” to potężna cegła, z której niejeden wydawca wykroiłby kilka obszernych tomów, ale tam objętość jest w pełni usprawiedliwiona tematem i konsekwencją w jego rozwijaniu. Podobnie jak “Onikromos” Matuszka, z tym że w tym przypadku mnogość form i tematów zostaje zespolona jedną ideą. Tak naprawdę chodzi mi tylko o to: aby nie wrzucać w jedno uniwersum kilkudziesięciu opowieści, dla których nie ma znaczenia to, w jakim świecie się rozgrywają, bo mogłyby się rozgrywać w każdym innym.

Że się ludzie przywiązują do postaci… No, tak. Ja też. Mam jakieś ludzkie odruchy, więc to rozumiem. Ale to musi być naprawdę wyjątkowa postać. Poza tym bardziej kręci mnie to, jaki temat, problem albo ideę ukazuje się poprzez postać, niż to, czy fajna jest, czy nie. Literatura, która na mnie robi największe wrażenie, jest zasiedlona przez everymanów albo pobocznych dziwaków. Czasami nie ma postaci w ogóle. Jest takie genialne opowiadanie Beksińskiego, “Plac egzekucji”. Ani jednej postaci. Albo klasyk, “Czerwona wieża” Ligottiego. To samo.

Co do zmian… Trafnie mnie rozszyfrowałeś, nie przepadam za nimi. Potrzebuję w życiu rutyny, żeby czuć się komfortowo. Z drugiej strony cała moja pisanina to reakcja obronna na dyskomfort. Natomiast to, że moje opowieści są spójne pod względem klimatu, stylu i innych takich składowych, wynika z tego, że obracają się wokół tematów z w miarę zbliżonych obszarów – albo może nawet nie zbliżonych, ale takich, które mnie męczą, więc przepisuję je poprzez jednorodne filtry swojej wrażliwości, sposobu kojarzenia, wyobraźni – czyli tego, kim sam jestem i co raczej trudno jest przeskoczyć.

[KM] A nie marzy Ci się taka ‘epicka’ zmiana, jaką zafundowałeś swojemu bohaterowi w “Nie ma wędrowca”? Nie masz czasem ochoty wyjść z domu i pognać ku miejscu, w którym mógłbyś być tym, kim nigdy nie byłeś, nazywać się tak, jak nigdy Cię nie nazywano, czy wreszcie poczuć to, czego nigdy nie poczułeś?

[WG] Dobre pytanie. Od czasu do czasu myślę sobie, jak by to było żyć właśnie w takiej miejscowości, do której przybył bohater “Nie ma wędrowca”. Zresztą, znam takie miejscowości bardzo dobrze. Sam pochodzę z niezbyt dużego miasta, bo trudno nazwać Nowy Sącz metropolią. Kiedy byłem dzieckiem, mój tato zabierał mnie czasami w teren – pracował i do dziś pracuje w branży drzewnej – i wtedy zdarzało się, że odwiedzaliśmy położone w takich malutkich miasteczkach tartaki, różne leśne bazy podczas wycinki i zrywki drewna. Pamiętam trochę tego dziwacznego, pachnącego benzyną, żywicą i ciętym drewnem świata, który krył się we mgle, deszczu albo półmroku, a który obserwowałem przez okna służbowej terenówki taty (raz, pamiętam, pojechałem na taką wyprawę ciężarówką Kamaz). Zresztą sama Baza z “Nie ma wędrowca” to miejsce, które wymyśliłem w oparciu o zakład, gdzie do dziś pracuje mój tato, choć to rzeczywiste jest, ma się rozumieć, mniej odludne i nie tak ponure.

Moje dorosłe życie potoczyło się w zupełnie innym kierunku. Odkąd wyprowadziłem się z domu rodzinnego, żyję w dużych metropoliach. Jest w tym trochę moich wyborów, a trochę innych okoliczności. Ma to swoje plusy, ale to nie jest moje naturalne środowisko. Więc siłą rzeczy często wracam myślami do tych wszystkich małych miejsc, które znam. Czy chciałbym do nich uciec? Trudno powiedzieć. Duże miasto oferuje mnóstwo udogodnień, które potrafią być uzależniające, ma także przewagę w postaci lepszego dostępu do dóbr kultury, wydarzeń, opieki medycznej, edukacji, rynku pracy itd. To są bardzo mocne kotwice, zwłaszcza gdy wychowuje się dziecko.

Osobiście nie jestem emocjonalnie związany z miastem, w którym mieszkam obecnie, czuję się sądeczaninem, ale myślę, że mój syn będzie miał tu już inne podejście, albowiem inne okoliczności ukształtują jego tożsamość.

Czy chciałbym natomiast poczuć się kimś innym, zrzucić tę obecną tożsamość jak wylinkę i wcielić się w jakąś nową rolę w innym miejscu? Zacząć od nowa, zrobić jakiś wielki reset? Chyba nie. Chciałbym, oczywiście, żeby kilka elementów tego życia wyglądało inaczej, ale kto by nie chciał? A co do poczucia czegoś, czego jeszcze nie czułem, to, cóż, pewnie jeszcze niejedna taka rzecz się zdarzy i mogę mieć tylko nadzieję, że nie będzie to coś dewastującego.

[KM] Wróćmy na chwilę na twardą ziemię rzeczywistości. Żyjemy w czasach szybko postępującego konsumpcjonizmu. W internecie znajdziesz mnóstwo miejsc, gdzie czyta się na ilość i jej osiągnięcie (lub nie) jest wyznacznikiem sukcesu w danym okresie czasu. Mam wrażenie, że dzisiaj mało kto zadaje sobie trud refleksji nad treścią, ponad to co autor wprost napisał. Jak myślisz, czy książki dzisiaj to produkty już czysto komercyjne, czy jednak pozostały wciąż dobrami kultury zasługującymi na szacunek i pokorę wobec nich i ich autorów?

[WG] Zadałeś mi kilka ciekawych pytań, nad którymi sam sobie ostatnio łamię głowę. O ile jestem zwolennikiem promocji czytelnictwa, o tyle akcje typu “przeczytam 52 książki w roku”, w których wyzwanie ilościowe pobrzmiewa nieco sportową nutą, budzą mój osobisty sprzeciw. Z dwóch zasadniczych powodów. Powód pierwszy: istnieje w środowisku osób czytających dość niezdrowa tendencja, by spoglądać z góry na tych, którzy nie czytają. A powodów, dla których ludzie nie czytają, może być niezliczona ilość. Fajnie jest mieć czas na lekturę, ale rozumiem też ludzi, którzy z powodu zobowiązań życiowych nie dysponują albo wystarczającą ilością czasu albo zdrowia – bo do czytania też trzeba mieć energię, możliwość skupienia itd, a raczej ciężko o takie, jeśli zapieprzasz w ciężkiej pracy, a po pracy musisz jeszcze zająć się domem, dziećmi, pomóc starszym rodzicom itd.

Powód drugi: nie przeceniałbym roli czytania samego w sobie w kształtowaniu stanu ducha i umysłu. Jeśli przeczytasz 52 głupie, źle napisane, prostackie książki wypełnione jedynie watą komunałów bądź bredni, albo przeczytasz je byle jak, to nie zrobisz się od tego ani bardziej wrażliwy, ani mądrzejszy, jak też nie wpłynie to za bardzo na zdolność poprawnego posługiwania się polszczyzną. Jest jakąś ponurą ironią, że to właśnie na grupach książkowych spotykam się bardzo często z postami i komentarzami, sprawiającymi wrażenie, jakby pisali je półanalfabeci, nie znający ani zasad poprawnej składni ani logiki ani ortografii ani interpunkcji.

Zastanawiam się, dlaczego tak jest? Być może dlatego, że książka, która przelatuje przez czytelnika jak woda przez sito, nie zostawiając w nim żadnej myśli, nie zasiewając żadnego ziarna wątpliwości, która nie wymaga, by jakoś się z nią w głowie i sercu uporać, jest stratą czasu. Podobnie jak czytanie tylko po to, żeby przeczytać, odfajkować i sięgnąć po kolejny tom, jest stratą czasu. Niczego nie nauczy, niczego nie da, poza pustymi kaloriami chwilowej przyjemności. Pamiętam, jaką traumą była dla mnie lektura “W ciemność” McCarthy’ego. Za pierwszym razem książka mnie pokonała. Nie wytrzymałem jej. Po jakimś czasie zawziąłem się i przeczytałem. Efekt? Byłem chory po tej powieści, czułem się emocjonalnie sponiewierany i zdruzgotany. Przez dość długi czas nie byłem w stanie nic po niej przeczytać, przynajmniej nic z beletrystyki. Za nic w świecie nie przeczytam tej książki znowu. Ale nie mam wątpliwości, że w jakiś sposób mnie zmieniła i że mimo traumatyczności, to właśnie takich doświadczeń oczekuję. Po prostu uważam, że każda książka powinna być jakąś inicjacją – traumatyczną albo ekstatyczną.

Tymczasem mam wrażenie, że w cenie jest głównie utrzymanie narracji na bezpiecznym kursie dobrego samopoczucia czytelnika, stymulowanie jego emocji w bezpiecznych ramach. Nie przeciąganie struny stylem, tematem, refleksją, obrazami, kompozycją. Liczy się zbajerowanie historyjką, zaskoczenie twistem, zabawa, podanie wszystkiego na tacy. Żeby broń Boże nie zmęczyć lekturą, nie zmuszać do żadnego wysiłku, nie przykręcać odbiorcy śruby i tak ustawić poprzeczkę, żeby albo jej nie zauważył, albo żeby ją bez wysiłku przeskoczył i mógł być z siebie zadowolony.

Natomiast odnośnie do pytania, czy książki to już produkty czysto komercyjne… Wiesz, to znowu nie jest tak jednoznaczne. Generalnie KAŻDA książka jest produktem komercyjnym – pytanie tylko, co jest istotą tego produktu. Zasadniczą istotą produktu książkowego jest jakieś przeżycie – sprzedajemy przeżycie. Ale co jest źródłem tego przeżycia? Idea – sprzedajemy zatem ideę. Wątpienie – sprzedajemy wówczas wątpienie. Język, percepcja świata – sprzedajemy doświadczenie inności. (Bardzo trafnie pisał o tym sprzedawaniu przeżycia Jacek Dukaj w eseju dla “Książek”) Albo istotą produktu jest po prostu rozrywka i moda, która nie ma żadnego celu poza byciem rozrywką w akurat modnym tonie. W następstwie czego mamy w księgarniach wysyp klonów “Greya” albo zalew “skandynawskich kryminałów”, które są tak nośną marką, kupowaną tak bezrefleksyjnie, że znalazł się nawet pewien rodzimy producent książek, który podpiął się ze swoim taśmowym wyrobnictwem pod ten nurt.

Więc, podsumowując moją przydługą i przemądrzałą tyradę, mógłbym powiedzieć tyle: chyba lepiej czytać mniej, a lepiej. Nie tracić czasu na rzeczy, które nic nie zmienią i nic nie dadzą. Oczywiście, to jest moje zdanie, moje podejście.

[KM] “Książka to przeżycie” – bardzo ładnie powiedziane 🙂 A jakie masz doświadczenia z wydawcami? Czy wydawcy Twoim zdaniem czują misję krzewienia kultury, czy stali się już instytucjami, bazującymi na arkuszach kalkulacyjnych? Jakie masz doświadczenia w zakresie współpracy ekonomicznej i zwykłego, ludzkiego wsparcia literata podczas przygotowania, wydawania i promocji książki?

[WG] Nie chcę wydawać jakiejś jednej generalizującej opinii o wydawcach, bo można, jak MAG, pięknie wydać takie książki jak Onikromos albo Dom z liści (albo w ogóle książki z serii Uczta Wyobraźni, które w znacznej części nie należą do łatwych), a można, jak Fabryka Słów, wydawać potworki w rodzaju Achai. WAB, które jest potężnym graczem, wydaje też w serii Archipelagi dużo książek współczesnych polskich prozaików, które raczej nie zdobywają szturmem rynku – a jednak ukazują się kolejne tytuły. Oczywiście, każde wydawnictwo musi być rentowne, na miarę swoich aspiracji rzecz jasna, bo przecież Agharta, która wydała mój “Powrót”, nie jest raczej dla swojego właściciela źródłem utrzymania. W wypadku mniejszych wydawców łatwiej – przynajmniej w kulturze grozy – o “misyjność”; więcej w działalności pasji i mniej kalkulacji. Oczywiście, często idzie to w parze z mniejszymi możliwościami w profesjonalnym przygotowywaniu publikacji, ograniczeniami dystrybucji, znikomym marketingiem, czasami owocuje słabą selekcją tekstów itd., ale, jak to mówią, “coś za coś”. Wychodzę z założenia, że świadomy odbiorca zawsze jakoś dotrze do tego, co dla niego interesujące i choćby dlatego mali wydawcy robią kawał fantastycznej roboty. Natomiast im wyżej, im większe budżety, im więcej inwestorów zainteresowanych pomnażaniem zainwestowanych pieniędzy, im większy zasięg i im większe koszty, tym bardziej ta spontaniczność spada na rzecz konieczności “zmieszczenia się w słupkach”. Szczęśliwie, istnieje też coś takiego jak granty, dzięki którym wydawcy mogą sobie pozwolić na wypuszczenie na rynek jakiejś perły, bez obaw, że mierna sprzedaż spowoduje jakąś katastrofę. Zastanawiam się na przykład, w jakim trybie wydawnictwo Czarna Owca wydała “Opowieści Belzebuba dla wnuka” Gurdżijewa i “Fragmenty nieznanego nauczania” Uspienskiego – przecież koszty ich wydania musiały być potężne, a grupa odbiorców znikoma.

Co do moich osobistych doświadczeń, to, cóż, przyznaję, że mam umiarkowanie pozytywne. Ale też moje książki nie ukazywały się w wydawnictwach, które mają duży budżet marketingowy, więc rozumiem, że trudno w tym wypadku o mnóstwo recenzji, intensywną promocję na portalach wychodzących poza niszę literatury grozy, organizowanie cyklu spotkań autorskich itd. W zasadzie w kwestii promocji dla moich książek najwięcej zrobili moi znajomi ze “środowiska” – tytaniczną pracę, zupełnie bezinteresownie, za każdym razem robi dla mnie Krzysztof Płotka, nieocenione zasługi mają u mnie też Sebastian Sokołowski i cała jego “grupa kapitałowa”;), załoga “Histerii” i jeszcze kilka innych osób. Ale to wszystko są działania koleżeńskie, fanowskie.

Więc odnośnie do promocji, to mam nadzieję, że z upływem lat będzie to wyglądąć coraz lepiej.

Natomiast nigdy nie miałem z żadnym wydawcą problemów związanych z pieniędzmi – wszystkie należności i rozliczenia zawsze dostawałem do tej pory na czas. Może dlatego, że nie były to jakieś oszałamiające sumy;)

[KM] A jeśli widzisz profile społecznościowe autorów, nawet tych bardzo poczytnych, na których większość wpisów to informacje gdzie aktualnie można kupić ich książki za pięć czy siedem złotych, przy cenie okładkowej oscylującej w okolicach czterdziestu złotych, to co sobie myślisz?

[WG] Ha, przyznam ci się (i czytelnikom rozmowy) do tego, że prawie w ogóle nie śledzę profili pisarzy na mediach społecznościowych, więc nie widzę tego, o czym piszesz, a jeśli nie widzę, to i nic nie czuję:) Stety – niestety – sytuacja pisarza wygląda tak, że przy tak krótkim cyklu życia książki, kiedy szczyt jej możliwości sprzedażowych wyczerpuje się średnio po kilku miesiącach, a stworzenie nowego materiału jest kwestią około roku pracy, autorzy po prostu muszą walczyć – jeśli nie o wyniki sprzedaży, to przynajmniej o utrzymanie się w świadomości konsumentów na rynku albo o nowych czytelników, którzy choć teraz kupią tytuł przeceniony, to być może w przyszłości wydadzą pieniądze na nowość.

