Siedem śmierci Evelyn Hardcastle – Stuart Turton

Może będę kroplą czarnej, oleistej ropy naftowej na falach czystego zachwytu nad tą książką, ale prawdę mówiąc mocno się umęczyłem, aby dotrwać do końca. Sama historia bardzo interesująca, ale czasy wiktoriańskie i stylizowany wobec tego język to zdecydowanie nie moja bajka. Do tego dochodzi mnogość bohaterów, o niespecjalnie łatwych do zapamiętania imionach i nazwiskach i mimo deszczowej i mroźnej atmosfery przedstawionej w książce, topił mi ten urodzaj obwody.

Oddać trzeba autorowi, że powieść wymuskana do obłędu. Nie znalazłem ani jednego potknięcia logicznego, a opanowanie tej fabuły, uwierzcie mi, do łatwych nie należy. Mamy tutaj do czynienia z próbą rozwiązania zagadki śmierci Evelyn przez duszę, która każdego dnia znajduje się w innym ciele. I gdyby zachować liniowość czasu, to wszystko byłoby proste. Ale autor namieszał i skakał po osi czasu jak pchła. To było szalenie wymagające, przynajmniej dla mnie.

Złego słowa nie powiem o koncepcji fabuły (fantastyczny i oryginalny pomysł), ani o sztuce pisarskiej autora (i umiejętnościach tłumacza), natomiast przyjemność z czytania była mocno wątpliwa. Czytając „Siedem śmierci Evelyn Hardcastle” nie poczułem też ani zatęchłego klimatu tej powieści, ani niecierpliwości co wydarzy się na kolejnych stronach. Bardzo natomiast spodobała mi się koncepcja (ale to już na samiuśkim końcu wyjaśniona) dlaczego w ogóle ci ludzie byli tam gdzie byli.

Książka zapewne znajdzie wielu entuzjastów, ale ja się do nich nie zaliczę niestety. Niemniej jednak warto było przeczytać, choćby w ramach poszerzania horyzontów literackich 🙂

Moja ocena
Ocena końcowa:
75.5%
75.5%
  • Pomysł - 97%
    97%
  • Język - 80%
    80%
  • Akcja - 70%
    70%
  • Emocje - 55%
    55%
%d bloggers like this: