Ostatni żywy świadek. Prawdziwa historia największego seryjnego mordercy w historii Teda Bundy’ego – Hugh Aynesworth, Stephen G. Michaud

Ted Bundy to człowiek, o którym mało kto nie słyszał. Powstało o nim sporo książek i co najmniej dwa filmy. Ted tak bardzo nie pasował do standardów seryjnego mordercy, że stał się pewnego rodzaju ikoną, celebrytą, a także przez pewien okres czasu elementem folkloru w stanach, w których grasował. Tak, były koszulki, czapeczki i inne gadżety z nim lub wprost do niego nawiązujące. Nawet gdy prowadzono go „na krzesło” wiele osób nie wierząc w jego winę pikietowało przed budynkiem więzienia. Ale winny był jak cholera.

Proces, mimo że w dużej mierze poszlakowy, nie pozostawił żadnych wątpliwości. A Bundy, czekając w celi śmierci na swój ostatni dzień, zgodził się na bardzo specyficzny wywiad z autorami niniejszej książki. Można przypuszczać, że wszystko co w nim zawarte jest prawdą (być może lekko ubarwioną – taka jest ludzka tendencja), bo cóż ten człowiek miał do stracenia? Już nic.

Ted nigdy nie przyznał się do winy. Nigdy nie chciał rozmawiać na temat popełnionych zbrodni w pierwszej osobie. Ale dziennikarze wykazali się sprytem i wykorzystując niedorozwiniętą, dziecięcą emocjonalność Bundy’ego, zaprosili go do wspólnego fantazjowania na temat kogoś nierealnego, kto teoretycznie mógł tych zbrodni dokonać. A jeśli tak, to Ted miał pofantazjować w jaki sposób ta wymyślona postać mogłaby to zrobić i co przy okazji czuć (bądź nie czuć). Rozmówca dał się wkręcić w tę zabawę i mówiąc teoretycznie o kimś innym zdradził praktycznie cały przebieg swojej mrocznej kariery.

„Był swoją własną abstrakcją, śmiercionośną niedorzecznością przebraną za człowieka. Niemniej w więzieniu zdarzały mi się chwile, w których czułem, że otacza mnie charyzma jego szaleństwa.”

„Ostatni żywy świadek” to książka, która wywołuje ambiwalentne emocje. Z jednej strony włos się jeży na głowie, że może istniej człowiek o kompletnym braku empatii (sam o sobie powiedział: Ale przecież ja jestem najbardziej nieczułym sukinsynem jakiego w życiu spotkacie). Jego ciemna strona osobowości (nazwał go Garbus) przejawiała się skrajną potrzebą kontroli i posiadania. Był wyjątkowo brutalny i wyjątkowo lekko na tę brutalność reagował. W zasadzie nie odczuwa się, aby jakkolwiek przeżywał swoje zbrodnie. Zdecydowanie bardziej męczył się, gdy był na tzw. głodzie. Ja zdaję sobie sprawę, że w dobie zalewu informacjami o zamachach, zabójstwach i w epoce dość dobrze rozwiniętej wiedzy o psychologii i psychopatologii to, o czym piszę nie jest specjalnie szokujące, ale przypominam, że Ted funkcjonował w latach 70-tych ubiegłego wieku. Poziom wiedzy (oraz ufności) był drastycznie różny od dzisiejszych, a kryminologia czy kryminalistyka były w kompletnych powijakach.

Jednak gdy Garbus zasypiał, Ted jawił się jako uroczy i elokwentny mężczyzna. Jego największymi atutami (dla Garbusa też) była powierzchowność wzbudzająca niekwestionowane zaufanie oraz atrakcyjny i nierzucający się w oczy wygląd. Sam Bundy niejednokrotnie wspominał swoją zdolność do swobodnej zmiany wizerunku, a wielu świadków miało duży problem z opisaniem jego wyglądu. Ted był bardzo wygadany, a wiedza którą zyskał podczas studiów prawniczych, pozwoliła mu na bardzo swobodne konwersowanie. To jest o tyle istotne, że bardzo lubił wszelkiego rodzaju gierki słowno-emocjonalne. Pod tym względem był bardzo zdolnym kuglarzem.

Bundy miał też nieprawdopodobnego farta. Osobiście odniosłem wrażenie, że nie był tak inteligentny jak się go wspomina, ale los mu sprzyjał. Było tak wiele sytuacji, w których mógł wpaść, ale jednak udawało mu się toczyć swoje zbrodnicze życie. Jak na gościa, który nie zawracał sobie głowy zacieraniem śladów, a część ofiar trzymał we własnym domu (nie, nie na odludziu) zanim wywiózł ich ciała w góry, grasował wyjątkowo długo. Dwa razy udało mu się zwiać z więzienia, a jeden raz z budynku sądu. Być może gdyby miał więcej oleju w głowie, zapadłby się pod ziemię tak, że nigdy by go nie znaleziono. Ale nie miał.

„Te zbrodnie były dość niezwykłe – przyznał. – Ale naprawdę straszne jest to, że żyje wielu ludzi, którzy nie siedzą w więzieniach, a idzie im znacznie lepiej niż mnie.”

Na szczęście sprawa Bundy’ego (i kilku jego pochodnym) zrobiła wiele dobrego i dlatego mamy dzisiaj tak zaawansowane techniki śledcze, włącznie z profilowaniem i analizami interdyscyplinarnymi. Daje to (może złudne) nadzieje, że tego typu ludzie jeśli już się pojawią, to będą dość szybko rozpracowani, a nie działać latami nieuchwytni.

Ted do ostatniej chwili zdawał się nie rozumieć konsekwencji swoich czynów.

Książkę polecam gorąco każdemu. Nie sposób się oderwać!

Moja ocena
Ocena końcowa:
95%
95%
  • Forma - 100%
    100%
  • Język - 95%
    95%
  • Akcja - 90%
    90%
  • Emocje - 95%
    95%