Inną rzeczą jest to, że pisarze dostają swoje należności liczone od ceny hurtowej, więc czy książka danego autora zostanie sprzedana za pełną cenę okładkową, czy z jakimś sporym rabatem, autorowi różnicy nie robi żadnej.

Jeśli pytasz mnie o ocenę takiego zachowania, to nie praktykuję, ale rozumiem i nie zamierzam krytykować. Gdybym musiał żyć z tego, co napiszę, to pewnie też walczyłbym o każdy sprzedany egzemplarz.

[KM] A blogerzy? Pomagają, czy wręcz przeciwnie?

[WG] Blogosfera książkowa, mimo wszystkich swoich niezaprzeczalnych wad, jest absolutnie niezbędna dla rynku i dla samych autorów. Przede wszystkim, podaż miejsca w profesjonalnych mediach literackich jest wielokrotnie mniejsza niż popyt rynku. W Polsce wydaje się przecież ogromne ilości książek i trudno byłoby oczekiwać, że wszystkim uda się znaleźć kawałek miejsca w jakimś magazynie albo na dużym portalu. Blogosfera zapełnia tę lukę, w dodatku egalitaryzuje odbiór literatury – czytać może przecież każdy i każdy może coś o książce powiedzieć, każdy może podzielić się wrażeniem i refleksją. Zauważ też, że istnieje przecież całe grono bardzo poczytnych pisarzy, których cała obecność w mediach ogranicza się wyłącznie do blogosfery.

Oczywiście, to zjawisko ma – jak wspomniałem – swoje ciemniejsze strony. Recenzje będące w istocie streszczeniami książek, teksty napisane polszczyzną przepuszczoną przez maszynkę do mięsa, a przede wszystkim całkowity brak rozróżnienia między własnym gustem i oczekiwaniami a w miarę obiektywnymi wyznacznikami jakości utworu oraz niskie kompetencje czytelnicze (na przykład brak świadomości kontekstów) to najbardziej widoczne problemy.

Kolejnym – moim zdaniem największym – problemem jest brak odwagi, który owocuje wysypem pochwał i superlatyw wyrażanych tylko dlatego, że bloger dostał darmoszkę z puli egzemplarzy promocyjnych. To nie tylko w oczywisty sposób dezawuuje wszystkie opinie pozytywne, ale także utrwala cały system chorej symbiozy między blogerami, autorami i wydawcami. Ci pierwsi produkują entuzjastyczne opinie, ci drudzy są przekonani, że tworzą arcydzieła, a ci trzeci po prostu na tym korzystają, dostosowując ofertę do tego “głosu ludu”.

I tak dochodzimy do niemalże aporii: odebranie profesjonalnym, kompetentnym krytykom monopolu na wartościowanie lektury dało rynkowi niesamowitego kopa, z drugiej spowodowało obniżenie rangi i wartości samego rynku. Bo skoro wszystko jest wspaniałe i genialne, to tak naprawdę nic nie jest dobre. Wartości giną, rozmywają się, rozpuszczają.

Mimo tej tyrady przeciw blogom książkowym, dalej uważam, że jest to obszar niezbędny dla rynku i mam nadzieję, że wraz z liczbą przeczytanych lektur będzie rosnąć ogólny poziom wyrobienia osób, które ten obszar tworzą. Albo chociaż, że ci najlepsi po prostu wybiją się i wyrobią sobie jak najlepszą pozycję. Albo chociaż, że ci najbardziej profesjonalni będą skupiać jak najwięcej uwagi.

