Brud – David Vann

Ta książka to kamień w bucie. Uwiera Cię podczas podróży, a gdy wreszcie się go pozbędziesz to i tak długo jeszcze czujesz silny dyskomfort z powodu otarć. W efekcie całą przyjemność z wędrówki, przyćmiewa powidok tego uwierania.

David Vann po raz kolejny przekroczył granicę, zza której ciężko będzie mu powrócić. Wierzcie mi, ta historia jest pokręcona jak Lato z Radiem. Nie bardzo nawet wiem jak to wszystko Wam opisać. Zacznijmy może od aktorów tego pierdolnika:

Babka rodu – starsza, majętna kobieta, cierpiąca na demencję i oddelegowana przez matę Galena do ośrodka spokojnej starości. Czy problemy z jej pamięcią są aż tak poważne? Śmiem wątpić. Wszyscy natomiast czekają, aż zejdzie z tego świata i uwolni majątek.

Matka Galena – czarny pas w wypieraniu. Kobieta żyje pięknymi wspomnieniami i jest chodzącą procedurą organizowania stałych fragmentów życia.

Ciotka Galena (siostra matki Galena) – sarkastyczna i łasa na pieniądze kobieta. Co ciekawe jej wersja przeszłości jest kompletnie inna niż wersja matki Galena.

Kuzynka Galena (córka ciotki) – bezwstydna, przemocowa gówniara.

Ojciec Galena (wspomnienia) – zapracowany tato lub przemocowy sukinsyn – w zależności od tego, kto wspomina.

Galen – dziś powiedzielibyśmy „pizda w rurkach”. Zbuntowany maminsynek, „oświecony” przez wyrwane z kontekstu teksty buddyjskie. Udawany weganin, czakry, podróże astralne i „matko ziemio jesteśmy jednością”. Niby uciśniony, ale do roboty się wziąć, żeby na studia zarobić to nie. Moim zdaniem, nie dość że szalony, to jeszcze bezdennie głupi człowiek.

„Taki właśnie był problem z matkami. Zawsze patrzyły, a my nie chcieliśmy, by ktokolwiek widział, kim się staliśmy.”

Sama historia jest stosunkowo nieskomplikowana. Cała piątka jedzie do domku wypoczynkowego na coroczny (musowy!) wypad i tam rodzinne szambo wybija. A wybija tak, jakby od wieków nikt go nie opróżniał i cały syf pamiętał jeszcze pokolenia wstecz. Czytasz to i czujesz ten brud i smród, aż twarz się wykrzywia. Powieść Davida Vanna to bardzo obrazowo przedstawione studium szaleństwa głównego bohatera. Ale nie tylko, bo każda z postaci tego teatru jest ekstremalnie zaburzona w ten czy inny sposób. I teraz Vann pokazuje jak przez pokolenia puchną i gniją konsekwencje zachowania jednego przemocowego człowieka w rodzinie.

„Jeśli chodzi o prawdziwą przemoc, Galen miał tylko jedno wspomnienie. Dziadka, trzymającego babcię za włosy i ciągnącego ją po kuchennej podłodze.”

Cóż… Brud to książka bez happy endu, z gatunku tych, po których poczujesz się jak po trepanacji czaszki i to w warunkach sanitarnych urągających godności człowieka. Z resztą jakiejkolwiek godności człowieka w tej historii nie uświadczysz.

Polecam ludziom o mocnych nerwach i patologicznej chęci do grzebania w cudzych umysłach. Warstwa wierzchnia obrazoburcza, niesmaczna i momentami monotonna, natomiast głębiej… Łooo paaaanie… można doktorat z psychiatrii napisać 🙂

 

Moja ocena:
Ocena końcowa:
81.3%
81.3%
  • Pomysł - 85%
    85%
  • Język - 90%
    90%
  • Akcja - 70%
    70%
  • Emocje - 80%
    80%