Na wstępie przepraszam Was za to, że ostatnimi czasy tak sporadycznie się udzielam. Mam mnóstwo wspaniałych książek do opisania, ale wciąż brakuje czasu. Okutany w problemy codzienności jestem zmuszony odstawić swoje blogowe hobby na tor nieco mniej uczęszczany niż kiedyś. Mam nadzieję, że powrót do regularności jest kwestią nieodległego czasu, ale póki co jest jak jest.

Droga spod pióra Cormaca McCarthy’ego to książka dla osób selektywnie niedowidzących, lub okutanych w dużą plandekę cierpliwości. Historia sama w sobie jest świetna. Autor doskonale rysuje realistyczną wizję surowego, postapokaliptycznego środowiska. Ojciec i synek, okutani w koce przemierzają zimną krainę w stronę wybrzeża. Celem podróży ma być znalezienie łagodniejszego klimatu do przeżycia. Nadzieja na spotkanie dobrych ludzi, w świecie okutanym zbrodnią, jest płonna, ale wciąż żywa w naszych bohaterach.

Autor bardzo trafnie oddał relację ojca z synem, aczkolwiek ja uważam, że mogłoby być bardziej interesująco, gdyby podążał z córką. W każdym razie otrzymujemy obraz stanowczego, ale okutanego w cudowną troskliwość ojca oraz ufnego i coraz bardziej samodzielnego synka. Nie mam zastrzeżeń. Wydaje mi się, że ich związek w tak ekstremalnych warunkach wyszedł Cormacowi naturalnie.

Jeśli zatem moja recenzja wydaje się Wam całkiem dobra, ale wkurwiało Was nagminne używanie słowa ‘okutany’, to dostaliście próbkę tego, jak będziecie się czuć czytając Drogę.

Nie wiem co wyobrażał sobie tłumacz, korektor, a w końcu redaktor, czy kto tam jeszcze aprobuje tekst do druku, ale ta pozycja to przykład dobrej historii, schrzanionej podczas tworzenia polskiej edycji. Nie wierzę, że oryginał też nie widział słownika synonimów…