[KM] Mam takie same obserwacje. Mam też wrażenie, że wydawnictwa powinny bardziej weryfikować komu wysyłają książki. Z drugiej strony, gdyby to sitko miało mniejsze dziurki, pewnie nigdy sam bym się w tym towarzystwie nie znalazł. Sam nie wiem, jak udało się uzbierać taką publikę, nie mając żadnego przygotowania i wiedzy w zakresie literatury. Prawdę mówiąc, gdybym był wydawcą, to bym sobie książek chyba nie wysyłał 🙂 Interesuje mnie jednak, czy nie masz wrażenia, że ta bańka blogerska jest tak duża, że za chwile pęknie? Że dojdziemy do punktu, w którym pozytywne recenzje blogerów będą odrzucać tak, jak sponsorowane przez wydawnictwa blurby znanych pisarzy na kompletnie (czasami) bezwartościowych książkach?

[WG] Tu nie chodzi o to, jakie ktoś ma wykształcenie, tylko o to, jak bardzo lektury przekładają się na jego rozwój, jak sprawnie uczy się wyciągać wnioski i jak szybko ten kapitał w postaci przeczytanych książek zaczyna procentować w języku i jakimś szerszym widzeniu literatury. To zresztą jest – moim zdaniem – przyczynek do odpowiedzi na Twoje pytanie o bańkę blogerską. Czy pęknie? Nie, po prostu ulegnie wyraźnej segmentacji.

Nie chcę zabrzmieć jak jakiś specjalista od rozwoju osobistego i marketingu oraz kuc – korwinista w jednym, ale po pierwsze: ci, którzy zdołają sobie zbudować markę, raczej nigdy nie będą wrzucani do jednego worka z tymi, którzy tej marki nie zbudują, a po drugie tak duże nasycenie rynku siłą rzeczy uruchamia mechanizmy selekcyjne wśród odbiorców. Czym jest marka? Wypadkową przyjętego zestawu wartości oraz jakości i konsekwencji w ich wdrażaniu i komunikowaniu. Czym są te mechanizmy selekcyjne? To po prostu zdrowe podejście, które powstrzymuje cię przed traceniem czasu na pierdoły i sięganiem po źródła, co do których wiesz, że nie zawiodą.

Oczywiście, im więcej osób zajmuje się blogowaniem, tym więcej będzie kuriozalnych sytuacji, gdy recenzja pozytywna może książce zaszkodzić (albo kiedy negatywna może okazać się w gruncie rzeczy dobrą rekomendacją), ale też zjawiska najbardziej kuriozalne po prostu przepadną. Te naprawdę złe blogi książkowe są jednocześnie dość efemerycznymi tworami i kiedy ich autorzy zmieniają obszar zainteresowań – na przykład z książek przerzucają się na hodowlę gryzoni – giną śmiercią naturalną. Zresztą, te słabe blogi z reguły mają tak mikroskopijną publiczność, że nie mają żadnego wpływu na sytuację danej książki na rynku.

[KM] Niedawno trafiła na rynek – i do blogerów jak sądzę – Twoja kolejna książka “Miasto i rzeka”. Opowiesz co nieco o swoim najnowszym dziecku?

[WG] To dziecko trochę nieplanowane. To znaczy, nie spodziewałem się, że tak szybko wyjdzie trzecia książka, ale okoliczności złożyły się na taki a nie inny obrót spraw. Pierwotnie miała to być broszurowa nowela, trochę w formacie “Jesteś dla mnie wszystkim” Lee, którą Dom Horroru wydał w ubiegłym roku. O tej noweli rozmawiałem z Tomaszem Czarnym jeszcze w 2016 roku, kiedy złożył mi propozycję wydania czegoś w swoim wydawnictwie. A ponieważ całym sercem wspieram młode inicjatywy wydawnicze, uznałem, że to dobry pomysł. Przy okazji pomyślałem, że będzie to dobry bat na mnie samego, żeby skończyć wreszcie nowelę “Miasto i rzeka”, które miałem rozgrzebane gdzieś od 2014-2015 roku. Praca przeciągała się, nie chciałem do tego tekstu wracać, ponieważ jego temat za bardzo wykańczał mnie emocjonalnie, ale ostatecznie udało mi się zamknąć robotę, choć nie powiem, kosztowało mnie to sporo zdrowia. I kiedy już materiał był po obróbce w wydawnictwie, Tomek zapytał czy dałbym radę coś jeszcze dołożyć. Finalny druk byłby bowiem nieco “chudy” i myślę, że Tomek miał uzasadnione obawy, czy inwestycja w takie wydanie nie okazałaby się strzałem w kolano. Cóż, zgodziłem się, ponieważ… miałem na warsztacie inny tekst. A konkretnie pierwsze opowiadanie, jakie napisałem, około ośmiu lat temu. Samo opowiadanie było oczywiście do niczego, miałkie i źle napisane, ale żal mi było odpuścić jego pomysł wyjściowy i kilka scen. Niestety, nie stać mnie na marnowanie pomysłów, więc jeżeli już jakiś mam, to muszę pracować nad nim do skutku. Na bazie ekspozycji i zawiązania fabuły napisałem zupełnie inną historię, w której mogłem upchnąć więcej problemów – nazwijmy to – filozoficznych. Myślałem, że napiszę typowej długości opowiadanie, a tymczasem wyszła mi z tego druga nowela i tak nagle okazało się, że zebrał się materiał na pełnowymiarową książkę, zawierającą dwie nowele bądź mikropowieści, w zależności od przyjętej nomenklatury. Więc trochę było w tym przypadku, ale jestem z tego zadowolony o tyle, że tekst bardzo emocjonalny i mroczny, chyba najmroczniejszy z tych, które napisałem, czyli “Miasto i rzeka”, zyskał kontrapunkt w postaci “Drogi zjednoczenia” – tekstu bardziej stonowanego, grającego na nieco innych nutach.

Przez te wszystkie perturbacje wydanie, które pierwotnie planowaliśmy z Tomaszem na jesień ubiegłego roku, przeciągnęło się na początek tego, choć materiał poleciał do drukarni jeszcze w grudniu. Cóż, mam nadzieję, że efekt okazał się zadowalający dla czytelników.

[KM] Pisać może w zasadzie każdy, ale czy każdy powinien, jeśli czuje taką potrzebę?

[WG] Nie uważam się za kogoś, kto może przyznawać lub odmawiać komukolwiek prawo do pisania. Jeżeli ktoś czuje potrzebę, żeby pisać, to powinien pisać. Oczywiście, wiemy obaj, że rezultaty mogą być różne, ale to już zupełnie inna kwestia. Mimo wszystko jestem zdania, że ludzie powinni robić te rzeczy, które chcą robić, jeżeli nikomu nie wyrządzają tym krzywdy. Jeżeli przy tym starają się to robić dobrze, mają talent albo wytrwałość do pracy i nauki, to super. Ale to nie jest przecież konieczne.

Oczywiście, często się uzewnętrzniam na temat twórczości, którą cenię nisko, ale nawet autorom, którzy – moim, zaznaczam, zdaniem – piszą źle, nigdy nie broniłbym robienia tego, co lubią. Nikt przecież nikogo nie zmusza do sięgania po książki nielubianych pisarzy, czy w ogóle czytania słabych rzeczy. Na rynku jest tak niesamowita ilość pozycji, że każdy znajdzie coś dla siebie, coś, co będzie spełniać jego własne oczekiwania.

[KM] Miałbyś na koniec jeszcze jakiś przekaz dla czytelników naszej rozmowy? Może część z nich planuje przygodę z gatunkiem, może ktoś sam chciałby zacząć pisać. Miałbyś jakieś ‘tipy’ ?

[WG] Tak naprawdę jedyną radą, jaką mogę mieć, jest to, by pierwsze czytać, a po drugie pisać – ćwiczyć – bo pisanie, jak każda forma aktywności związanej z wysiłkiem, wymaga ćwiczenia. Ćwiczenia warsztatu, ćwiczenia stylu i ćwiczenia cierpliwości, bo tekst nie rodzi się natychmiast. A nawet jak się urodzi, to niekoniecznie musi się urodzić udany. Ale także ćwiczenia się w uwrażliwianiu na podszepty intuicji, dostrzegania w świecie wokół nas drobnych zdarzeń, miejsc, sytuacji, gestów czy słów, z których mogą rozwinąć się nowe historie. Wbrew pozorom takich rzeczy dzieje się wokół nas mnóstwo, trzeba natomiast nauczyć się wyławiać je z otoczenia.

Oczywiście, gdyby było to takie proste, pisanie byłoby pewnie sportem narodowym, zwłaszcza że Polacy znają się doskonale na wszystkim i na każdy temat mają coś mądrego do powiedzenia. Cóż, nie jest to proste i wymaga pewnych predyspozycji i właśnie ćwiczeń – aczkolwiek ćwiczenie jest z pewnością najlepszym sposobem na sprawdzenie, czy takie predyspozycje mamy.

Jeżeli już ktoś myśli o pisaniu, to zawsze dobrze mieć mniej więcej spójną wizję tego, co i jak chce się pisać. Mówię oczywiście na swoim przykładzie: moje pisanie poprzedził namysł nad tym, co chciałbym pisać, jak i dlaczego. Opracowałem sobie wtedy pewną ideę twórczą, której trzymam się do dziś. Postanowiłem na przykład, że wszyscy moi główni bohaterowie będą bezimienni i będą funkcjonować w nienazwanych, nieokreślonych miejscach, że będę trzymał się narracji pierwszoosobowej, że będzie onirycznie i tak dalej. Myślę, że wydatnie mi to pomaga utrzymać kurs, a także pomogło tej mojej pisaninie uzyskać jakąś rozpoznawalność i charakterystyczne cechy, które ją wyróżniają.

Co do przekazu na koniec, to myślę, że tak się już nawymądrzałem, że jeśli ktoś nie uważa mnie jeszcze za zupełnego buca, to postaram się uratować resztki dobrego wrażenia i nie dolewać jeszcze jednej kropli, która przeleje czarę goryczy. Więc na tym zakończę.

Albo jednak nie: czytajcie dobre książki, ubierajcie się odpowiednio i pamiętajcie, że życie jest zbyt absurdalne i ponure, żeby czasami się z niego trochę nie pośmiać. Ha.

[KM] Bardzo Ci dziękuję za inspirującą rozmowę 🙂

 

Wojciech Gunia – ur. 1983 w Nowym Sączu, absolwent Wydziału Polonistyki UJ. Prozaik, okazjonalnie publicysta i tłumacz.

Debiutował w 2013 roku w antologii „Po drugiej stronie. Weird fiction po polsku”. Rok później ukazał się jego pełny zbiór opowiadań Powrót, uznany przez wielu czytelników i krytykę za jedną z najoryginalniejszych i najlepszych książek polskiej literatury grozy ostatnich lat. W 2016 roku ukazała się jego świetnie przyjęta powieść Nie ma wędrowca, która otrzymała Nagrodę im Stefana Grabińskiego dla najlepszego polskiego horroru 2016 roku. Na początku 2018 r. wrocławskie wydawnictwo Dom Horroru wydało trzecią książkę Guni, Miasto i rzeka.

W swojej twórczości Wojciech Gunia unika rekwizytów typowych dla współczesnego horroru, skupiając się na sugestywnym odmalowaniu psychiki bohaterów, udręczonych bezsilnością wobec świata – niezrozumiałego, absurdalnego, przepełnionego okrucieństwem i obciążonego przemijalnością.

Jako tłumacz i publicysta Wojciech Gunia przybliża polskim czytelnikom twórczość Thomasa Ligottiego, którego uważa za jednego ze swoich literackich mistrzów. Prowadzi popularny wśród zadeklarowanych pesymistów blog Labirynt z liści (http://labiryntzlisci.blogspot.com), poświęcony ciemnym pograniczom literatury, filozofii i psychologii. Publikował w magazynach „Trans/wizje”, „Nowa Fantastyka”, „Histeria” i „OkoLica Strachu”.

 

%d bloggers like this: